...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      



,

statystyka

Wpisy z tagiem: orange prize for fiction

czwartek, 19 sierpnia 2010



Larry Weller to mężczyzna, jakich wiele. Niczym szczególnym się nie wyróżnia. Wiedzie dość pospolite życie - przypadkowo wybiera karierę, przypadkowo odkrywa swoją pasję (choć trzeba przyznać, że ta jest całkiem oryginalna), żeni się, płodzi dziecko, bierze rozwód, choruje, starzeje się. Ma pospolite pragnienia, pospolite obawy i pospolite problemy. W zasadzie nie ma nawet o czym gadać.

Historię tego pospolitego człowieka, od młodości po tytułowe przyjęcie w późnych latach jego życia, poznajemy w kilkunastu sprytnie skonstruowanych rozdziałach. Każdy z nich zbudowany jest bowiem w oparciu o jeden istotny dla bohatera motyw (rodzina, penis, tweedowa marynarka od Harrisa) i w nawiązaniu do niego odkrywa przed nami życiorys Larry'ego: kolejne mniej lub bardziej przełomowe momenty z jego życia, migawki z dnia codziennego, istotne zmiany, rutynę.

Istotą tej powieści nie jest fabuła, a to, co sami z niej wydobędziemy. Ciężko tu nawet mówić o interpretacji, bo przesłanie Shields wydaje mi się dość jasne. Nie bez powodu uczyniła Larry'ego budowniczym labiryntów, wielkich mozaik, po których człowiek błądzi, gubi się, traci nadzieję, wątpi, aż w końcu dociera do celu, w którym czeka miła nagroda za dotychczasowe trudy. Analogia do ludzkiego życia jest tutaj oczywista. No więc nie o interpretację chodzi, a o rodzaj emocji, jakie powieść może wywołać, o sposób, w jaki się na nią spojrzy. Jak z tą szklanką, do połowy pełną lub do połowy pustą.
Nie wiem, czy to Shields była pesymistką i w takim właśnie duchu stworzyła tę powieść, czy to kwestia mojej wrodzonej ponurości, czy raczej wybrałam na lekturę "Przyjęcia u Larry'ego" wyjątkowo smętny okres mojego życia - w każdym razie zdołowała mnie ona okrutnie.
Ta świadomość, że części składowe naszego życia to pierdoły, na pozór nieistotne, ale to przecież one nas kształtują. Świadomość, że na masę rzeczy nie mamy wpływu, a naszym losem kieruje często przypadek. Świadomość żuczkowatości w tym wielkim, nie zawsze przyjaznym świecie; ulotności chwili, bólu przemijania, tęsknoty za przeszłością i niepewności jutra. Fakt, że niby wszyscy zmagamy się z podobnymi problemami, mógłby być w pewnym stopniu pocieszający, gdyby nie to, że w gruncie rzeczy każdy z nas prowadzi swą walkę samotnie. No i ten cholerny labirynt, tak podstępny w swym zagmatwaniu.
A także świadomość setki innych rzeczy, których nie odważę się tutaj wymienić.

Jednak pomimo tego doła, który z każdym rozdziałem stawał się coraz głębszy i ciemniejszy, powieść czytało mi się nadzwyczaj przyjemnie. Shields rewelacyjnie operowała słowem, była z niej znakomita obserwatorka ludzkich zachowań, bystra i wnikliwa. Dość nietypowo podchodziła do niektórych zagadnień, a rzeczywistość opisywała w sposób szczery, otwarty, a także lekki, z humorem i domieszką delikatnego sarkazmu.
"Przyjęcie u Larry'ego" jest w dużej mierze podobne do "Kroniki rytej w kamieniu" - podobna idea, wnikliwość i dowcip, podobny przekaz. Jednak w najmniejszym stopniu nie miałam wrażenia, że mam do czynienia z czymś wtórnym.

W 1998 roku "Przyjęcie u Larry'ego" zostało uhonorowane Orange Prize.

czwartek, 19 lutego 2009



Ta książka boli.

Na tyle, że miałam łzy w oczach kilka godzin po skończeniu lektury. I następnego dnia, gdy zaczęłam o niej myśleć, też.

"Musimy porozmawiać o Kevinie" to wstrząsająca historia przeciętnej amerykańskiej rodziny, w której jednak coś poszło nie tak. Tytułowy Kevin wyszedł pewnego dnia do szkoły i z zimną krwią zamordował dziewięcioro swoich kolegów, nauczycielkę oraz pracownika bufetu.
Powieść napisana jest w formie listów jego matki, Evy, do ojca. Teraźniejszość, tj. czasy po tym potwornym wydarzeniu, przeplata się z przeszłością. Eva opisuje odwiedziny u Kevina w więzieniu, relacjonuje, jak sobie radzi ze świadomością, że jej życie legło w gruzach, oraz wspomina czasy przed urodzeniem Kevina, potem ciążę, jego dzieciństwo i życie całej rodziny aż do Czwartku (tak właśnie nazywany jest tutaj ów koszmarny dzień). Listy po części spełniają funkcję terapeutyczną, pomagają kobiecie uporać się z tą tragedią i świadomością, że urodziła potwora, po części zaś mają jej pomóc w znalezieniu odpowiedzi na jedno pytanie: dlaczego?

Szczerość Evy uderza od samego początku. Kobieta nie upiększa swojej historii i nie usprawiedliwia się. Otwarcie przyznaje, że nie chciała Kevina - choć może nie tyle nie chciała, co liczyła, że gdy go urodzi, przepełnią ją te ciepłe, macierzyńskie uczucia, które podobno pojawiają się w takim momencie u wszystkich sceptycznie nastawionych do macierzyństwa kobiet. Na ciążę zdecydowała się ze względu na męża, Franklina, który miał swoją sielankową, entuzjastyczną wizję tatusiostwa: rodzinnych wycieczek, wspólnego grania we frisbee i wpajania potomkowi amerykańskich ideałów.
Gdy Kevin przyszedł na świat, Eva nie poczuła jednak gwałtownego napływu instynktu macierzyńskiego. Jak sama stwierdziła, "dziecko to dziecko". Od samego początku nie czuła więzi ze swoim synem, a w miarę upływu lat przepaść między nimi się pogłębiała. Kobieta była zawiedziona: opieka nad własnym dzieckiem nie przyniosła jej oczekiwanej satysfakcji, pracę, którą tak lubiła, musiała ograniczyć, a Franklin, zamiast ją wspierać, traktował ją jak wyrodną matkę.
Ojciec natomiast był zupełnym przeciwieństwem Evy. Zaślepiony miłością do Kevina, zawsze stawał po jego stronie, bronił go i usprawiedliwiał. Rozpieszczał go i dbał, by niczego mu nie brakowało, począwszy od rzeczy materialnych (a nie było to trudne, ponieważ byli zamożni), po - jak mu się przynajmniej wydawało - wsparcie emocjonalne. Namiętnie - i naiwnie - pielęgnował w sobie wyobrażenie o idealnej, amerykańskiej rodzinie i żył radosną iluzją.
Kto zawinił bardziej? Oziębła matka czy pobłażliwy do granic możliwości ojciec?
I czy można w tym przypadku mówić o jakiejkolwiek winie rodziców? W końcu Kevin był od samego początku złośliwy i wyrachowany - już od urodzenia, kiedy to nie chciał ssać piersi i nieustannie wrzeszczał. Nie bez powodu nianie bardzo szybko rezygnowały z opieki nad chłopcem, a rodzice przenosili swoje pociechy do innych grup, żeby nie miały z nim kontaktu. A im starszy był, tym było gorzej.
Czy Kevin był taki, ponieważ od początku instynktownie czuł, że matka go nie chciała? Czy może po prostu był taki "sam z siebie"? Co należy obarczyć odpowiedzialnością za zachowanie chłopca: geny czy środowisko, w jakim się wychował? Co tak naprawdę sprawia, że człowiek staje się bestią?
Czy tej tragedii, jaka wydarzyła się w Czwartek, można było w jakiś sposób uniknąć?
I wreszcie: dlaczego takie makabryczne rzeczy dzieją się w Stanach z taką częstotliwością?

Autorka nie podaje odpowiedzi na to popularne ostatnio pytanie "dlaczego?". Ona skłania nas, byśmy sami spróbowali ją znaleźć. A najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że takiej odpowiedzi nie ma.

Książka jest świetnie skonstruowana. Trzyma w napięciu przez cały czas, ale jest to napięcie pełne bólu. Eva stopniowo ujawnia różne sekrety, opisuje wydarzenia, powoli kształtując nam obraz wszystkich członków rodziny. A robi to w tak realistyczny, tak doskonały sposób, że miałam uczucie, że jestem tam razem z nimi; że na własne oczy obserwuję zmagania Evy i okrutne występki Kevina. Zakończenie niby jest oczywiste od samego początku, ale niesamowicie zaskakuje.

"Musimy porozmawiać o Kevinie" jest brutalną, wstrząsającą lekturą, burzącą mit idealnej amerykańskiej rodziny i
przekraczającą wszelkie bariery. Lekturą, która wzrusza do głębi, skłania do myślenia i łamie serce.
Czuję się jednocześnie odrętwiała i silnie poruszona. Mam ochotę przeczytać tę powieść jeszcze raz, żeby sprawdzić, czy się przypadkiem nie pomyliłam - czy Kevin rzeczywiście był taki zły, matka tak pozbawiona instynktu, a ojciec tak naiwny. Żeby ponownie spróbować znaleźć odpowiedź.

To jest jedna z tych książek, które po prostu trzeba przeczytać.

niedziela, 21 grudnia 2008


Główna bohaterka i zarazem narratorka powieści, Manon Gaudet, mieszka wraz z mężem na plantacji trzciny cukrowej na południu Stanów Zjednoczonych. Jest nieszczęśliwa i skrajnie znudzona życiem z dala od miasta, a jej wrodzony egoizm i arogancja wcale nie pomagają jej w tej sytuacji. Gardzi swoim małżonkiem, którego uważa za nudnego prostaka o sadystycznych skłonnościach, a ich relacje sprowadzają się jedynie do wymiany kilku zdań dziennie. Gardzi swoją służącą, dumną Mulatką Sarah, którą dostała parę ładnych lat temu w prezencie ślubnym i z którą pan Gaudet lubi sobie zażyć od czasu do czasu cielesnych rozkoszy, czego żywym dowodem jest kilkuletni Walter. Nim też Manon gardzi, bo nie dość, że pochodzi z nieprawego łoża, to jeszcze jest głuchy, a w rezultacie dziki jak zwierzę i zaniedbany, bo przez to upośledzenie nikt nie potrafił go odpowiednio wychować.
Życie całej trójki, na pozór nudne i monotonne, aż kipi od tłumionej, niewypowiedzianej nienawiści, co najlepiej obrazuje ten fragment:

(...) pan żegna żonę i służącą, drżąc przy tym z obawy o jedną z nich. O którą? Mnie życzy, żebym umarła na cholerę, i boi się, żeby ten los nie spotkał jej. Ja życzę mu, żeby zginął, kiedy będzie strzelał do zbuntowanych czarnych. Ona życzy śmierci nam obojgu.

W istocie, przedziwny jest to trójkąt.
Tę monotonię domu państwa Gaudet burzy dopiero - i to w dość drastyczny sposób - jedna z niewolniczych rebelii, która okazuje się być swojego rodzaju wyzwoleniem dla obu kobiet. Manon i Sarah będą teraz próbowały zbudować swoje życie od nowa, ale czy im się to uda?

Akcja powieści dzieje się w czasach, gdy czarni byli własnością białych, a kobiety - mężczyzn. Dlatego sytuacja Manon niewiele różni się od sytuacji Sarah: obie należą, choć w nieco inny sposób, do pana Gaudet, obie go nienawidzą i niewiele mogą zrobić, żeby się od niego uwolnić. Nie jednoczą się jednak w cierpieniu, co byłoby naturalne w innym środowisku, jak gdyby nie zdawały sobie sprawy, jak wiele je łączy. Nawet nie współczują sobie wzajemnie.

Notka z okładki głosi, że kobiety "żyją w całkowitym uzależnieniu od siebie". Mimo moich niezmordowanych prób i szczerych chęci, nic takiego tam nie wypatrzyłam. Da się wprawdzie w zachowaniu Manon dostrzec pewną nutkę fascynacji Sarah - jej niemal arystokratyczną godnością, hartem ducha i stoickim spokojem, jednak przez większość czasu dominuje wstręt i arogancja. Natomiast w drugą stronę nie widać kompletnie nic poza nielicznymi, delikatnym sugestiami pogardy. Obiecywanego uzależnienia i "wzajemnego poczucia własności" niestety nie znalazłam. (Z tego też powodu nie cierpię okładkowych opisów. Z reguły albo zdradzają zbyt wiele wydarzeń, albo, jak tutaj, naginają fabułę. A gdy już człowiek przeczyta książkę, czuje się zawiedziony, bo spodziewał się czegoś innego i wówczas rozczarowanie, choć nie jest "winą" samej powieści, wpływa na jej ogólny odbiór.)

Największą zaletą "Własności" jest jej przenikliwość i ironiczne spojrzenie na ówczesne zasady, konwenanse i pozycję kobiety. Tok rozumowania Manon jest bardzo nowoczesny, a zarazem ograniczony i typowy dla jej czasów. Z jednej strony bohaterka dusi się w świecie, gdzie pogoń za pieniędzmi jest priorytetem, a kobieta ma niewiele więcej praw od służących. Z drugiej, nie przychodzi jej do głowy, żeby współczuć niewolnikom. Jest tak zaabsorbowana swoim nieszczęściem, tak zadufana w sobie, że w jej umyśle nie ma już miejsca na choćby cień empatii i zrozumienia. Manon nie jest postacią, którą można polubić, ale na pewno jest interesująca.

Krótko podsumowując, "Własność" warta jest uwagi, choć mam wrażenie, że nie do końca "rozwinęła skrzydła", jakby coś zostało w niej zduszone - zwłaszcza w drugiej połowie, bo pierwsza jest wyśmienita. Wciągnęła mnie, ale w ogólnym rozrachunku nie powaliła.

W 2003 roku Valerie Martin otrzymała za tę powieść Orange Prize.