...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      



,

statystyka

Wpisy z tagiem: pulitzer prize for fiction

czwartek, 26 listopada 2009



Zaczęłam czytać "Drogę" późną nocą, skończyłam wczesnym rankiem. Nie mogłam się oderwać, zauroczona językiem, przesiąknięta tym niesamowitym, ponurym klimatem, zafascynowana wizją, którą rozsnuł McCarthy, przejęta losami mężczyzny i chłopca, którzy wędrują razem po post-apokaliptycznym świecie, "jeden całym światem drugiego", walcząc o przetrwanie.

Język zachwycił mnie już od pierwszej strony - oszczędny, do bólu prosty i zwięzły. McCarthy sunie bowiem po powierzchni kontekstu i nie zawraca nam głowy detalami, a często nawet podstawowymi informacjami (jak chociażby imiona bohaterów), zaś jedyne bogactwo, jakie można tu znaleźć, to bogactwo niedopowiedzeń. Tak minimalistyczna forma wyostrza treść i pozostawia naszej wyobraźni pole do popisu, która przy takiej tematyce i tak już przecież pracowałaby na wysokich obrotach. (Jeśli ten minimalizm jest stałą cechą książek McCarthy'ego, to ja chcę przeczytać je wszystkie.)

McCarthy niczego nie analizuje, nie zagłębia się, nie daje gotowych odpowiedzi na pytania, które zresztą również nie są podane wprost, ale same narzucają się podczas lektury. Od tych bardziej przyziemnych - co, na przykład, spowodowało taki kataklizm, po pytania natury filozoficznej - co w takich warunkach byłoby największym aktem miłości wobec drugiej osoby? I kim Ty, czytelniku, byłbyś w tym świecie: czy uwolniłyby się w Tobie najbardziej pierwotne instynkty i byłbyś skłonny czynić niewyobrażalnie potworne rzeczy w imię przetrwania, czy raczej pozostałbyś sobą?
Podejrzewam, że wielu z nas udzieliłoby - lub chciało by udzielić - tej drugiej odpowiedzi. Jednak najbardziej przerażające jest to, że ta odpowiedź, zaserwowana z miękkiego fotela, spod ciepłego kocyka, z wypełnioną lodówką w zasięgu ręki - byłaby niewiele warta.

"Droga" mnie naprawdę przeraziła, zwłaszcza że opisuje (przyznam się, a co!) jeden z moich największych koszmarów. Pomimo tak wielu płaszczyzn, które można znaleźć w książce, ja się właśnie najbardziej skupiłam na tej; nie na poruszającej, niezwykłej więzi (a raczej zwykłej więzi w niezwykłych warunkach) ojca i syna.

Powieść ta nie wprowadziła mnie jednak w stan bezbrzeżnych zachwytów, mam bowiem dwa zastrzeżenia. Pierwsze z nich to zakończenie, które zepsuło mi odrobinę nastrój książki, a drugie to postać chłopca, moim zdaniem nieco niewiarygodna. Rozwijać tutaj tych myśli, oczywiście ze względu na spojlery, nie będę.

"Droga" wzbudza wiele emocji, powoduje dreszczyk grozy i dostarcza materiału do refleksji, a później na długo zostaje w pamięci. To jedna z tych książek, których szkoda byłoby nie przeczytać.

Nawiasem mówiąc, ciekawa jestem ekranizacji. Już teraz mogę powiedzieć, że nie pasuje mi aktor, który gra chłopca.

niedziela, 08 lutego 2009



O twórczości Anne Tyler nie pisze się na polskich stronach zbyt wiele. W Biblionetce każdą jej książkę oceniło średnio kilkunastu użytkowników, a znalezienie jakiejkolwiek recenzji graniczy z cudem. Dlatego też "Lekcje oddychania", uhonorowane w 1989 roku Nagrodą Pulitzera, miały być moim małym, prywatnym odkryciem, jak "Kronika ryta w kamieniu" Carol Shields. I rzeczywiście - odkryłam, że do sięgnięcia po kolejne powieści Tyler skłoni mnie tylko fakt, że dwie z nich ("Przypadkowego turystę" oraz "Obiad w restauracji dla samotnych") mam już na półce. Gdyby nie to, moja pierwsza przeczytana książka tej autorki zapewne byłaby ostatnią.


"Lekcje oddychania" opowiadają o dojrzałym małżeństwie, Maggie i Irze Moran, którzy wybierają się w podróż na pogrzeb męża przyjaciółki Maggie z czasów szkolnych, a przy okazji postanawiają zahaczyć o swoją eks-synową i dawno nie widzianą wnuczkę. Obie wizyty są doskonałą okazją do snucia pełnych goryczy wspominek i refleksji o rodzinie Moran oraz wymyślania naiwnie optymistycznych planów na przyszłość.

Maggie i Ira różnią się od siebie diametralnie. Ira jest zamknięty w sobie, spokojny, opanowany, a na życie patrzy trzeźwo i racjonalnie. Maggie natomiast jest roztrzepaną, rozgadaną idealistką. Zdarza jej się, poprzez rozpaczliwe zniekształcanie rzeczywistości i naginanie prawdy, manipulować najbliższymi, by osiągnąć to, co sobie zaplanowała i by sprawy ułożyły się po jej myśli. Maggie ma wprawdzie dobre intencje, wierzy, że działa w słusznej sprawie i że uszczęśliwi tym rodzinę, ale jej zachowanie wzbudziło we mnie niesmak przemieszany z pogardliwą litością.

Ogólnie zresztą nie polubiłam bohaterów. Zachowują się nienaturalnie i są niewiarygodni, a to się trochę kłóci z moją wizją na temat powieści obyczajowej. Pozwolę sobie podać kilka przykładów.
O Maggie pisałam już wyżej. Dodam tylko, że jej plany i kłamstewka są infatylne i przywodzą na myśl bardziej poczynania siedmiolatki niż dojrzałej kobiety. Poza tym kto gra w karty w kościele przed pogrzebem męża swojej rzekomo najlepszej przyjaciółki z dawnych czasów albo dobiera się do rozporka swojego partnera w jej sypialni podczas stypy?
Fiona, eks-synowa, również jest dziecinna, zdaje się nie posiadać własnego zdania oraz zdolności do komunikacji z ludźmi. Gdy tylko coś jej się nie podoba, prycha, krzyczy i wychodzi z domu, trzaskając drzwiami. Rozumiem, że każdemu może się czasem zdarzyć, ale w przypadku Fiony to już prawie reguła.
Ira od lat utrzymuje ojca oraz dwie starsze siostry. Jedna z sióstr nie opuszcza domu, bo boi się ludzi. Wydaje mi się, że normalny człowiek poszukałby raczej dobrego psychiatry, żeby siostra wyszła w końcu na prostą, niż zgodził się na takie utrzymywanie do końca życia.
Czepiam się? Być może. Ale coś musi być na rzeczy, bo naprawdę rzadko uderza mnie taka nienaturalność i tak słabo skonstruowani bohaterowie. Zresztą za dużo tego było, bym mogła zignorować.

Wspomnę jeszcze, że książka napisana jest nieco chaotycznie. I że mój zawód był tym większy, że spodziewałam się po tej powieści czegoś naprawdę dobrego.
Wszystko razem sprawiło, że bliska byłam porzucenia lektury (było to w momencie, gdy Maggie zaczęła fantazjować na temat staruszka w domu opieki, w którym pracowała - kolejny genialny smaczek), ale w końcu postanowiłam twardo wytrwać do końca.

Króciutko podsumuję: Pulitzera nie pojmuję, a książki nie polecam.






Przy okazji informuję, że na podstawie "Lekcji oddychania" powstał w 1994 roku film (polski tytuł to "Jeden dzień z życia pewnej pary"). Nie widziałam go, ale podejrzewam, że spodobałby mi się bardziej niż książka.

czwartek, 13 listopada 2008

Gdy skończyłam czytać "Kronikę rytą w kamieniu", starym zwyczajem zaczęłam grzebać w Googlach, żeby się przekonać, co inni o niej sądzą. Jakież było moje zdziwienie, gdy wyszukiwarka w męczarniach wypluła marne cztery strony z wynikami (po polsku), z czego połowa była nie na temat, a reszta dotyczyła aukcji tegoż tytułu lub ofert antykwariatów. Nawet w Biblionetce książka ta otrzymała zaledwie kilkanaście głosów, a średnia ocena nie jest zbyt wysoka. No ludzie!

Nietrudno było w takiej sytuacji dojść do wniosku, że "Kronika...", za którą Carol Shields otrzymała Nagrodę Pulitzera (1995), kanadyjską Nagrodę Gubernatora Generalnego (1993), Narodową Nagrodę Książkową Koła Krytyków (1994) oraz nominację do Nagrody Bookera (1993), przeszła w Polsce bez echa, niedoceniona i zepchnięta w tyły księgarskich półek.
Zgroza mnie rówież zdjęła, gdy na Podaju wklepałam w wyszukiwarkę nazwisko autorki i wyskoczyła mi inna jej powieść, "Przyjęcie u Larry'ego", która kisiła się tam, niechciana przez nikogo, od sierpnia. (Oczywiście natychmiast ją pobrałam. Wasza strata :P)

"Kronika ryta w kamieniu" jest fikcyjną autobiografią Daisy Goodwill, rozciągającą się od jej narodzin na samiuśkim początku XX w. do jej śmierci w latach dziewięćdziesiątych. Fikcyjną, choć dzięki takim zabiegom jak drzewo genealogiczne i cała masa zdjęć z rodzinnego albumu Daisy, można uwierzyć, że ta kobieta żyła naprawdę. W rzeczywistości Daisy jest uosobieniem tysięcy zwykłych, przeciętnych kobiet, które żyły w cieniu mężczyzn w Stanach Zjednoczonych XX wieku. Kobiet, które nie wyróżniły się niczym szczególnym, nie dokonały żadnych wielkich czynów; kobiet zapomnianych.
Shields wielokrotnie podkreślała w swoich wywiadach, że kobietom pokolenia pani Goodwill poświęca się w literaturze zbyt mało miejsca. Nie zgadzała się z podejściem, że skoro były "tylko" gospodyniami domowymi, to nie zasługiwały na uwagę. Wg autorki każda z nich była bohaterką. "Kronika ryta w kamieniu" jest swoistym pominkiem postawionym ku ich chwale.

Książka opowiada o różnych rolach, jakie kobiety odgrywają w swoim życiu: rolę córki, matki i babci, przyjaciółki, sąsiadki, żony i wdowy, kobiety pracującej, pani domu. Na przykładzie Daisy autorka przedstawia poszukiwanie własnego miejsca w świecie i własnej tożsamości. Zadaje też nieme pytanie o to, co pozostanie po nas po śmierci, jak zapamiętają nas inni ludzie i jakie znaczenie miała nasza egzystencja.
Krótko mówiąc, jest to po prostu powieść o życiu, w pełnym znaczeniu tego słowa.

"Kronika ryta w kamieniu" jest niezwykle ciekawie skonstruowana. Narracja często zmienia się z pierwszoosobowej w trzecioosobową, ze znaczną przewagą tej drugiej. Dzięki temu zabiegowi dowiadujemy się, jak Daisy postrzegana jest przez innych, a jej historia opowiedziana jest z pewnym dystansem. W ten sposób dostajemy częściowo odpowiedź na pytanie "kim jest bohaterka?", gdyż na jej istotę składa się nie tylko to, kim ona sama się czuje, ale także to, jak odbiera ją społeczeństwo i jak odbierane są jej czyny. Jest to pytanie, na które nigdy nie dostaniemy odpowiedzi w odniesieniu do naszego własnego życia.
Upływ czasu w powieści jest bardzo płynny. Dużo wydarzeń z życia Daisy zostało pominiętych, dzięki czemu Shields udało się zmieścić całą biografię w zaledwie trzystu stronach (w dodatku, poza samym życiem bohaterki, poznajemy też losy osób, które ją otaczają). Nie miałam jednak wrażenia, że czegoś brakuje, że coś zostało niedopowiedziane, streszczone czy zbagatelizowane. Wszystko jest perfekcyjnie wyważone i przemyślane.
W książce niemal nie ma dialogów, przeważają opisy. (Jeden rozdział ma formę listów do Daisy, co jest ciekawym sposobem na opowiedzenie jej historii w danych latach i niewątpliwie dodaje książce smaczku.) Są one jednak niezwykle barwne, dynamiczne, sugestywne; absolutnie nie ma miejsca na nudę. Język, jakim posługuje się autorka, jest zróżnicowany - momentami brutalny, dosadny, wręcz niesmaczny, momentami zabawny, niekiedy poważny i wzruszający, a czasem ironiczny. Trudne sprawy, tematy tabu Shields traktuje bezpośrednio, bez owijania w bawełnę, dzięki temu czytelnik nie może pozostać na historię pani Goodwill obojętny, a emocje, które towarzyszą mu podczas lektury, są intensywne.

W ogólnym rozrachunku, mimo wspomnianego humoru i ironii, "Kronika ryta w kamieniu" jest smutna i przejmująca. Na pewno zmusza do przystanięcia na chwilę i zastanowienia się nad własnym życiem, choć nie ma w niej ani śladu moralizatorstwa.

Nie mam pojęcia, dlaczego Carol Shields jest w Polsce tak niepopularna, pewna jednak jestem, że niesłusznie i niesprawiedliwie. Gorąco zatem namawiam do sięgnięcia po "Kronikę rytą w kamieniu", jeśli tylko natrafi się po temu okazja.