Ostatnie wpisy
Zakładki:
Przeczytane
Dla bibliofilów
Zaglądam
Kontakt
Tagi
![]() |
Wpisy z tagiem: Bellona
niedziela, 16 maja 2010
![]() "Cesarzowa" to fabularyzowana biografia cesarzowej Cixi, zwanej też Cesarzową Orchideą lub Starym Buddą, która żyła w latach 1835-1908. Gdy jako młoda dziewczyna znalazła się na dworze słabowitego i "zepsutego przez eunuchów" cesarza Xianfenga, szybko stała się jego ulubioną konkubiną. Jej pozycja wzrosła, kiedy urodziła mu syna, jedynego dziedzica tronu. Gdy Xianfeng zmarł, została regentką. Teoretycznie sprawowała władzę wraz z żoną cesarza, w praktyce jednak wszystkie decyzje należały do niej, gdyż tamta nie była zainteresowana polityką. To były trudne czasy: Europa wdzierała się do Chin, stawiając absurdalne żądania. Kraj targany był wojnami opiumowymi i powstaniami. W dodatku Cixi ze względu na swą płeć musiała włożyć dwa razy więcej wysiłku, by udowodnić wszystkim, że godna jest sprawować władzę. I udowodniła. Wiele źródeł opisuje Cixi jako władczynię bezlitosną, upartą i nadto konserwatywną. Kobietą, która do celu szła dosłownie po trupach i nie miała absolutnie żadnych skrupułów. Pearl Buck jednak sięgnęła w swojej książce głębiej, posuwając się do połączenia ogólnie znanych faktów na swój własny sposób. Ukazała ją jako człowieka, nie tylko jako głowę państwa. Pokusiła się o stworzenie portretu psychologicznego, próbując jednocześnie uzasadnić decyzje podejmowane przez władczynię - decyzje, do których można mieć, delikatnie mówiąc, zastrzeżenia. "Cesarzowa" to przede wszystkim obraz kobiety okrutnie samotnej. Cóż z tego, że była otoczona mnóstwem ludzi, skoro niemal nikomu nie mogła ufać? Co z tego, że była najpotężniejszą osobą w kraju, skoro na wiele rzeczy nie mogła sobie pozwolić i musiała trzymać się sztywnych reguł zachowania? Ucieczkę znajdowała na łonie natury. Kochała przyrodę, kochała piękno. Tak bardzo, że zrujnowała chiński skarb, odbudowując Pałac Letni, który został zniszczony przez najeźdźców w czasie wojny opiumowej. Zarzucano jej zbytnią rozrzutność, a ona po prostu nie mogła znieść myśli, że takie cudowne, magiczne miejsce stoi w ruinie. ![]() Cixi nie mogła pojąć, dlaczego obce narody wdzierają się do jej kraju i żądają ziem oraz przywilejów. Dlaczego chrześcijańscy misjonarze panoszą się po Chinach, głosząc swoją religię, skoro na świecie jest mnóstwo miejsca dla różnych wierzeń. Nie była w stanie zrozumieć, jak inni ludzie mogą być tak bezczelni i okrutni. Robiła, co jej zdaniem było najlepsze, by uchronić Chiny przed najeźdźcami, by następca tronu mógł już rządzić krajem spokojnym i uporządkowanym. Stąd też wynika jej bezwzględność; nie mogła sobie pozwolić na chwile słabości, gdyż groziło to nie tylko utratą autorytetu, ale też i tronu. Do spisków i manipulacji uciekała się niejako z musu, dopasowując się do rytmu na dworze cesarskim, zaś to, co dla innych było zacofaniem, dla niej było wiernością dynastii. I cieszę się, że nie doczekała upadku dynastii Qing, który miał miejsce kilka lat później, bo na pewno pękło by jej serce. Nie mam pojęcia, ile z tej powieści jest prawdą, a ile tylko wytworem wyobraźni Pearl Buck, zwłaszcza że autorka uatrakcyjniła życiorys Cixi zakazanym romansem oraz wątpliwościami na temat ojcostwa jej syna. Wierzę jednak, że w tym portrecie psychologicznym tkwi ziarno prawdy - być może nawet niejedno. Wierzę, że Chinami rządziła kobieta, która była oddana dynastii, tradycji i państwie, a wszystko, co czyniła, czyniła w dobrej wierze. Powieść jest także poruszającym obrazem epoki, w tym ekspansji mocarstw europejskich, które w swej zachłanności uczyniły niewyobrażalnie dużo zła na innych kontynentach. Książki o takiej tematyce zawsze wywołują we mnie szeroki wachlarz dość silnych emocji - od ogromnego żalu, przez irracjonalną bezradność, aż po złość, której dzisiaj nie ma nawet w kogo skierować. Na temat Cixi napisano niejedną książkę; w Polsce, o ile mi wiadomo, ukazały się jeszcze tylko dwie - czy trzy właściwie: "Ostatnia cesarzowa" Keitha Laidlera oraz "Cesarzowa Orchidea" Anchee Min i jej kontynuacja "Ostatnia cesarzowa". Mam na nie ogromną ochotę, by móc je porównać z tym wzruszającym obrazem stworzonym przez Buck.
piątek, 20 listopada 2009
![]() "Gwałt. Opowieść miłosna" to książka cieniutka lecz treściwa i nieproporcjonalnie do ilości stron bolesna. Jest 4 lipca 1996 roku. Święto: tańce, fajerwerki, alkohol. Na jednej z takich imprez, u swojego partnera Caseya , przebywa Teena wraz z dwunastoletnią córką, Bethie. Dochodzi północ, Bethie przysypia na kanapie, matka postanawia więc, że pójdą do domu, choć Casey proponuje im najpierw nocleg, a później podwiezienie samochodem. Noc jest piękna, dlaczego by więc nie wrócić na skróty przez park? Jedna mała decyzja podjęta w ułamku sekundy, na pozór błaha i nieistotna. "A gdyby. Gdyby mamusia nie powiedziała nie." W parku napada na nie grupa chłopaków, którzy wciągają matkę i córkę do hangaru. Tam gwałcą i katują Teenę do nieprzytomności. Potem zostawiają ją na pewną śmierć. Tyle że, kompletnie ogłupieni narkotykami, zapominają o Bethie, która schowała się między stojącymi w hangarze łodziami. Gdy już jest po wszystkim, dziewczynce udaje się wezwać pomoc i uratować matce życie, a dużo później zidentyfikować sprawców. Ale tak naprawdę już nigdy nie będzie po wszystkim. To dopiero początek piekła i zarazem koniec dzieciństwa. Oates się nie cacka, nie bawi w subtelności, nie owija w bawełnę. Nie istnieje dla niej coś takiego jak tabu, nie ma tematów zbyt trudnych, by je poruszyć. Wali prosto z mostu, używa mocnych słów wywołujących równie silne emocje. Opis gwałtu jest tak sugestywny, że czytałam go ze łzami w oczach, zaś od pierwszej do ostatniej strony czułam autentyczną wściekłość zabarwioną bezradnością. Bo wyobraźcie sobie na przykład, że sprawcy trafiają do więzienia, dostają zasłużoną karę. Ale co dalej? Co począć w niedużym miasteczku, gdzie dosłownie wszędzie - w sklepie, w szkole, na ulicy - można spotkać rodziny i przyjaciół tych przestępców? Wściekłych, że zepsuło się ich synkom/braciom/kolegom życie, że musieli stracić kupę kasy na drogich prawników? Gotowych się zemścić, opowiadających wszystkim, że ofiara wcale nie jest ofiarą, że sama jest sobie winna, że przecież tego chciała? A co, gdy przestępcy wyjdą już na wolność? Wyobrażacie sobie mieszkać razem z nimi w jednej mieścinie? Bać się każdego cienia przemykającego nocą za oknem, unikać wychodzenia z domu? Jak żyć wśród tych wszystkich ludzi, ludzi, którzy są z natury tak niewypowiedzianie okrutni? Bo przecież nosiła buty na obcasach i obcisłe ciuchy. Bo lubiła sobie czasem wypić, poszaleć na imprezie. Sama jest sobie winna. Na pewno sama tego chciała, ba!, nawet prosiła o to. I jak się zachowywać na rozprawie sądowej, gdzie obrońca oskarżonych jest nieprawdopodobnym wręcz kłamcą, cwaniakiem i krętaczem? Gdzie sędzia, który teoretycznie powinien być bezstronny, już od pierwszych minut stara się ośmieszyć ofiarę i podważyć wiarygodność jej zeznań? Jak z tym wszystkim żyć? Czy w świetle powyższego wymierzenie przestępcom kary na własną rękę może być usprawiedliwione? Tak naprawdę jest to tylko część problemów, które Oates porusza w tej książce. "Gwałt. Opowieść miłosna" posiada wiele warstw, które można odczytywać i interpretować na różne sposoby. Zdaję sobie sprawę, że w natłoku emocji, które towarzyszyły mi podczas lektury, wiele rzeczy mogło mi umknąć, mimo iż książka ma zaledwie 144 strony. Podziwiam Oates za to, jak pisze; za umiejętność używania mocnego języka, jednak bez zahaczania o wulgarność, za rewelacyjne porównania i świetny dobór słów. Jeden z bohaterów książki, policjant, brał udział w operacji Pustynna Burza. Pisarce w jednym zaledwie zdaniu, z niezwykłą mocą, udało się wyrazić powagę i dramatyzm sytuacji oraz nieodwracalną zmianę, która zaszła w psychice tej postaci na skutek wojny. Dla porównania, Tsukiyamie nie udało się tego dokonać przez 460 stron "Ulicy tysiąca kwiatów". Minus dla Bellony za notkę na okładce, która streszcza niemal całą historię, a w dodatku, wg mnie, mija się z treścią książki. Plus natomiast za rewelacyjną, niezwykle sugestywną i wymowną okładkę. Edit: Chciałam się podzielić z Wami tym spostrzeżeniem wcześniej, ale mam sklerozę. Otóż naszło mnie podczas lektury, że dobrze, że nikt się nie zabrał za ekranizację. Później natomiast wyczytałam, że jednak się zabrał. Nie no, kompletnie sobie tego nie wyobrażam. Z ciężkiej, bolesnej, przepełnionej emocjami historii powstanie zapewne coś płytkiego, ot, z serii Okruchy życia. Bo pewnych rzeczy po prostu nie da się pokazać na ekranie. Jestem zniesmaczona. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||