Ostatnie wpisy
Zakładki:
Przeczytane
Dla bibliofilów
Zaglądam
Kontakt
Tagi
![]() |
Wpisy z tagiem: Prószyński i S-ka
sobota, 29 stycznia 2011
W zasadzie zamiast rozpisywać się na temat "Kruchej jak lód" mogłabym tylko podać linka do (trochę gorszej) "Zagubionej przeszłości" i to by w dużej mierze załatwiło sprawę. Bo pisać o jednej książce Picoult to pisać o całym jej dorobku. W tym przypadku nie można już mówić o własnym niepowtarzalnym stylu; to już jest pisanie na jedno kopyto. Kopyto jednak, muszę przyznać, silnie wciągające. Ogółem rzecz biorąc, powieści Picoult nie wzruszają mnie i nie skłaniają do refleksji. Mnóstwo w nich emocji, ale te nie udzielają mi się w najmniejszym stopniu, w całości pozostając na kartach książki. Zupełnie jakbym oglądała je przez szybę. Dlaczego? Bo są nierozerwalnie związane z lekko kiczowatymi zabiegami, które sprawiają, że ciężko mi brać te teoretycznie dramatyczne historie na serio. Autorka najwyraźniej wyznaje zasadę, że im więcej tym lepiej. Dlatego gromadzi w jednym miejscu wszystkie możliwe problemy, które mogłyby wystąpić w opisywanej sytuacji (i którymi można by spokojnie obdarować kilka powieści), lekką ręką rozdaje nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, przeróżnej maści nieszczęścia i zwroty akcji. Jej bohaterowie postępują impulsywnie, nie szukając rozwiązań w rozmowach z bliskimi, i często niezbyt racjonalnie. A do tego każdy po swojemu, co powinno zapewne zaangażować czytelnika, zmuszając go do opowiedzenia się po jednej ze stron. Nie inaczej jest właśnie w "Kruchej jak lód". Szczęśliwe małżeństwo O'Keefe decyduje się na drugie dziecko. Pomimo pewnych problemów Charlotte udaje się zajść w ciążę. Córka rodzi się chora: cierpi na OI, wrodzoną łamliwość kości, typ III. To oznacza, że będzie żyła w bólu i męczarniach, bo byle co, nawet głupie kichnięcie, może powodować kolejne złamania, które z kolei mogą mieć inne nieprzyjemne (poza oczywistymi) skutki. Życie rodziny O'Keefe już zawsze ma się kręcić wokół kruchej, delikatnej Willow. Mija kilka lat. Na skutek rozmaitych okoliczności rodzice dziewczynki konsultują się z prawnikiem. Ten doradza im wniesienie pozwu z tytułu niedobrego urodzenia. Z jednej strony gdyby wygrali, mogliby podnieść komfort życia Willow, bo na razie im się nie przelewa. Z drugiej oznacza to publiczne wyznanie, że gdyby odpowiednio wcześnie wiedzieli o chorobie, mogliby się zdecydować na usunięcie ciąży. Sprawa komplikuje się o tyle (bo jakże by inaczej), że osobą, która powinna była rozpoznać OI, jest najlepsza przyjaciółka Charlotte, Piper. I od tego dnia wszystko się zmienia. Rodzina O'Keefe zaczyna się rozpadać: matka idzie w jedną stronę, ojciec w drugą (przy okazji niemal wcale się ze sobą nie komunikując; ze zdezorientowaną Piper też zresztą nie). Starsza córka popada w bulimię i szereg innych autodestrukcyjnych zachowań, a Willow targana jest olbrzymimi wyrzutami sumienia (niebywale dojrzałymi jak na jej wiek). Pani prawnik natomiast, która prowadzi sprawę, czuje się szczególnie dotknięta pojęciem niedobrego urodzenia, bo przedziwnym zbiegiem okoliczności była adoptowana. Tragedia goni tragedię. (A zakończenie to już w ogóle majstersztyk. Podejrzewam, że autorka padłaby trupem, gdyby nie mogła zamknąć tej historii w tonie najmelodramatyczniejszym z możliwych.) Tania sensacyjna otoczka oraz "całe mnóstwo wszystkiego" sprawiają jednak, że książki Picoult wsuwa się gładko i nadzwyczaj przyjemnie. Bez emocjonalnego zaangażowania, ale za to z pewnym zapałem podszytym silną potrzebą dowiedzenia się, jak się dana historia dalej potoczy. Przyzwyczaiłam się już, że powieści tej pani nie należy za bardzo analizować w trakcie lektury. Nie ma sensu zastanawiać się nad każdym naciąganym zdarzeniem, każdym przejawem niewiarygodności bohaterów, każdą bzdurką. "Kruchej jak lód" od samego początku pozwoliłam się tak po prostu porwać, bez większego zagłębiania się w jej treść. Zaowocowało to cudownym oderwaniem się od rzeczywistości i - jakkolwiek to zabrzmi w odniesieniu do tematyki - dobrą zabawą. Reasumując, Picoult nie sprawdza się jako autorka głębokich, poruszających powieści obyczajowych (a mam wrażenie, że do takich właśnie dąży), za to czytadła wychodzą jej naprawdę niezłe. I mam zamiar od czasu do czasu sobie po nie sięgać.
sobota, 22 stycznia 2011
Po lekturze "Ewangelii według Szatana" zachciało mi się grozy. Mój wybór padł na "Miasteczko Salem" - a upolowałam swego czasu wypasione urodzinowe wydanie ze zdjęciami Uelsmanna i dodatkowymi materiałami, które ukazało się w 2005 roku, w trzydziestolecie powstania książki. To nie był dobry wybór. Ostrzegam - będę marudzić. Nim przejdę do sedna, muszę wtrącić, że w napisanym przez autora wstępie wyczytałam, że powieść pierwotnie miała się nazywać "Drugie przyjście". Żona jednak stwierdziła, że trzeba to zmienić, bo za bardzo kojarzy się z religią. W anglojęzycznych źródłach znalazłam jednak informację, że nie tyle z religią, co z... seksem (co jest jak najbardziej zrozumiałe, biorąc pod uwagę oryginalny tytuł, "Second Coming"). W najbardziej podstawowym rozumieniu obu terminów, religię i seks dzieli pewna przepaść. Dwie różne bajki, moim skromnym zdaniem. Więc czy przesadzę, mówiąc, że taka ingerencja tłumacza w treść jest niedopuszczalna? Czy ewentualne trudności w przekładzie usprawiedliwiają takie przeinaczanie faktów? Jak mam się nie zastanawiać podczas lektury, czy i w fabule tłumacz sobie czegoś nie zmienił, bo tak było wygodniej? (Na szczęście powieść przełożył ktoś inny, ale niesmak pozostał.) Ale mniejsza. O samej powieści nie wiedziałam kompletnie nic poza tym, że jest ogólnie znana i lubiana. Moja ignorancja doprowadziła do tego, że King zrobił mi psikusa. No bo z czym może kojarzyć się Salem jak nie z czarownicami? A tu proszę, słowa o czarownicach w książce nie ma. (Zdumiewające: tysiące dostępnych nazw, a pisarz uparł się właśnie na tę jedną...) Są za to inne dziwy, które ujawniają się, gdy do Jerusalem, znanego powszechnie jako Salem, przyjeżdża po latach nieobecności pisarz Ben Mears. Ben postanawia zmierzyć się z demonami przeszłości, które występują pod postacią posępnego domiszcza, Domu Marstenów. Mniej więcej w tym samym czasie do miasteczka przybywa dwóch tajemniczych jegomości. I nagle zaczynają ginąć mieszkańcy mieściny, jeden po drugim, w przedziwnych okolicznościach. Wkrótce okazuje się, że Salem opanowały wampiry. Któż więc stawi im czoła, jeśli nie nasz dzielny Ben i garstka jego znajomych? Nigdy nie podzielałam zachwytów nad twórczością Kinga. Określenie "mistrz grozy" wydawało mi się mocno naciągane, choć doceniam jego wkład w popkulturę. Sympatycznie czytało mi się jego książki, ale żadna nie rzuciła mnie na kolana. Jedne lubiłam bardziej (moim faworytem jest pochłonięte kilkanaście lat temu "To"), inne mniej (słaby "Chudszy" np.); nie było dla mnie tajemnicą, że pisał nierówno. Jednak tego, czego doświadczyłam na tych przeszło czterystu stronach, nigdy bym się nie spodziewała - ani po pisarzu o takiej renomie, ani po tak znanym tytule. "Miasteczko Salem" bowiem okazało się przeraźliwie nudne, a tym samym męczące. Od pewnego momentu brnęłam przez nie od niechcenia i lekko po łebkach, niemrawo popychana do przodu złudzeniami o sprytnym, ciekawym zakończeniu (którego w końcu nie dostałam). Zawiodło mnie chyba na wszystkich polach. Pozwolę sobie wymienić: Zirytowała mnie ilość bohaterów, z którymi King postanowił mnie zapoznać, nim rozpoczął w ogóle jakąkolwiek akcję. Mnóstwo nazwisk, tak do siebie podobnych, które - mimo wysiłków pisarza - nawet w połowie lektury sprawiały mi jeszcze problemy i nie zawsze dawały się dopasować do odpowiedniej osoby. Sucha wyliczanka dość mdłych postaci, które tak desperacko starałam się zapamiętać, spodziewając się fascynująco zagmatwanej, wielowątkowej fabuły. A później już tylko poczułam się intelektualnie zgwałcona, gdy okazało się, że rola większości z nich w zasadzie sprowadzała się tylko do padania jak muchy. Znużyły mnie dialogi i opisy. Połowa z nich okazała się śmiertelnie nudna i kompletnie nic nie wniosła do fabuły. Powieść jest zdecydowanie przegadana. Druga połowa, w której rzeczywiście dzieje się coś istotnego, nie wypada w sumie lepiej - bo co mi po akcji, która jest tak banalna i przewidywalna jak to tylko możliwe? Słowo daję, podobnych historii powstało mnóstwo. No dobra, podejrzewam, że w 1975 roku "Miasteczko Salem" było powiewem świeżości, może nawet czymś całkowicie oryginalnym, ale z całą pewnością nie przetrwało próby czasu. Wampiry w wykonaniu Kinga kompletnie nie przypadły mi do gustu. Okazały się tępymi, ograniczonymi krwiożerczymi bestiami, które nie potrafiły się nawet porządnie wysłowić. Dłuższych konwersacji, inteligentnych zagrywek na próżno tu szukać. A taka charakterystyka pasuje przecież do zombie, nie do wampirów. (Nadmienię, że wynalazków w stylu lśnienia migotliwym blaskiem również nie aprobuję. Idealnymi przedstawicielami tego, hm, gatunku są bohaterowie "Wywiadu z wampirem" - przynajmniej wersji filmowej, bo z książką się nie zapoznałam.) Jedynie ich szef był trochę bardziej rozgarnięty, jednak nie na tyle, by zakończyć historię solidną bitwą umysłów. I na koniec: groza. Nie odczułam ani odrobiny. Klimatu również. Pisarz wyznał w posłowiu, że lubi w tej powieści "poczucie narastającego zagrożenia". Tylko się uśmiechnęłam, widząc te słowa. Po przeczytaniu "Miasteczka Salem" czułam się, jakby wytarło mną podłogę, solidnie wyżymało i na koniec przetrzepało na balkonie. Toteż odpuściłam sobie lekturę usuniętych scen oraz dwóch związanych z powieścią opowiadań, które znajdują się w tym wydaniu. Wątpię, żebym chciała zbliżyć się jeszcze do Kinga w ciągu kilku najbliższych lat. Na razie wystarczy mi wrażeń. Uwaga - spojlery w komciach!
czwartek, 30 lipca 2009
![]() Delia Hopkins wiedzie całkiem niezłe, udane życie. Ma małą córeczkę, wkrótce wyjdzie za mąż za jej ojca, a praca (poszukiwanie zaginionych wraz z psem tropowcem) sprawia jej przyjemność. Wprawdzie wychowywała się bez matki, bo ta zginęła w wypadku samochodowym bardzo dawno temu, ale ojciec starał się wynagrodzić jej tę stratę, dając dziewczynie ogromną ilość ciepła i miłości. Innymi słowy - wszystko układa się po myśli kobiety... Aż do momentu, gdy do jej domu wkracza policja. Wówczas Delia dowiaduje się, że nie zawsze była Delią Hopkins. I że dziwne wizje, które ją ostatnio nawiedzały, w rzeczywistości mogą być wspomnieniami... Ostatni kontakt z prozą Picoult miałam grubo ponad rok temu. Teraz po nią sięgnęłam, bo miałam ochotę na coś... odprężającego. Właśnie tak: odprężającego. Już spieszę z wyjaśnieniami, bo świadoma jestem, że niewielu osobom jej powieści kojarzą się z odprężeniem ;) Zbyt wiele jest w jej książkach taniej sensacji, bym mogła traktować je poważnie, zadumać się nad poruszanymi w nich problemami i wczuć się w sytuacje. Zbyt wiele zbiegów okoliczności i nieprawdopodobnych wydarzeń, by te historie mogły się wydać prawdziwe, a tym samym - obudzić we mnie jakieś głębsze uczucia. Że o żenująco płytko nakreślonych stanach emocjonalnych bohaterów nie wspomnę (wprawdzie Picoult pisze o emocjach dużo, ale nie w sposób, który mógłby mi się udzielić, który mogłabym poczuć; dotyka zaledwie powierzchni). Ot, choćby właśnie "Zagubiona przeszłość". To, że mała dziewczynka była porwana przez ojca, okłamywana przez 28 lat, a potem, gdy już poznała prawdę, próbowała poukładać sobie jakoś życie, to dla autorki okazało się, widać, za mało. Musiała dodać do tego jeszcze alkoholizm i nieszczęśliwie zakochanego w bohaterce przyjaciela z dzieciństwa, motyw w stylu "historia kołem się toczy", ironię losu polegającą na tym, że uprowadzona zawodowo zajmuje się poszukiwaniem zaginionych, oraz kilka innych rzeczy, o których już nie będę wspominać, co by nie spojlerować za dużo. Co więcej, układania życia przez Delię, prawdę mówiąc, mogłam się tylko domyślać, bo autorka nad wyraz słabo stworzyła tę postać. Nie wydaje mi się, żeby osoba, która naprawdę przeżyła coś takiego, mogła zachowywać się tak lekko. Z jednej strony mam poczucie pewnej straty. Picoult przywodzi mi na myśl Stephenie Meyer - tak samo jak ona ma niezłe pomysły, ale na tym powinna poprzestać. Innymi słowy, z tematów, które porusza pisarka, mogłoby powstać coś o wiele, o wiele lepszego - głębszego i poważniejszego, gdyby zabrał się za nie ktoś nieco bardziej utalentowany, wnikliwy i pozbawiony skłonności do zbędnego, dramatycznego koloryzowania. Z drugiej jednak strony ten brak głębi, sunięcie zaledwie po powierzchni problemów, może być też zaletą. Dobrze jest czasem zapomnieć o swoich troskach i wskoczyć w czyjeś - nie odczuwając ich ciężaru, nie angażując się emocjonalnie - w jakkolwiek wymyślnej otoczce nie byłyby one podane. "Zagubiona przeszłość", choć najsłabsza ze wszystkich trzech książek Picoult, jakie dotąd czytałam (a czytałam jeszcze "Czarownice z Salem Falls" i "Bez mojej zgody"), pochłonęła mnie i oderwała od rzeczywistości - nawet pomimo dwóch wątków, które ciągnęły się jak flaki z olejem i nie wydały mi się ważne dla fabuły (ale wątków było tutaj mnóstwo, więc dwa w tę czy we w tę nie robią wielkiej różnicy ;)). I właśnie z tego powodu mam zamiar kontynuować swoją znajomość z Picoult.
niedziela, 22 lutego 2009
Z kalifornijskiego więzienia zbiega Daniel Pell. Jest niezwykle niebezpiecznym, inteligentnym przestępcą: nie dość, że ma na koncie m.in. wymordowanie pewnej zamożnej rodziny, to jeszcze słynie ze swoich manipulacyjnych i przywódczych zdolności, czego dowodem było założenie sekty o nazwie Rodzina. Nie bez powodu więc media okrzyknęły go Synem Mansona. Najdziwniejsze jest to, że zamiast uciekać gdzie pieprz rośnie, Daniel czai się gdzieś w pobliżu - najwyraźniej ma jeszcze jakieś zaległe sprawy do załatwienia. Akcji odnalezienia zbiega przewodzi Kathryn Dance, agentka Biura Śledczego Kalifornii. Aby poznać motywy kierujące przestępcą, musi zwrócić się o pomoc do kobiet, które należały niegdyś do sekty, oraz do Śpiącej Laleczki, dziewczyny, która jako jedyna przeżyła masakrę, jakiej Pell dokonał kiedyś na jej rodzinie. Zanim jednak Dance dojdzie do sedna sprawy, będzie musiała się przebić przez całą masę kłamstw, niedomówień i tajemnic z przeszłości, co oczywiście wcale nie będzie łatwym zadaniem. Zdecydowanie najciekawszym elementem książki jest mała lekcja psychologii, jaką Deaver sprytnie wplótł w fabułę. Kathryn Dance specjalizuje się bowiem w kinezyce, czyli odczytywaniu mowy ciała. Dzięki swojej wiedzy potrafi nie tylko wyczuć kłamstwo, ale też zazwyczaj wie, z czego ono wynika. Można się z powieści dowiedzieć kilku naprawdę interesujących rzeczy. Nawiasem mówiąc, muszę przyznać, że Deaver bardzo skrupulatnie przygotowuje się do każdej swojej powieści, zgłębiając temat, który właśnie ma zamiar poruszyć. Nieważne, czy jest to tajemniczy świat głuchoniemych, czy właśnie komunikacja niewerbalna - autor zawsze dokładnie wie, o czym pisze. Należy mu się za to duży plus :) "Śpiąca Laleczka" spełnia wszystkie wymogi swojego gatunku: od samego początku trzyma w napięciu, zaskakuje nagłymi zwrotami akcji i ciekawymi rozwiązaniami, zaś wydarzenia, które następują po sobie w zastraszającym tempie, sprawiają, że ciężko się od książki oderwać. Można się czasem zirytować porażającą inteligencją agentki Dance oraz jej genialną umiejętnością kojarzenia na pozór niezwiązanych ze sobą, błahych faktów, lecz nie na tyle, by mogło to psuć czerpaną z lektury radochę. Podsumowując, nie jest to żaden "must-read", ale jeśli macie ochotę na lekką, wciągającą kryminalno-thrillerowo-sensacyjną historię, to "Śpiąca Laleczka" z pewnością warta jest uwagi.
niedziela, 08 lutego 2009
![]() O twórczości Anne Tyler nie pisze się na polskich stronach zbyt wiele. W Biblionetce każdą jej książkę oceniło średnio kilkunastu użytkowników, a znalezienie jakiejkolwiek recenzji graniczy z cudem. Dlatego też "Lekcje oddychania", uhonorowane w 1989 roku Nagrodą Pulitzera, miały być moim małym, prywatnym odkryciem, jak "Kronika ryta w kamieniu" Carol Shields. I rzeczywiście - odkryłam, że do sięgnięcia po kolejne powieści Tyler skłoni mnie tylko fakt, że dwie z nich ("Przypadkowego turystę" oraz "Obiad w restauracji dla samotnych") mam już na półce. Gdyby nie to, moja pierwsza przeczytana książka tej autorki zapewne byłaby ostatnią. "Lekcje oddychania" opowiadają o dojrzałym małżeństwie, Maggie i Irze Moran, którzy wybierają się w podróż na pogrzeb męża przyjaciółki Maggie z czasów szkolnych, a przy okazji postanawiają zahaczyć o swoją eks-synową i dawno nie widzianą wnuczkę. Obie wizyty są doskonałą okazją do snucia pełnych goryczy wspominek i refleksji o rodzinie Moran oraz wymyślania naiwnie optymistycznych planów na przyszłość. Maggie i Ira różnią się od siebie diametralnie. Ira jest zamknięty w sobie, spokojny, opanowany, a na życie patrzy trzeźwo i racjonalnie. Maggie natomiast jest roztrzepaną, rozgadaną idealistką. Zdarza jej się, poprzez rozpaczliwe zniekształcanie rzeczywistości i naginanie prawdy, manipulować najbliższymi, by osiągnąć to, co sobie zaplanowała i by sprawy ułożyły się po jej myśli. Maggie ma wprawdzie dobre intencje, wierzy, że działa w słusznej sprawie i że uszczęśliwi tym rodzinę, ale jej zachowanie wzbudziło we mnie niesmak przemieszany z pogardliwą litością. Ogólnie zresztą nie polubiłam bohaterów. Zachowują się nienaturalnie i są niewiarygodni, a to się trochę kłóci z moją wizją na temat powieści obyczajowej. Pozwolę sobie podać kilka przykładów. O Maggie pisałam już wyżej. Dodam tylko, że jej plany i kłamstewka są infatylne i przywodzą na myśl bardziej poczynania siedmiolatki niż dojrzałej kobiety. Poza tym kto gra w karty w kościele przed pogrzebem męża swojej rzekomo najlepszej przyjaciółki z dawnych czasów albo dobiera się do rozporka swojego partnera w jej sypialni podczas stypy? Fiona, eks-synowa, również jest dziecinna, zdaje się nie posiadać własnego zdania oraz zdolności do komunikacji z ludźmi. Gdy tylko coś jej się nie podoba, prycha, krzyczy i wychodzi z domu, trzaskając drzwiami. Rozumiem, że każdemu może się czasem zdarzyć, ale w przypadku Fiony to już prawie reguła. Ira od lat utrzymuje ojca oraz dwie starsze siostry. Jedna z sióstr nie opuszcza domu, bo boi się ludzi. Wydaje mi się, że normalny człowiek poszukałby raczej dobrego psychiatry, żeby siostra wyszła w końcu na prostą, niż zgodził się na takie utrzymywanie do końca życia. Czepiam się? Być może. Ale coś musi być na rzeczy, bo naprawdę rzadko uderza mnie taka nienaturalność i tak słabo skonstruowani bohaterowie. Zresztą za dużo tego było, bym mogła zignorować. Wspomnę jeszcze, że książka napisana jest nieco chaotycznie. I że mój zawód był tym większy, że spodziewałam się po tej powieści czegoś naprawdę dobrego. Wszystko razem sprawiło, że bliska byłam porzucenia lektury (było to w momencie, gdy Maggie zaczęła fantazjować na temat staruszka w domu opieki, w którym pracowała - kolejny genialny smaczek), ale w końcu postanowiłam twardo wytrwać do końca. Króciutko podsumuję: Pulitzera nie pojmuję, a książki nie polecam. ![]() Przy okazji informuję, że na podstawie "Lekcji oddychania" powstał w 1994 roku film (polski tytuł to "Jeden dzień z życia pewnej pary"). Nie widziałam go, ale podejrzewam, że spodobałby mi się bardziej niż książka.
piątek, 30 stycznia 2009
![]() Akcja "Niebanalnej więzi" dzieje się w drugiej połowie XIX wieku. Losy dwóch kobiet splatają się ze sobą w mrocznych zakamarkach surowego, londyńskiego więzienia Millbank. Pierwsza z nich, Selina Dawes, to uzdolnione medium. Trafiła tam - jak twierdzi - w wyniku nieporozumienia. Zamiast niej w celi powinien znaleźć się duch, bo to on, nie ona, wystraszył pewną osobę, czym doprowadził do jej śmierci. Druga kobieta to Margaret Prior, inteligentna, wrażliwa dama. Margaret jest nieszczęśliwa - żyje pod dyktando swojej apodyktycznej matki, wciąż prześladuje ją wspomnienie nieszczęśliwej miłości, a ponadto nie może się pozbierać po śmierci ojca. Aby odzyskać równowagę psychiczną, angażuje się w działalność dobroczynną i zaczyna odwiedzać Millbank, by nieść więźniarkom ciepłe słowo, ukojenie i dobry przykład. Między Seliną i Margaret zaczyna się rodzić specyficzna więź, pełna emocji i namiętności; więź dość interesująca w skutkach. "Niebanalna więź" jest skonstruowana w ciekawy, szalenie wciągający sposób. Bohaterki i ich przeszłość poznajemy bardzo powoli, wszelkie informacje dawkowane są oszczędnie, a do tego dochodzi nutka grozy i szczypta intrygi. Wszystko to rozbudza ciekawość, wzmaga napięcie i sprawia, że człowiek nie ma ochoty odłożyć książki, dopóki nie pozna całej tej owianej tajemnicą prawdy - a dowiaduje się jej dopiero na samiuśkim końcu. Zanim jednak do niego dotrze, staje się ofiarą zabawy stworzonej przez Sarah Waters. Autorka igra z czytelnikiem i sprawia, że ten momentami głupieje i zaczyna wierzyć w najbardziej irracjonalne rzeczy. Tak przynajmniej było ze mną. Być może inni są na to bardziej odporni, ale ja dałam się w to wciągnąć - z czego się w sumie cieszę, bo lubię tego typu manipulacje. Atmosfera książki jest dość ponura. I dosłownie, ze względu na świetnie nakreślone więzienne realia - począwszy od ciemnych, wilgotnych cel, poprzez narzędzia używane do poskramiania więźniarek, na samych więźniarkach, szalejących z rozpaczy i samotności, kończąc. I w przenośni, bo były to czasy, gdy kobiety musiały przestrzegać surowych i bezsensownych konwenansów, a każda odmienność od ogólnie przyjętych norm skutkowała albo wykluczeniem z kręgu, albo obserwacją lekarza, który namiętnie faszerował swoją pacjentkę specyfikami nasenno-uspokajającymi. W rezultacie okazuje się, że nie tylko Selina żyje w niewoli, ale i Margaret, chociaż jej więzieniem jest zupełnie coś innego. Do "Niebanalnej więzi" podeszłam z pewną dozą nieufności. Choć nie rzuciła mnie na kolana, to jednak miło mnie zaskoczyła, bo okazała się naprawdę dobrze napisaną, wciągającą lekturą. Będę się teraz rozglądać za innymi książkami Sarah Waters. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||