...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      



,

statystyka

Wpisy z tagiem: Zysk i S-ka

poniedziałek, 17 stycznia 2011



Skończyłam czytać tę książkę zaledwie kilka dni temu, a już prawie nie pamiętam, o co w niej chodziło. Niczego z niej nie wyniosłam, nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia; równie dobrze mogłaby nie istnieć. Tak bluzgałam niedawno na pisaninę Laurie Notaro, ale przynajmniej w jakiś sposób zapadła mi ona w pamięć. Natomiast jeśli "W ruchu" - sam tytuł - zostanie mi jakimś cudem w głowie, to prawdopodobnie jako jedna z najbardziej nijakich, bezpłciowych powieści, z jakimi miałam do czynienia. Dlatego ta notka będzie równie beznamiętna co temat, którego dotyczy.


Helene Thatcher pracuje w opiece społecznej, wśród ludzkich nieszczęść i stert dokumentów. Jest rzeczowa i opanowana, więc nadzwyczaj dobrze radzi sobie ze swoimi obowiązkami - z petentami, którzy wiecznie mają o coś pretensje bądź są w niesamowicie trudnej sytuacji. Kiepsko jej się za to powodzi w sferze prywatnej: od kilku lat tworzy otwarty związek z ćpunem, sypia z narzeczonym swojej dobrej koleżanki i daje się prześladować choremu psychicznie mężowi najlepszej przyjaciółki.
Helene żyje w ciągłym ruchu - to jej sposób na przetrwanie. Działa impulsywnie, nie zastanawia się nad tym, co robi, nie zatrzymuje się, żeby pomyśleć. Najważniejsza jest dla niej wolność, a do tej zalicza się między innymi przygodny, niebezpieczny seks, który podnosi jej samoocenę i pewność siebie. Życie Helene to nieustające pasmo samozniszczenia.
I w zasadzie tyle.

"W ruchu" to dla mnie opowieść o niedorzecznie postępujących ludziach (i nie mam tu na myśli bohaterki, bo ta w swojej samozagładzie jest jeszcze dość wiarygodna, lecz jej otoczenie) i ucieczce przed życiem. Ten ostatni temat, sam w sobie przecież fascynujący i mający spory potencjał, Martin potraktowała powierzchownie, mdło i nijako. Zrobiła z niego suchą wyliczankę destrukcyjnych zachowań i problemów (chociaż nie wykluczam, że ponad trzydzieści lat temu nawet podany w takiej formie mógł budzić inne - jakiekolwiek - emocje; dziś już takie sprawy nie szokują).
I wierzcie mi, chciałabym podać jakieś konkrety, wymienić i uzasadnić części składowe mojej oceny, ale po prostu nie jestem w stanie. W sumie tylko narracja przychodzi mi do głowy - tak pospieszna, że aż męcząca. Jakby Martin miała dość swojej powieści, zanim jeszcze ją zaczęła; jakby chciała ją jak najprędzej skończyć. Inne rzeczy wyleciały mi z głowy szybciej, niż zdołałam je przyswoić.

piątek, 23 października 2009

   


Źle mi. Źle i smutno. Skończyłam ostatnią, póki co, część cudownej "Pieśni Lodu i Ognia" i nie mogę sobie teraz znaleźć miejsca. Tęsknię za Westeros, za jego twardą, bezlitosną rzeczywistością, tęsknię za spiskami i intrygami, a najbardziej tęsknię za bohaterami. Co wieczór kładę się do wyra i odczuwam wyraźną pustkę; przez ostatnie tygodnie, pod kołderką i przy słabym świetle lampki nocnej, śledziłam z zapartym tchem wydarzenia z Siedmiu Królestw. Przywiązałam się do postaci, choć nie wszystkie z nich polubiłam. A teraz? Nie wiem, co u nich słychać, co planują, dokąd zmierzają. Nawet nie mogę się domyślać ich dalszych losów, bo te z całą pewnością potoczą się w sposób całkowicie zaskakujący i nieprzewidywalny. Brakuje mi ich.


"Uczta dla wron" okazała się niestety najsłabsza z całego cyklu, choć sama w sobie nie jest zła; po prostu wypadła dość blado w porównaniu z poprzednimi częściami, które są fenomenalne. Pierwsza połowa jest nieco przegadana, a akcja toczy się jakby wolniej, natomiast w drugiej wszystko wraca do normy. Wydarzenia nabierają typowego dla cyklu tempa, a Martin jeszcze mocniej znęca się nad zestresowanym czytelnikiem ;)

Każda z części "Pieśni Lodu i Ognia" opowiadana jest, na przemian, w formie niedługich rozdziałów, z perspektywy kilku postaci (choć nie wiem, czy to dobre określenie, bo narracja jest trzecioosobowa). Niektóre z nich giną, niektóre znikają, toteż w kolejnych częściach na ich miejsce wchodzą inni bohaterowie, przewijający się gdzieś uprzednio w tle. Na ogół lubię taką formę powieści, jednak tutaj jest nadzwyczaj trafiona. Nie wyobrażam sobie, żeby przy takim knowaniu, spiskach, planach i zdradach, mogło być inaczej.
Mam jednak wrażenie, że do "Uczty dla wron" wkradł się chaos. "Do głosu doszło" dość wiele osób, które wcześniej nie grały pozornie dużej roli, i narodziło się mnóstwo nowych wątków (jakby wcześniej było ich mało...). Na pewno dodaje to całości smaczku, a nitki powieści jeszcze bardziej zaczynają się ze sobą fascynująco przeplatać; przyznam jednak, że przez pewien czas czułam się w tym wszystkim nieco zagubiona. Na szczęście w końcu się odnalazłam, ale i tak nie potrafię ogarnąć całości cyklu. Strasznie dużo tu wszystkiego :)

I po skończonej lekturze zapragnęłam zacząć "Pieśń Lodu i Ognia" od nowa. Po to, żeby znowu móc obcować z tak cudownie, realistycznie i sprytnie nakreślonymi postaciami, oraz po to, by spróbować wszystko objąć. By móc dostrzec rzeczy, które przy pierwszym spotkaniu z całą pewnością mi umknęły (czy to w mnogości wydarzeń, czy też dlatego, że nie zwróciłam na nie uwagi, bo sprawiały wrażenie nieistotnych).

Mam jednak małe zastrzeżenie. Czy słuszne - mam nadzieję się kiedyś przekonać.
A chodzi o to, że gdy Martin tworzył czwartą część cyklu, tak się rozpisał, że nie było rady: trzeba było ją ciachnąć na pół. Nie uczynił tego jednak chronologicznie, co byłoby w danej sytuacji naturalne, ale... "postaciowo". Tak więc ukazała się "Uczta dla wron", która opowiada o części bohaterów, natomiast "A Dance with Dragons" opowie o drugiej części, poprzednio pominiętej, zaś wydarzenia w obu tych książkach mają dziać się równolegle. Może zacytuję autora, żeby było jaśniej: "(...) lepsza dla czytelników będzie książka opowiadająca całą historię połowy postaci od takiej, która opowiada połowę historii wszystkich postaci."
Przyznam, że jakoś ciężko to widzę. Jeśli, dajmy na to, pod koniec "Uczty dla wron" ginie X, to na początku piątej części będzie żył? Dziwnie, prawda? Martin wybrał sobie dość nietypowe rozwiązanie. Jestem ciekawa, jak to wypadnie w praktyce.

Bardzo, ale to bardzo nie mogę się doczekać "A Dance with Dragons". I o ile jestem pewna, że prędzej czy później będę się mogła w nim zatopić, to poważnie obawiam się o los dwóch ostatnich części. Innymi słowy, wątpię, czy Martinowi uda się skończyć cały cykl.

Ale żeby takim pesymistycznym akcentem nie kończyć notki, powiem tak: "Pieśń Lodu i Ognia" jest niesamowita, a Martin, jak to się potocznie mówi, ma łeb :) I jeśli ktokolwiek z Was się jeszcze waha i zastanawia, czy sięgnąć po "Grę o tron" - niech się nie waha, tylko sięga! Nie daję 100% gwarancji, że się spodoba (choć sądząc po innych opiniach i recenzjach, niskie jest prawdopodobieństwo, że nie), ale spróbować warto. Bo naprawdę szkoda by było, gdyby ominęło Was coś tak cudownego.

sobota, 10 października 2009

  


Na początek, zanim zacznę piać z zachwytu, króciutko zarysuję fabułę: Westeros nadal pogrążone jest w chaosie, jeszcze większym niż dotychczas. Walka o tron trwa. Wróg czai się na każdym kroku, ufać nie można praktycznie nikomu.
Zarówno śmierć jak i zdrada nadchodzą z tych najmniej spodziewanych stron.
Krainy są osłabione - nie ma jednego króla, który by je na powrót zjednoczył, wielu mężczyzn zginęło, walcząc za swoich panów, po lasach grasują buntownicy. Wszyscy są tak pogrążeni w wewnętrznych konfliktach Siedmiu Królestw, że zapominają o niebezpieczeństwach, które mogą nadejść z zewnątrz, zza Muru...

Choć niektórzy twierdzą, że trzecia część cyklu jest odrobinę słabsza od dwóch poprzednich, ja się z tym absolutnie nie zgadzam. "Nawałnica mieczy" zdecydowanie trzyma poziom.
Intrygi i spiski jeszcze bardziej się komplikują; bohaterowie jeszcze bardziej zaskakują i podejmowanymi decyzjami, i tajemnicami, które dotychczas skrywali. Zwroty akcji wciąż przyprawiają o ból głowy.
Wszystkie wątki są tutaj tak zapętlone, że nie wyobrażam sobie, jak pisarz z tego wybrnie i jak je rozwiąże.

Zastanawiam się, czy lektura "Pieśni Lodu i Ognia" jest bardziej przyjemna, czy też bardziej stresująca. Martin znowu uśmiercił mi kilkoro bohaterów, zarówno tych pozytywnych, jak i mniej. Innych pozbawił różnych części ciała.
Jeśli pisarz nadal będzie siał śmierć i inne nieszczęścia w takim tempie, to podejrzewam, że w ostatniej części ostanie się jeden jeno bohater, w dodatku pozbawiony rączek i nóżek, a niewykluczone też, że i oczka mu wydłubią.

Gdyby to Martin zabrał się za cykl o Potterze, możecie być pewni, że Hermiona wykrwawiłaby się na śmierć po jakimś ohydnym, wielokrotnym gwałcie, na który jej najbliżsi przyjaciele zmuszeni byliby bezradnie patrzeć. Ron skonałby w malignie, uprzednio pozbawiony członków, z larwami wijącymi się w gnijących, ropiejących ranach. Głowa samego Harry'ego natomiast (ścięta, koniecznie publicznie, jakimś tępym narzędziem, które nie dałoby rady za jednym uderzeniem oderwać jej od tułowia) zostałaby, jako ostrzeżenie dla wszelkich buntowników, nadziana na kij i wetknięta na mury Hogwartu, by każdy mógł jej się przyglądać, dopóki ta nie sczernieje i nie straci swego pierwotnego kształtu.
Tak, taki właśnie jest Martin.
Dodać jednak muszę, że ten jego "sadyzm" ma sens. Nie jest to tępe i bezcelowe epatowanie przemocą dla przemocy samej w sobie, tylko po to, żeby pokazać, że można. Nie. Ta brutalność jest integralnym elementem rzeczywistości w "Pieśni Lodu i Ognia", rzeczywistości twardej, zimnej i bezlitosnej. Jest tutaj jak najbardziej na miejscu. Nie jest też motywem przewodnim powieści; pojawia się, owszem, często, ale w sposób jak najbardziej normalny i naturalny. Zresztą Martin jest okrutny w "czynach", nie w opisach. Ot, obcina komuś rękę i idzie dalej; nie rozwodzi się nad tym zbytnio.

Choć cykl jest stresujący, choć czasami nie mogę po lekturze kilku rozdziałów zasnąć z nerwów, podoba mi się, że Martin nie cacka się ze swoimi bohaterami. Długo na coś takiego czekałam; ileż w końcu można czytać o dzielnych ludziach, co to wychodzą cało z każdej, nawet najbardziej nieprawdopodobnej opresji, by na końcu zatriumfować, wygrywając walkę ze złem? Zresztą stricte czystego zła też zbyt wiele u Martina nie ma. Granica między dobrem a złem jest szalenie płynna, a niemal każda postać ma w sobie oba pierwiastki.


Po lekturze "Nawałnicy mieczy" zamierzałam zrobić sobie malutką przerwę, taką na jedną inną książkę, żeby uniknąć ewentualnego zachłyśnięcia się cyklem. Martin jednak przerwał wszystkie wątki w takich momentach, że się po prostu nie dało. Od razu chwyciłam za "Ucztę dla wron" :)

Czy już wspominałam, że gorąco polecam Wam ten cykl?

Na koniec mały minus dla wydawnictwa, które rozłożyło powieść na dwa tomy. W pierwszym zabrakło mi mapek, do których lubię podczas lektury zaglądać, a przecież nie zawsze chce się/da się taszczyć ze sobą obie książki. Na szczęście w "Uczcie dla wron" zostało to poprawione.

środa, 23 września 2009



Do Westeros wdarł się chaos. Głowy najpotężniejszych rodów po kolei ogłaszają się królami, pragnąc zagarnąć dla siebie Żelazny Tron i władzę w Siedmiu Królestwach.

Za Murem robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Nocna Straż ma pełne ręce roboty.
Zima jest coraz bliżej...

Zdecydowanie wciąż jestem zachwycona twórczością George'a R. R. Martina.


Mnóstwo tutaj spisków, knucia i intryg. Samozwańczy królowie (i nie tylko oni) kombinują, jak mogą, by osiągnąć zamierzone cele. Wikłają się w sieć pozorów i kłamstw, tu biorą jeńców jako gwarancję spokoju, tam wydają kobiety za mąż, by zyskać sojuszników. Kierują się rządzą zemsty, nie honorem, bo ten dla nich nie istnieje. Nie zważają na nic, nie mają żadnych skrupułów; liczy się tylko cel; mniejsza o środki potrzebne do jego osiągnięcia.
Tak, to jest prawdziwa gra - nie tylko o Żelazny Tron, ale też o posłuch wśród ludzi, o poparcie zamożnych rodów, o sprawiedliwość, która jest tutaj, jak się okazuje, pojęciem szalenie subiektywnym, a nawet o życie.


Martin, zupełnie jak w "Grze o tron", bezlitośnie igra z czytelnikiem. Wprowadza w błąd, w kulminacyjnych momentach zmienia temat i niesamowicie zaskakuje.
"Starcie królów" różni się jednak od pierwszej części tym, że siłą rzeczy bardziej poznajemy bohaterów i coraz lepiej możemy zrozumieć pobudki, które nimi kierują. Wciąż jednak musimy być świadomi, że nie poznaliśmy ich zupełnie, że wszyscy skrywają jakieś tajemnice i nieujawnione dotąd cechy charakteru, które zapewne w przyszłości wpłyną na ich odbiór. Gdy tylko wydaje nam się, że kogoś dobrze znamy, Martin z premedytacją robi coś, żeby to poczucie zburzyć. Trzeba więc nieustannie mieć się na baczności i pamiętać, że szarość ma wiele odcieni i że nikt tutaj nie jest krystalicznie dobry czy też doszczętnie przeniknięty złem.

Lektura tej powieści dostarcza całego mnóstwa emocji - grozy, niesmaku, radości, smutku. W pewnym momencie miałam nawet łzy w oczach - z ulgi, że pewne wydarzenie wcale jednak nie miało miejsca, że to tylko Martinowi po raz kolejny udało się mnie zmylić.

Podejrzewam, że nawet osoby nie przepadające za fantasy byłyby w stanie czerpać całą masę przyjemności z lektury "Pieśni Lodu i Ognia". Nadnaturalnych zjawisk nie ma tu wiele. Czasy, w których dzieje się akcja powieści, przypominają średniowiecze; wszystko jest tutaj opisane bardzo realistycznie. Magia, owszem, zaczyna się nieśmiało w "Starciu królów" pojawiać, na razie jednak jest nieokreślona i niesprecyzowana. (Swoją drogą, nawet nie do końca mi pasuje do tej twardej, brutalnej, zimnej rzeczywistości; ciekawa jestem, jak dalej się ten wątek rozwinie.)

I na koniec małe ostrzeżenie: jeśli już zaczniecie czytać "Pieśń Lodu i Ognia", absolutnie nie szukajcie w sieci informacji na jej temat. Dosłownie wszędzie czyhają spojlery, nawet w miejscach, których byście o to nie podejrzewali; spojlerami są także okładkowe notki kolejnych części. A szkoda byłoby psuć sobie frajdę z lektury.

"Starcie królów" skończyłam czytać wczoraj (nawiasem mówiąc, w ogóle nie odczułam, że powieść ma 900 stron) i od tego czasu nie mogę sobie znaleźć miejsca. Snuję się niemrawo po domu i z pewną niechęcią spoglądam na regały i stojące na nich, czekające na swoją kolej, książki.
Lecz choć umieram z ciekawości, co wydarzy się w kolejnej części i co się stało z niektórymi bohaterami, mam zamiar zrobić sobie od Martina krótką przerwę. Nie wiem, jak długo wytrzymam, poza tym ciężko będzie mi się teraz przestawić na coś innego. Wmawiam sobie jednak dzielnie, że takie niecierpliwe, pełne emocji oczekiwanie też ma swoje plusy :)

czwartek, 17 września 2009



Wiedziałam, że sięgnięcie po tę książkę to kiepski pomysł. Kiepski - w momencie, gdy pewnie upłynie trochę czasu, zanim uda mi się zdobyć wszystkie części.


W Westeros, na Żelaznym Tronie, zasiada Uzurpator, Robert Baratheon. Wiele lat temu udało mu się pozbawić władzy szalonego Aerysa Targaryena, w którego żyłach płynęła smocza krew. Aerys jednak zostawił potomstwo, które w miarę dorastania coraz częściej myśli o zemście. Jednak nie tylko ono pragnie zająć miejsce Roberta; takich osób jest więcej - i to w kręgach, których król nigdy by o to nie podejrzewał.
Tymczasem za Murem, którego nieustannie strzeże Nocna Straż, w Nawiedzanym Lesie, zamieszkałym przez prastare rasy, dzieją się coraz dziwniejsze rzeczy.
Atmosfera w Westeros robi się coraz bardziej gęsta i nieprzyjemna...

Nawiasem mówiąc, tytuł powieści jest w rzeczywistości mylący. Prawdopodobnie prawdziwa gra zacznie się dopiero w następnej części. Te 770 stron to zaledwie wprowadzenie.

Nie jestem w stanie nikogo nakłonić do lektury tej książki samym tylko zarysowaniem fabuły, bo ta jest tak pogmatwana, że tak naprawdę pojęcia nie mam, jak to wszystko ująć w słowa. Może więc zachęci Was wrażenie, jakie wywarła na mnie pierwsza część cyklu "Pieśń Lodu i Ognia".

"Gra o tron" to wspaniała, wielowątkowa, napisana z niezwykłym rozmachem powieść w kolorach śniegu, stali i krwi.
Martin nie ma skrupułów w uśmiercaniu bohaterów - także tych pozytywnych, którym wcześniej się kibicowało. Zresztą on chyba w ogóle nie ma skrupułów, dlatego też powieść pełna jest mordów, gwałtów i innych ohydztw. Krew się leje, konie rżą rozpaczliwie w ostatnich przedśmiertnych podrygach, tajemnicze, groźne cienie przemykają gdzieś pokątnie, a wielką łaską jest zamordowanie kogoś bez użycia tortur. Nie wiadomo, komu można ufać; kto jest przyjacielem, a kto knuje za plecami. I jakby tego było mało, zbliża się zima, zaś wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują, że będzie wyjątkowo długa i brutalna.

Martin doskonale wie, jak zaintrygować czytelnika, wzbudzić w nim ciekawość i sprawić, by nie mógł oderwać się od książki. Rozpoczyna pewne wątki i ich nie kończy; wspomina o czymś, niby mimochodem, i zmienia temat. Akcja galopuje (zwłaszcza pod koniec, dlatego też ostatnie 200 stron pochłonęłam na jednym posiedzeniu) i zaskakuje licznymi zwrotami. Większość bohaterów jest niemożliwa do zakwalifikowania jako dobry/zły i skołowany czytelnik próbuje ich, na ogół bezskutecznie, rozgryźć. A, wierzcie mi, jest co rozgryzać, bo postaci jest tu od zatrzęsienia; można się pogubić.

"Gra o tron" jest rewelacyjna. Może powtórzę dla lepszego efektu: rewelacyjna! Jestem absolutnie zakochana w świecie, który stworzył Martin, w intrygach, które uknuł na kartach powieści i w karuzeli emocji, jaką mi zafundował. A podobno kolejna część, "Starcie królów", jest jeszcze lepsza. Jejku! :)

W pierwotnej wersji notki miałam wspomnieć, że nie mam absolutnie ochoty sięgać teraz po jakąkolwiek inną książkę (pewnie nie byłabym w stanie się w nią wczuć), że wciąż jeszcze przeżywam "Grę o tron". I że koniecznie muszę jak najszybciej zdobyć drugą część.
Mąż się jednak w tak zwanym międzyczasie nade mną zlitował, zabrał do najbliższego Empiku i sprezentował "Starcie królów". Nie muszę się więc już martwić czytaniem czegoś innego niż Martin.
Przede mną kolejna dawka niesamowitych, jak mniemam, wrażeń; ponad 900-stronicowa uczta :)

czwartek, 09 lipca 2009



Nie dałam rady. Za mało jest w tej książce zgnilizny i ogólnego rozkładu, by mogła mi się spodobać ;)

W zasadzie przeczytałam zbyt mało stron, by móc się jakoś rzeczowo na temat tej książki wypowiedzieć, ale wystarczająco dużo, by się upewnić, że nie dla mnie ona.


Styl - kalka z "Bożego Narodzenia w Lost River": mdli bohaterowie, sztuczne, jakby wymuszone, żarty i wszechobecne poczucie, że świat jest piękny, a ludzie nie robią nic innego, tylko non stop, przez dwadzieścia cztery na dobę, czynią dobro.
Motylki nad zieloną łączką, hasająca sarenka na tle zachodzącego słońca i roześmiane dzieci wszystkich narodów, trzymające się ufnie za rączki - takie skojarzenia mam po spotkaniach z Flagg. (Być może wysuwam w tym przypadku zbyt daleko idące wnioski, ale nic na to nie poradzę. Wszystko, czyli pierwszych kilkadziesiąt stron, które przeczytałam, wskazuje na to, że taki właśnie sielankowo-maślankowy klimat jest też w "Smażonych zielonych pomidorach" do samego końca.)
Jakby tego było mało - chaos chronologiczny, nad którym, przy wyżej opisanym rewelacjach, nie chciało mi się już skupiać.


I już, już miałam podsumować notkę stwierdzeniem, że nie cierpię takich cukierkowych w przekazie książek, gdy nagle zrozumiałam, że tym, co czyni książki Flagg niestrawnymi dla mnie, nie jest sama cukierkowatość przesłania (choć po części też, oczywiście). Czarę, paradoksalnie, goryczy przelewa tutaj pewna maniera języka, którym pisarka się posługuje. Jej sposób opisywania świata jest bowiem tak infantylnie naiwny, tak ociekający niezdrową wręcz, jakby desperacką ilością optymizmu, że zastanawiam się, czy aby na pewno autorka jest w pełni władz umysłowych. Serio.


O dziwo, dawno (naprawdę dawno) temu widziałam ekranizację tej powieści i z tego, co pamiętam, podobała mi się. Ale filmy rozpatruję w nieco innych kategoriach niż książki. No i młoda wtedy byłam ;) Będę kiedyś musiała obejrzeć ją po raz drugi; ciekawa jestem, jak ją tym razem odbiorę.
Jednak książkom tej pani (i ich okrutnemu dla mojej psychiki językowi) mówię zdecydowane "nie".