...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      



,

statystyka

Wpisy z tagiem: ZNAK

czwartek, 28 kwietnia 2011



Nie sądziłam, że da się połączyć mitologię grecką, zniszczony Nowy Orlean i paranormalne dziwy w taki sposób, żeby trzymało się to kupy, a co dopiero było przyjemne w odbiorze. A jednak! Kelly Keaton ze składników na pozór do siebie nie pasujących stworzyła rzecz spójną i intrygującą.


Aristanae Selkirk miała cztery lata, gdy matka oddała ją pod opiekę państwa. Teraz, po trzynastu latach, dziewczyna postanawia odnaleźć swoje korzenie i dowiedzieć się czegoś o rodzicach. Poszukiwania zaczyna od posępnego szpitala psychiatrycznego, gdzie trafiła i - jak się okazuje - wkrótce potem popełniła samobójstwo jej matka, zostawiając po sobie tajemniczy list adresowany do córki. List, który daje początek lawinie pytań i (paradoksalnie, bo miał ją przed tym uchronić) prowadzi Ari do Nowego Orleanu, miejsca jej urodzenia.
Nie bez znaczenia jest tutaj fakt, że Nowy Orlean przeszedł trzynaście lat wcześniej lekką metamorfozę i stał się własnością prywatną: po fali kataklizmów, jakie nawiedziły miasto, rząd nie kwapił się do jego odbudowy, toteż dziewięć najstarszych rodzin z tamtych okolic zawarło sojusz i wykupiło je na własny użytek. Wieść gminna niesie, że Nowy 2, jak teraz nazywa się miasto, stał się schronieniem dla odmieńców i siedliskiem przedziwnych zjawisk nadprzyrodzonych.
Ari zamierza początkowo wpaść tam tylko na chwilę, by zdobyć swój akt urodzenia i, jeśli szczęście dopisze, poznać nazwisko ojca. Zmuszona jest jednak zweryfikować swoje plany, gdy okazuje się, że ktoś czyha na jej życie, a sojusz zdaje się wiedzieć coś o jej pochodzeniu. A pewien przystojny młodzieniec, garść niezwykłych osobników i ekscentryczny tryb życia, jaki prowadzą, sprawiają, że dziewczyna szybko się tam zadomawia.

Najmocniejszą stroną powieści jest bohaterka - odważna, spontaniczna dziewucha, która nie boi się walczyć o swoje. W kryzysowych sytuacjach Ari się nie patyczkuje - jest nawet w stanie zwymyślać swojego śmiertelnego wroga, przed którym inni się trzęsą, a i tyłek komuś skopie, jeśli zajdzie potrzeba. Do tego potrafi wdać się w romans z osobnikiem, którego zna dosłownie chwilę - bez tęsknego wzdychania, umierania z miłości i tym podobnych cukierkowych uniesień. Zdecydowanie nie dogadałaby się z rozmemłaną Bellą, a nawet Edward wygląda przy niej jak przedszkolak.

Spodobał mi się też pomysł na miejsce akcji - zniszczony Nowy Orlean z jego ponurymi mieszkańcami, tajemnicami, historią. I wielobarwnym Mardi Gras tak cudownie kontrastującym z mrocznymi cmentarzami, po których grasują złodzieje (a później sprzedają znaleziska nieświadomym ich pochodzenia turystom). To miasto, zwłaszcza w takiej formie, ma spory potencjał i nie obrażę się, jeśli autorka poświęci mu więcej uwagi w kolejnych częściach cyklu.

"Z ciemnością jej do twarzy" czyta się szybko i sprawnie; sama nie wiem, kiedy dotarłam do ostatniej strony. Przyczyniły się do tego wartki język, krótkie, naturalne dialogi i pędząca akcja. Co się tyczy tego ostatniego, wszystko dzieje się tak szybko, że może nawet ociera się to o przesadę. Keaton nie daje czytelnikowi chwili wytchnienia, tylko zasypuje go kolejnymi informacjami i wciąga w łańcuch wydarzeń. Osobiście wolałabym, żeby zatrzymała się czasem na chwilę, szerzej zarysowała kontekst, uczucia bohaterki czy co tam jeszcze, jednak jestem pewna, że docelowa grupa odbiorców, czyli młodzież, będzie z takiego tempa zadowolona.

Jednak pomimo tej galopującej akcji, książka sprawia wrażenie zaledwie prologu, wprowadzenia do tego, co będzie się działo w kolejnych tomach (czy też może raczej kolejnym tomie; nie wiem, z ilu części ma się składać cykl). Jestem ciekawa, jak autorka postanowiła pokierować dalszymi losami Ari i mam nadzieję, że będę mogła je poznać w przyszłym roku (anglojęzyczna oryginalna wersja ma wyjść w lutym).

Oficjalna premiera "Z ciemnością jej do twarzy" odbędzie się 5 maja.
Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Znak. A wszystkich zainteresowanych informacjami o serii i promocjami zachęcam gorąco do odwiedzenia oficjalnego profilu na FB: Z ciemnością nam do twarzy.




niedziela, 07 czerwca 2009



Choroby psychiczne to bardzo wdzięczny temat na powieść: fascynujący, bo albo w ogóle nieznany, albo wręcz przeciwnie - boleśnie znajomy, i budzący grozę, bo przecież może dotknąć każdego, bo takie rzeczy dzieją się naprawdę. Jednak sam temat to tylko połowa sukcesu; trzeba go jeszcze jakoś przybrać. Bebe Moore Campbell zrobiła to naprawdę nieźle.


Osiemnastoletnia Trina cierpi na chorobę dwubiegunową. Bywają chwile, gdy potulnie bierze lekarstwa i poddaje się zaleceniom lekarzy. Co jakiś czas jednak wpada w manię - jest wówczas agresywna, demoluje mieszkanie, ubliża matce, ucieka z domu, sięga po używki. Zagraża sobie i otoczeniu. Keri, jej matka, próbuje umieścić ją w ośrodku, który zapewniłby jej odpowiednią opiekę i leczenie, jednak jej starania nie odnoszą skutku: Trina zatrzymywana jest na ustawowe 72 godziny i gdy w tym czasie jej stan się poprawia, lekarze nie widzą podstaw, by zatrzymywać ją dłużej. Zwłaszcza że dziewczyna osiągnęła właśnie pełnoletność, a matka nie może decydować o ewentualnym dalszym leczeniu, gdyż nie ma statusu opiekuna prawnego. Błędne koło się toczy.
W końcu zrozpaczona Keri, tak naprawdę pozostawiona sama sobie, gdyż były mąż zaprzecza chorobie córki, zmuszona jest sięgnąć po dość drastyczne środki. Niekoniecznie te zgodne z prawem.

Tak naprawdę główną bohaterką jest tutaj nie córka, a matka. Bebe Moore Campbell nie zagłębia się w chorobę Triny, tylko relacjonuje zmagania Keri - z systemem, z byłym mężem, z otoczeniem, z przeszłością naznaczoną alkoholizmem jej matki, w końcu z samą sobą. To ostatnie okazuje się najtrudniejsze, bo chociaż miłość matczyna jest z reguły silna i bezwarunkowa, bywa też podszyta egoizmem, który niekoniecznie musi zdrowy, nawet jeśli został wykształcony w tzw. dobrej wierze.

Podczas lektury trudno uwierzyć, że "Podwójne życie mojej córki" jest fikcją literacką. Pisarka świetnie wczuła się w rolę matki, która zmuszona jest patrzeć, jak jej dziecko cierpi; która ma związane ręce i niewiele może zrobić, by mu pomóc. Lecz choć powieść pełna jest emocji i potrafi poruszyć, nie ma tu niepotrzebnego użalania się, zbędnych sentymentów. Keri w bardzo konkretny sposób przekazuje, co ma do przekazania.


Nie rozumiem tylko uwagi z okładki, że niby obie kobiety są dyskryminowane przez służbę zdrowia ze względu na kolor skóry. Zastanawiam się, kto i na jakiej podstawie wysnuł takie wnioski. Przecież to prawo (jednakowe dla wszystkich, o czym przekonujemy się, poznając innych bohaterów książki) stanowi główną przeszkodę w dalszym leczeniu Triny.
Sama Keri porównuje stan, w jakim tkwi wraz z córką, do zbierania bawełny w polu, a środki, na które się w końcu decyduje, do drogi ku wolności, działań prowadzonych przez Harriet Tubman, XIX-wiecznej abolicjonistki. Odnoszę jednak wrażenie, że nie chodzi tutaj o dyskryminację rasową, a o niewolę, jaką jest choroba i niedopracowane przepisy prawne. (Ciekawa jestem, jak odebrały to inne osoby, które przeczytały tę książkę.)
A skoro już tak się czepiam, to przy okazji przyznam, że polski tytuł też mi się średnio podoba ;)

Te okładkowo-tytułowe niedociągnięcia nie wpłynęły oczywiście na mój odbiór powieści. A czytałam ją z wypiekami na twarzy.
Będę się teraz rozglądać za innymi powieściami Bebe Moore Campbell. Wprawdzie w Polsce nie zostały wydane, ale od czego jest BookMooch? :)

wtorek, 18 listopada 2008


Mimo że minęło dobrych kilka dni, od kiedy przeczytałam tę książkę, wciąż czuję w ustach suche, ostre ziarenka piasku.
Zerwał się jak oparzony. Piasek, który zgromadził się na twarzy, głowie i piersi, posypał się z szelestem. Sklejony potem, tworzył skorupę wokół nosa i ust. Otarł go wierzchem ręki i ostrożnie poruszył oczami. Spod zaognionych i oblepionych piaskiem powiek bez przerwy płynęły łzy. Nie mogły one jednak zmyć piasku, który przyczepił się do wydzieliny w kącikach oczu.
Dotychczas piasek kojarzył mi się bardzo pozytywnie (i raczej trywialnie), bo z plażą i wakacjami. "Kobieta z wydm", najprawdopodobniej nieodwracalnie, sprawiła, że postrzegam go teraz w nieco innych kategoriach. Wątpię, czy przy następnym wypadzie nad morze uda mi się nie myśleć o niszczycielskiej sile piasku i syzyfowej pracy wieśniaków.

Niki Jumpei, nauczyciel i zapalony miłośnik owadów, w trakcie trzydniowego urlopu wyrusza na wyprawę badawczą w piaszczyste, nadmorskie tereny. Pragnie zająć się łowieniem owadów zamieszkujących wydmy, a najbardziej marzy mu się odkrycie nowej odmiany cicindeli, którą mógłby ochrzcić swoim nazwiskiem. Przemierzając piaskowe wzgórza, natrafia na dziwną wieś, w której domy zostały wybudowane "w wielkich jamach wydrążonych w zboczu wydmy". Kiedy zbliża się wieczór i Niki Jumpei dowiaduje się, że ostatni autobus już odjechał, nie pozostaje mu nic innego, jak skorzystać z zaproszenia pewnego starca i przenocować we wsi. Zostaje ulokowany w domku w jednej z tych jam, do której musi zejść po sznurowej drabince, u samotnej wdowy, której imienia nie poznajemy. W pierwszej chwili jest zszokowany warunkami, w jakich będzie musiał spędzić najbliższą noc: rozpadające się ściany, przekrzywiony główny filar, okna zabite deskami; wszystko jest spróchniałe, a do tego powietrze przepełnia woń stęchłego piasku. Mężczyzna postanawia tam jednak zostać z dwóch powodów: kobieta przyjmuje go gorąco i entuzjastycznie, a do tego jest to świetna okazja dla entomologa, gdyż panują tam "warunki, w jakich owady i wszelkiego rodzaju robactwo gnieżdżą się chętnie".
Niki Jumpei nie wie jeszcze, że jest to pułapka, że wieśniacy mają co do niego pewne plany i że nigdy już nie uda mu się powrócić do swojego dawnego życia. Następnego dnia drabinka znika i mężczyzna zmuszony jest co noc wydobywać piasek, który nieustannie zasypuje domek.

Piasek jest w "Kobiecie z wydm" tworem przerażającym, budzącym grozę. Dzięki wyrazistym, sugestywnym opisom, wydaje się być niemal istotą żywą, świadomą swojej niszczycielskiej mocy, konsekwentną w swym działaniu, złośliwą i upartą. Z racji swojej siły, piasek podporządkowuje sobie wieśniaków, decydując o ich życiu i śmierci. Nieustannie przypomina o swoim istnieniu, wdzierając się w każdy zakamarek i wysypując z każdej, najmniejszej nawet szczeliny.
Tubylcy każdą noc spędzają na zbieraniu piasku i wywożeniu go, by zapobiec zasypaniu wsi. Jest to żmudna, monotonna praca, walka z wiatrakami, która praktycznie nie ma końca. Ilość piasku wcale się nie zmniejsza, ponieważ wiatr codziennie nawiewa go na nowo. Co więcej, zajęcie to nie przynosi im nic poza zmęczeniem. Nie ma tu żadnego rozwoju czy zmian, wieśniacy "stoją" w miejscu. Mimo to biernie poddają się tej pracy, nie próbując sięgnąć do sedna problemu.
Nie można podczas lektury nie zauważyć, że piasek to przenośnia; nie zastanowić się, ile przesypuje go codziennie każdy z nas, wierząc w sens tego działania i nie próbując niczego zmienić.

Postawa mężczyzny, choć klasyczna w takich okolicznościach, warta jest uwagi: najpierw pojawia się zdziwienie i niedowierzanie, później bunt i wola walki, a na końcu akceptacja. Czytelnik jest świadkiem przemian, jakie zachodzą w bohaterze i wraz z nim odczuwa emocje towarzyszące poszczególnym etapom.
Również kobieta jest interesującą postacią. Nie wiadomo do końca, czy jest współofiarą czy jednym z gnębicieli. Bierna i uległa do bólu, reprezentuje w tej książce wszystkich mieszkańców wioski, którzy, podobnie jak ona, tkwią w swoich jamach i przesypują piasek.

"Kobieta z wydm" to kawał naprawdę dobrej powieści. Jednak, choć szalenie mnie wciągnęła i dała do myślenia, muszę przyznać, że na kolana mnie nie powaliła. Coś mi w niej troszkę nie pasowało. Przez cały czas, od kiedy ją przeczytałam, intensywnie myślałam, co to takiego, aż w końcu wymyśliłam :) Mogłaby być bardziej oszczędna w treści. Rozpraszały mnie retrospekcje, a filozoficzne dywagacje wydawały się mało znaczące w całej tej historii. Niemniej zamierzam kiedyś do niej wrócić; czuję, że nie zgłębiłam jeszcze wszystkiego.

Polecam Wam "Kobietę z wydm", jeśli jeszcze nie czytaliście. Uważam, że warto się z nią zapoznać. Jest to jedna z tych książek, których nie da się łatwo zapomnieć. Zwłaszcza tego piasku.