Ostatnie wpisy
Zakładki:
Przeczytane
Dla bibliofilów
Zaglądam
Kontakt
Tagi
![]() |
Wpisy z tagiem: Otwarte
czwartek, 17 marca 2011
("7 razy dziś") ![]() Cztery nastolatki wracają z popijawy. Alkohol, kiepskie warunki atmosferyczne oraz brawura kierowcy prowadzą do wypadku. Jedna z dziewczyn, Sam Kingston, ginie. A potem... budzi się rankiem tego samego dnia, by jeszcze raz go przeżyć. A później jeszcze raz. I jeszcze. Wprawdzie dziecka w sobie nie pielęgnuję, ale nastolatkę jak najbardziej. Chętnie oglądam młodzieżowe seriale, czytuję młodzieżowe książki, toteż szybko nabrałam smaka na tak wypromowaną na blogach książkę Lauren Oliver, "7 razy dziś". Byłam pewna, że ze względu na zamiłowanie do młodzieżowych rzeczy szybko się w niej odnajdę. Nic takiego się jednak nie stało. Żadna z czterech bohaterek nie zaskarbiła sobie mojej sympatii, za to wszystkie, jak jeden mąż, działały mi na nerwy. No bo wyobraźcie sobie grupkę dziewczyn, które są popularne. Zadzierają nosa, nie odzywają się do młodszych uczniów, dokuczają innym i rozpuszczają wredne plotki. A mimo to mają swego rodzaju władzę. Cóż, dla mnie to kompletna abstrakcja. Za moich czasów popularność funkcjonowała jednak na innych zasadach. Poza powyższym nastolatki drażniły mnie drobiazgami: ile razy można wylewać na siebie kawę (głównie w samochodzie podczas gwałtownego hamowania)? I czy naprawdę nie mogły się ubierać adekwatnie do pogody, tylko bez przerwy marzły i mokły? Serio? Tak więc - nie odnalazłam się w tym świecie. Nie współczułam Sam, nie żałowałam jej, z nikim się nie utożsamiłam. Nie dałam rady się wczuć. Łapałam się nawet na tym, że kompletnie nie myślę o książce w przerwach między czytaniem. Gdy zasiadałam do lektury, musiałam się zmuszać, żeby sobie przypomnieć, co tam ostatnio się działo. Sama historia jest tak przewidywalna, że aż zaskakująca. Już tłumaczę: Po przeczytaniu pierwszego rozdziału i zorientowaniu się w świecie Kingston, od razu zwizualizowała mi się reszta książki: kierunek, w jaki może zmierzać fabuła, przesłanie powieści, jej najważniejsze elementy. Pewne zagadnienia i rozwiązania same mi się nasunęły - były tak oczywiste, że założyłam, że pewnie nie znajdą się jednak w książce. Że Oliver musiała jednak stworzyć coś oryginalnego, zupełnie nowego, skoro ktoś zdecydował się to wydać. Tak więc zatarłam ręce z uciechy i zasiadłam do dalszej lektury, czekając na ten powiew świeżości, na zaskoczenie. Doczytałam do końca i się mocno zdziwiłam. Bo w "Before I Fall" znalazło się wszystko to, co wcześniej przyszło mi do głowy. Książka okazała się pozbawionym choćby cienia czegokolwiek odkrywczego zlepkiem banałów. A mimo to ktoś ją wydał, a w dodatku stworzył wokół niej szum medialny. I właśnie to - i tylko to - tak mocno mnie zaskoczyło. Podsumowując - nie ruszyła mnie ta powieść, nie podbiła mojego serca. Ale jeśli odmieni czyjeś nastoletnie życie, to w sumie fajnie, że powstała.
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
![]() Ellen poślubia Andy'ego, brata swojej najlepszej przyjaciółki. Wiodą razem spokojne, nieco sielankowe życie. Wydaje jej się, że jest szczęśliwa, jednak równiutko sto dni po ślubie spotyka swoją dawną wielką miłość, Leo. To spotkanie jest początkiem zmian, jakie zachodzą w kobiecie, a postać byłego chłopaka z czasem kładzie się coraz większym cieniem na jej małżeństwie. Ellen coraz częściej myśli o Leo, odżywają w niej stare uczucia i budzą się wątpliwości, czy wybór, którego dokonała, był słuszny; czy Andy aby na pewno jest tym jedynym. Główny wątek powieści, czyli kobieta rozdarta między dwoma mężczyznami, jest dość banalny, Giffin jednak przedstawiła go w nowym (jak dla mnie) świetle. W bardzo ciekawy sposób nakreśliła charakter głównej bohaterki-narratorki; jej rozterki, nastroje, pragnienia. Dała czytelnikowi wgląd w jej myśli i pozwoliła zaobserwować procesy zachodzące w jej rozumowaniu. Trafnie zobrazowała, jak człowiek sam przed sobą nieudolnie próbuje usprawiedliwiać te zachowania, o których wie, że są nie do końca w porządku; jak bagatelizuje pewne sprawy, spycha je w głąb umysłu i nie chce sam przed sobą przyznać się do prawdy, która czai się jednak gdzieś w podświadomości. Tym razem moje spotkanie z prozą tej pisarki było o wiele bardziej udane niż poprzednie, wiedziałam już bowiem, czego mogę się po autorce spodziewać. "Sto dni po ślubie" czytało mi się lekko, płynnie i przyjemnie. Emily Giffin pisze prostym, uniwersalnym językiem i właśnie w tej prostocie tkwi klucz. Ponadto, przyznaję, trochę się zaangażowałam w historię Ellen, kibicując na zmianę to jednemu, to drugiemu mężczyźnie. A wybór nie był łatwy ;) Nie jest to arcydzieło; nie rzuca na kolana i małe są szanse, że na długo pozostanie w pamięci. Znajduje się gdzieś na pograniczu czytadła i porządnej powieści obyczajowej z gatunku tych nieprzytłaczających ciężarem. Ale jeśli macie ochotę na lekką, całkiem dobrze napisaną babską powieść, to "Sto dni po ślubie" powinny Was zadowolić :)
piątek, 27 lutego 2009
![]() Claudia nigdy nie chciała mieć dzieci. Nie to, że ich nie lubi. Po prostu wysoko ceni sobie wolność, spontaniczność i wygodę, które latorośl dotkliwie mogłaby ograniczyć. Poza tym czuje się spełniona; nie potrzebuje dodatkowych atrakcji.
Nie zmienia się to nawet wtedy, gdy spotyka Bena, swojego - nazwijmy go - księcia z bajki. Co więcej, on też jakoś nie pali się do zostania ojcem. Para zawiera przed ślubem układ: żadnych dzieci. Oboje są co do tego zgodni, ale do czasu: gdy ich przyjaciele zostają rodzicami, w Benie coś się zmienia. Budzi się w nim chęć spłodzenia potomka, która wraz z upływem czasu staje się coraz silniejsza. Claudia jednak pozostaje odporna na wszelkie namowy i prośby męża. Czy ich małżeństwo przetrwa ten rozłam? Czy kobieta ulegnie naciskom rodziny, czy raczej pozostanie wierna swoim pragnieniom i ideałom? Dawno temu, gdy "Dziecioodporna" wchodziła właśnie na polski rynek, miałam okazję przeczytać w Wysokich Obcasach wywiad na jej temat z Emily Giffin. Skrystalizował on (zresztą nie tylko on) w mojej głowie pewne wyobrażenie na temat tej książki - przede wszystkim miała mieć lekko kontrowersyjne, buntownicze zabarwienie. Spodziewałam się, że pozbawiona instynktu macierzyńskiego bohaterka powieści będzie musiała dzielnie bronić swoich przekonań przed watahami matek, które dyszą żądzą głoszenia wszem i wobec, że życie bez dzieci to nie życie. To miała być opowieść o zmaganiach jednostki z wywierającym presję otoczeniem oraz próbie odnalezienia się w społeczeństwie o jedynych, słusznych poglądach. Zderzenie moich wyobrażeń z rzeczywistością było dość bolesne. Mało jest dziecioodporności w "Dziecioodpornej"; za mało jak dla mnie. Tak naprawdę ta książka opowiada o radzeniu sobie z kryzysem w związku oraz granicach, które jesteśmy (tudzież nie jesteśmy) gotowi przekroczyć dla ukochanej osoby. A dziecioodporności jest tak niewiele, że ów kryzys mógłby równie dobrze dotyczyć czegoś zupełnie innego. Brakowało mi tutaj głębi, jakichś przemyśleń, ostrzej zarysowanego konfliktu, natłoku emocji. Sam pomysł na książkę miała Giffin dobry, ale w praktyce wyszła z tego zwyczajna, lekka i bezbolesna powieść obyczajowa zahaczająca o czytadło. Przyznaję jednocześnie, że czytadło bardzo dobre, jeśli nie szuka się w nim wnikliwego spojrzenia na tytułowe zagadnienie czy kontrowersji. Zawiodłam się srodze. Nie dlatego, że liczyłam na coś lepszego, ale że spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Powieść zapewne spodobałaby mi się, gdybym nie snuła wcześniej tak wyjątkowo nietrafionych wyobrażeń na jej temat. Sama jestem sobie winna. Wiem już teraz, czego mogę się spodziewać po Emily Giffin. Liczę zatem na to, że moje następne spotkanie z jej książkami będzie bardziej udane. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||