...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      



,

statystyka

Wpisy z tagiem: WAB

poniedziałek, 14 lutego 2011



Grzegorz Bednar to przeciętny polski dresiarz: chodzi na siłkę, wystaje z chłopakami pod blokiem, spotyka się z jakąś panną, której chyba nawet nie lubi, i próbuje złapać jakąś robotę. Pewnego dnia, na skutek spotkania z dość nieprzyjemnymi typami, trafia do szpitala ze złamanym nosem. Tam poznaje Kurza, wiecznie zabieganego biznesmena, Marudę oraz pana Staszka, czyli Czwartego, najbardziej zagadkową postać, która czyni ów pobyt w szpitalu - delikatnie mówiąc - niezwykłym. Bo pan Staszek bez przerwy czyta Conrada (zna go właściwie już na pamięć) i jest szalenie skryty w kwestii swojego pozaszpitalnego życia. To ostatnie zmienia się jednak, gdy dopada go gorączka: wtedy zaczyna opowiadać towarzyszom niedoli historię swojego życia. A im dłużej ją opowiada, w tym większy koszmar irracjonalnie zamienia się rzeczywistość wokół nich.

Cóż to za historia, co to za koszmar - nie zdradzę. Sama niewiele wiedziałam o tej książce, gdy zaczęłam ją czytać, i odkrywanie fabuły sprawiło mi nieprawdopodobną przyjemność. Stąd sprzeciwiam się wszelkim przejawom psucia takiej radochy innym.

Małecki stworzył rzecz głęboko osadzoną w polskich realiach, bardzo swojską i naturalną. Od pierwszych stron czułam się jak u siebie, jakbym obserwowała świat zza okna lub rozglądała się na ulicy: proste, zwyczajne dialogi, odruchy i zachowania, młodych ludzi bez większych perspektyw żyjących z dnia na dzień, szarą codzienność przeciętnej polskiej rodziny. Autor zadbał nawet o takie drobiazgi jak umiłowanie Grzesia do jeżyków czy narzekanie na szpitalne jedzenie. A po części nawet i wizytę na pogotowiu po spotkaniu z odzianymi w dres młodzieńcami miałam okazję przerobić. Tak więc klimat książki siłą rzeczy był mi bliski, znajomy i urzekł mnie od samego początku (co dziwne, bo przecież od tej naszej rzeczywistości najczęściej mam ochotę uciekać, a "urzekająca" to ostatnie słowo, jakim mogłabym ją określić).

Oczywiście ta swojskość nie jest jedyną zaletą powieści. Sama fabuła bezlitośnie wciąga, utrzymując równe dynamiczne tempo i odsłaniając przed czytelnikiem coraz więcej dziwów i tajemnic. Historię Grzesia przeplataną opowieściami Czwartego śledziłam z zapałem, choć nie od razu wiedziałam, o co w tym wszystkim chodzi i do czego Małecki zmierza. Dopiero z czasem zaczęła do mnie docierać wymowa powieści, jej symbolika i wielopłaszczyznowość, co było o tyle zaskakujące, że wcale się tam takich rzeczy nie spodziewałam. I okazało się, że tego klaustrofobicznego koszmaru, motywów żywcem wyjętych z jakiegoś horroru i innych demonów wcale nie trzeba odbierać dosłownie. Nagle "Dżozef" z jednowymiarowej powieści obyczajowej z elementami fantastyki przeistoczył się w rzecz zupełnie nieprzeciętną, głęboką, o konkretnym, silnym przesłaniu, które w innych okolicznościach mogłoby się wydawać troszkę zbyt naiwne, ale nie tutaj, nie w takim kontekście. I choć od kiedy skończyłam ją czytać minęło kilka dni, wciąż mnie zaskakuje, bo im więcej o niej myślę, tym więcej rzeczy odkrywam.

Co tu dużo mówić; "Dżozef" to kawał solidnej prozy. Potrafi zachwycić, zaskoczyć i skłonić do myślenia. Historia pana Staszka na dobre zadomowiła się w mojej głowie i podejrzewam, że nieprędko o niej zapomnę.
Polecam, oczywiście.

poniedziałek, 24 sierpnia 2009



Do sięgnięcia po tę książkę zachęciły mnie blogowe recenzje. Czytałam w nich, że powieść jest nieprawdopodobnie smutna, szalenie depresyjna. Kiedy jednak zdobyłam swój własny egzemplarz i spojrzałam na zdjęcie autorki na obwolucie, pomyślałam, że nie może być tak "źle". Kobieta o tak emanującej serdecznością twarzy, z lekko figlarnym spojrzeniem o nieco ironicznym zabarwieniu, wygląda raczej na autorkę ciepłych, niebanalnych baśni dla dzieci, nie zaś depresyjnych powieści obyczajowych. Po części zgadłam. "Dom Augusty" jest taką niebanalną baśnią - bynajmniej jednak nie dla dzieci i na pewno nie ciepłą.


Mamy w tej baśni młodziutką Andżelikę, która jest dzika i nieufna jak wystraszone zwierzątko. Mamy Alicję, która nie może zapomnieć o pewnym tragicznym wydarzeniu z przeszłości, choć upłynęło już od niego wiele lat. Mamy Augustę, nieżyjącą już, która dała początek rodowi i budowała wszystko od podstaw. I tytułowy dom, dom Augusty, w którym kobiety, zdane tak naprawdę tylko na siebie, szukają schronienia i uciekają w samotność - przed światem, przed niezrozumieniem, przed przeciwnościami losu, a przede wszystkim przed krzywdami, jakie wyrządzili im nieodpowiedzialni, samolubni mężczyźni.
Te trzy kobiety w pewnych momentach swojego życia szukały ciepła, miłości i dowartościowania - jednak w najbardziej z nieodpowiednich miejsc. Nie były w stanie się przed nikim otworzyć, więc powtarzały błędy poprzednich pokoleń. I stopniowo, stopniowo, choć żyły wśród ludzi, stawały się coraz bardziej samotne.

Powieść jest chronologicznie poszatkowana. Nie zgubiłam się w losach kobiet tej pięciopokoleniowej rodziny tylko dzięki drzewu chronologicznemu umieszczonemu na jednej z pierwszych stron. Na początku ciężko jest się połapać, ale pomału opowiadane historie zaczynają splatać się w bardzo spójną, logiczną całość. Z czasem zarysowują się podobieństwa między bohaterkami, pozornie tak różnymi, a powiedzenie, że historia kołem się toczy, coraz bardziej zdaje się być w tym przypadku trafione.

Język "Domu Augusty" jest skandynawsko zimny i boleśnie dobitny. Pozornie pozbawiony emocji, wywołuje je właśnie dzięki temu oschłemu podejściu. Realizm przeplata się tutaj z bajkowością i magią, a dosłowność z symboliką.
Axelsson bawi się z czytelnikiem, robiąc mu nadzieje, a następnie je rozwiewając. Pozwala mu marzyć, wierzyć, a potem boleśnie sprowadza na ziemię.
Całość jest niesamowita.

Były momenty, że chciałam przerwać lekturę i nigdy więcej do niej nie wracać. Pewne fragmenty - myśli bohaterek, wydarzenia - były tak smutne, tak przejmujące, że autentycznie wydawało mi się, że nie zniosę większej ich ilości. Bałam się, że ogólne przesłanie książki mnie zmiażdży.
Najgorsza w tym wszystkim, najbardziej przygnębiająca, jest jednak świadomość, że na całym świecie mnóstwo jest takich Andżelik, mnóstwo jest Alicji. A zdecydowanie nie tak powinno być. Nie tak to wszystko powinno funkcjonować.

Polecam!

poniedziałek, 20 lipca 2009



Gdy tylko przeczytałam
recenzję "Płaczącej Zuzanny" na blogu Aerien, poczułam silną potrzebę - nie tyle chęć , ale potrzebę właśnie - przeczytania i samej książki. I naprawdę bardzo się cieszę, że tej potrzeby nie stłumiłam, nie zignorowałam, tylko pozwoliłam sobie ją zaspokoić.

Niesamowita książka.

Suzanna Rabin ma trzydzieści trzy lata i wciąż znajduje się pod opieką matki. Jest chorobliwie nieśmiała, pozornie zdystansowana do świata, chwiejna emocjonalnie. Unika kontaktu z ludźmi, nienawidzi swojego ciała, brzydzi się fizyczności i wszystkiego, co jest z nią związane; nie potrafi jeść w obecności innych osób ani wysikać się, jeśli ktoś może usłyszeć ciurkający mocz. Matka robi wszystko, co w jej mniemaniu najlepsze, żeby tylko zapewnić córce bezpieczny azyl w domu i oszczędzić jej niepotrzebnych stresów.
Pewnego dnia porządek rzeczy, ten ich mały, hermetyczny, precyzyjnie wypracowany świat, burzy przyjazd dalekiego krewnego, Naora, zwanego przez Suzannę w myślach Gościem. Mężczyzna postanawia zatrzymać się u kobiet na dłużej. Pewny siebie, towarzyski i elokwentny, jest zupełnym przeciwieństwem Suzanny. Tym bardziej więc jego obecność jest dla niej drażniąca, krępująca, nad wyraz niekomfortowa:
W pewnym momencie, kiedy moje błędne spojrzenie zatrzymało się na mokrych włosach Gościa, raptem do mnie dotarło: on się mył pod naszym prysznicem, mamy i moim. Utajony niepokój natychmiast wdarł się z całą mocą do mojej świadomości. Moje dłonie pokryły się ciepłym, lepkim potem. Nasza mała ciasna kabina z zaciekami pod sufitem, wanna, którą mama co rok maluje specjalną farbą po przemyciu kwasem solnym i oszlifowaniu gruboziarnistym papierem ściernym, paczka moich podpasek, mój szampon, nylonowy czepek, który wkładam na głowę, kiedy nie myję włosów, a najgorsze ze wszystkiego - moje majtki. Para majtek, którą zdjęłam przed wzięciem prysznica, a które mama jak zwykle wrzuciła do kosza z bielizną, kiedy skończyła sprzątać po mnie i wycierać podłogę. Przypomniałam sobie pojedyncze włosy, jakie pozostają niekiedy przyklejone do mydła albo do ścian wanny, przypomniałam sobie ogromne staniki mamy, pozostawione czasami na wieszakach do ręczników, przerzedzoną szczotkę do włosów, tubki z maścią antybiotykową i maścią na hemoroidy, maścią przeciwgrzybiczną i parafinowe czopki na zaparcie, i płyn na odciski, i pumeks do zrogowaciałych stóp. Nasza łazienka została bez żadnej osłony wystawiona na pokaz, zdradzając przed Gościem wszystko, co najbardziej intymne, osobiste, czyniąc nas, mnie, zupełnie bezbronną, nieosłoniętą w swojej brzydocie, nagości, zapachu ust, w bolączkach mojego obrzydliwego, cielesnego człowieczeństwa.
Oj tak, Suzanna zdecydowanie ma problem. Czy spróbuje go wreszcie przezwyciężyć?

"Płacząca Zuzanna" to poruszająca, smutna opowieść o ogromnym lęku przed życiem i samodzielnością, o toksycznych relacjach z matką oraz o trudnych do przezwyciężenia fobiach i obsesjach. Poważna, pomimo wszechobecnej, choć subtelnej ironii (bo narratorka-Suzanna świadoma jest swych ułomności). Co więcej - to ów sarkazm właśnie i kryjące się w nim kontrasty wyostrzają głębię i powagę sytuacji oraz uwypuklają pewne zagadnienia.

Fabularnie "Płacząca Zuzanna" nie zaskakuje. Ale to nieistotne, to nie ten typ powieści, który musi uciekać się do zwrotów akcji i niespodziewanych wydarzeń, by wydać się fascynującą. Istotą tej książki są emocje - całe ich mnóstwo; niewygodnych, uwierających i bolesnych. Emocje ubrane w piękne, lecz dosadne słowa, sugestywnie zobrazowane, ekshibicjonistycznie i bez cienia skrępowania zaserwowane czytelnikowi.

Jest to książka, którą się przede wszystkim czuje. Dlatego nic już więcej na jej temat nie napiszę.
Dodam tylko, że wciąż jeszcze żyję historią Suzanny. To jest jedna z tych powieści, które trafiają prosto w serce i zapadają w pamięci na długi czas.