Ostatnie wpisy
Zakładki:
Przeczytane
Dla bibliofilów
Zaglądam
Kontakt
Tagi
![]() |
Wpisy z tagiem: Świat Książki
piątek, 10 grudnia 2010
O Charlotte Link, mam wrażenie, zrobiło się ostatnio dość głośno w blogosferze. Entuzjastyczne notki kusiły obietnicą wyśmienitej zabawy, pełne zachwytów opinie nawoływały do zatopienia się w te porywające historie. Nie sposób było się oprzeć, toteż sięgnęłam w końcu po "Dom sióstr", podobno najlepszą powieść pisarki, w której przeszłość miesza się z teraźniejszością w przesiąkniętym tajemnicami starym angielskim domu. Z przejęciem i już nie tyle nadzieją, co stuprocentową pewnością, że oto dzierżę w dłoniach Książkę Doskonałą, zatopiłam się w lekturze. I wtedy pojawił się zgrzyt. Zignorowałam drania, nic jeszcze nie podejrzewając. Ale wtedy pojawił się następny. A za nim kolejne. I coraz więcej i więcej, aż w końcu zlały się w jeden gigantyczny Zgrzyt, niczym te urocze stworzonka w "Critters" (gdyby ktoś nie wiedział, polecam zerknąć tutaj, zwłaszcza od 49 sekundy). I wtedy musiałam spojrzeć prawdzie w oczy: to, czego się spodziewałam, i to, co miałam przed sobą, dzieliła gigantyczna, przerażająca przepaść. Zanim jednak przejdę do wyjaśnień, zarysuję krótko fabułę. Laura, starsza, zdziwaczała kobieta, wynajmuje posiadłość Westhill małżeństwu z Niemiec, Barbarze i Ralphowi, sama zaś wyjeżdża na ten czas do siostry. Para ma nadzieję na podreperowanie ich rozpadającego się związku, a malownicze zakątki północnej Anglii i oddalenie od rodziny mają temu sprzyjać. Zima jednak okazuje się wyjątkowo sroga i dosłownie odcina dom od całego świata. Nie ma prądu, nie ma zapasów żywności i Barbara i Ralph muszą stawić czoła nie tylko tym trudnym warunkom, ale także problemom w ich związku, których w tej sytuacji nie da się już dłużej unikać. Barbara ucieka jednak w przypadkowo znalezione sekretne zapiski, autobiografię Frances Gray, jednej z sióstr, do których kiedyś należała posiadłość. I to Frances właśnie jest tu główną bohaterką, a jej pełne przygód i tajemnic życie wychodzi na pierwszy plan, zostawiając problemy małżeńskie Barbary niejako w tle. Zapowiadało się cudownie: Anglia, stary dom i tajemnice odkrywane w półmroku przy świecach wydają się idealnym przepisem na barwną, wciągającą powieść, od której nie można się oderwać. Jednak "Dom sióstr" to powieść-oszustka; przebiegła cwaniara, która mydli czytelnikom oczy i w swych najważniejszych elementach stylizuje się na coś, czym zdecydowanie nie jest. Po pierwsze (i najważniejsze), udaje, że Frances to taka złożona i skomplikowana postać, która rozwija się wraz z każdą stroną i dojrzewa na naszych oczach. Otóż prawda wygląda zupełnie inaczej. Wszystko co najistotniejsze, co pozwoliłoby nam samym wyrobić sobie zdanie na jej temat, znajdujemy nie w najbardziej odpowiednim do tego miejscu, czyli w rozdziałach o Frances, w jej czynach, myślach i słowach - a w ustach Barbary. Gdy ta snuje swoje podziwy dla uporu Frances, gdy rozwodzi się nad jej umiejętnościami radzenia sobie z przeciwnościami losu i wymienia liczne jej, najczęściej zacne, przymioty, gotowi jesteśmy spontanicznie pokiwać przy tym głową. Ze zrozumieniem, a być może nawet i entuzjazmem. A przecież wystarczy się dokładniej przyjrzeć tej autobiograficznej części, by dostrzec, że tak naprawdę ciężko w niej znaleźć potwierdzenie dla słów Barbary. Innymi słowy, autorka wysłużyła się jedną główną bohaterką, by bezpośrednio scharakteryzować drugą, gdyż sama chyba nie potrafiła zbudować interesującej, bogatej osobowości, złożonej postaci ze wszystkimi zawiłościami psychologicznymi i przemianami, które siłą rzeczy powinny się w niej przez całe życie dokonać. I w dodatku niczym tej podanej czytelnikowi na tacy charakterystyki nie potrafiła poprzeć. Najbardziej mnie tu rozczulił udział Frances w ruchu feministycznym. Z trzymanego pod kloszem, niewiele wiedzącego o świecie podlotka ot tak, z dnia na dzień dosłownie, przetransformowała się w bojowniczkę o prawa kobiet, nieustraszoną aktywistkę. Bez poszerzania horyzontów, bez dojrzewania społeczno-politycznego, bez choćby minimalnej wiedzy w tym temacie, a nawet bez konkretnych przekonań. Link z powodzeniem mogłaby w miejsce sufrażystek wstawić klub miłośniczek haftu krzyżykowego lub koło sympatyków orłosępów brodatych - Frances była na tyle bezpłciowo skonstruowana, że wpasowałaby się wszędzie. Inni bohaterowie są zresztą równie płascy, jednowymiarowi i tym samym niewiarygodni. Podobnie jak ich emocje (ach, te siostry Gray, kiszące się przez całe życie we wzajemnej nienawiści!) i dialogi (zwłaszcza te prowadzone przez Barbarę i jej męża, żywcem wyjęte z taniego romansu). Na próżno szukać tutaj odcieni szarości. W prostym świecie Charlotte Link najwidoczniej istnieją tylko dwa kolory, biel i czerń; wszystko inne, co pomiędzy, najwyraźniej nie ma racji bytu. Tyle że łatwo to przegapić w wartkiej fabule. Odnośnie fabuły - jak już wspominałam, "Dom sióstr" to oszustka. Łatwo się zatem zachwycić bogactwem wydarzeń w tym najpozytywniejszym możliwym znaczeniu, podczas gdy w rzeczywistości to wcale nie jest bogactwo, a zwykły bezmyślny natłok. Link nawciskała do opowieści Frances, ile tylko się dało. Aż ciśnie mi się na usta: naciapała, ile wlezie. Bez większej kreatywności w dodatku, bo większość rzeczy dało się przewidzieć, część z nich brzmiała znajomo (momentami zajeżdżało mi nawet moim ukochanym "Przeminęło z wiatrem"), część zaś zdawała się nie mieć większego znaczenia w całej tej historii. Można wpaść w pułapkę i dać się porwać fabule, bo Link nie daje tu czytelnikowi ani chwili wytchnienia, lecz ja tego uniknęłam. Tak zupełnie na trzeźwo, poddając książkę suchej analizie, niewiele rzeczy trzyma się tu kupy, większość jest naciągana. Tyle o oszustwach, które w dodatku dotyczą dwóch najważniejszych składników powieści: bohaterów i fabuły. Ale to jeszcze nie koniec wad, o nie. W języku powieści, teoretycznie poprawnym, znalazłam coś niezgrabnego, lecz bliżej nieokreślonego. Mimo że jest on prosty i nieskomplikowany, a i nad samą treścią nie trzeba się mocno skupiać, kartki przewracałam wolniej niż zwykle, choć czytałam w zwykłym dla siebie tempie. Tkwi w nim pewna niezauważalna gołym okiem, ale zdecydowanie wyczuwalna toporność. I nie mam tu nawet na myśli udramatyzowanych dialogów ani uwierającego nadmiaru wykrzykników, poupychanych przez pisarkę gdzie popadnie (głównie w miejscach najmniej do tego pasujących), które nadają powieści tani posmak tandety. Po prostu coś z nim jest nie tak, brak mu pewnej płynności. I na koniec - punkt kulminacyjny. Tak wydumany, tak przekombinowany, że w pewnym momencie zrobiłam to. No cóż. Mówiąc absolutnie szczerze (nie żeby to jakaś nowość była na tym blogu, ale na wszelki wypadek warto dodać ;)), nie znalazłam w tej powieści żadnego światełka w mroku, nic pozytywnego, nic, co mogłoby mi sprawić choć odrobinę przyjemności podczas czytania. Właściwie to nie wiem, jakim cudem dobrnęłam do końca. Wiem natomiast, że już więcej po panią Link nie sięgnę. Na koniec pozwolę sobie zalinkować notkę Bsmietanki, która jest niczym miód na moje zbolałe (po tym jak moje rozrośnięte do niebotycznych rozmiarów oczekiwania roztrzaskały się o smutną rzeczywistość) serce i raduje mnie niezmiernie, ilekroć ją czytam.
sobota, 18 września 2010
![]() Czy z połączenia wampirów, pary mnichów ze świętej wyspy, płatnego mordercy wystylizowanego na Elvisa, mafii, czarnoskórego detektywa, emerytowanego policjanta, wróżki i innych indywiduów może wyjść coś dobrego? O dziwo - może! Rzecz dzieje się w Santa Mondega, amerykańskiej mieścinie, w której pięć lat wcześniej tajemniczy Bourbon Kid dokonał rzezi. Zbliża się zaćmienie, a w miasteczku zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Masa osób zaczyna gorączkowo szukać cennego kamienia, Oka Księżyca. Jessica, której udało się przeżyć masakrę sprzed kilku lat, wybudza się ze śpiączki. W związku z kolejnymi morderstwami na miejsce przybywa detektyw Jensen z Wydziału Śledczego do Spraw Nadprzyrodzonych i nawiązuje współpracę z emerytowanym, zdziwaczałym policjantem, który za cel swojego życia obrał sobie dorwanie Bourbon Kida. Również tytułowa książka bez tytułu anonimowego autora zdaje się odgrywać w tym wszystkim niemałą rolę. Trup ściele się gęsto, Sanchez, właściciel miejscowej speluny, znowu musi biegać z mopem, wycierać litry krwi i sprzątać zwłoki, a im bliżej zaćmienia, tym bardziej wszyscy są poddenerwowani... "Księga bez tytułu" to miks gatunków i stylów. Niemal w całości składa się ona z klisz i bardziej znanych motywów z popkultury. Takich odwołań jest tutaj masa (i jestem ciekawa, ilu nie skojarzyłam). Mamy tu "Desperado", mały przekrój filmów Tarantino, Bonnie i Clyde, którzy nagle zamieniają się w Langdona i Neveu, "The Ring" (co już zresztą widać w całej marketingowej otoczce) i mnóstwo innych rzeczy. Co chwilę można się natknąć na jakiś znajomy motyw i poczuć się swojsko, lecz fabuła jest tak zagmatwana, nieprzewidywalna i naszpikowana zwrotami akcji, że pomimo swej swojskości - wciąga i mocno zaskakuje. Oraz, co chyba najważniejsze, bawi, i to mocno. Powieść, pomimo wszechobecnego absurdu, który mógłby nasuwać skojarzenia z żenująco niskim poziomem, jest naprawdę sprawnie i dobrze napisana. Język (obfitujący w wulgaryzmy oraz niewybredne opisy ohydztw, toteż książka nie nadaje się dla wrażliwców) i poczucie humoru momentami przypominały mi Christophera Moore'a. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że to właśnie on ją napisał. Zresztą w internecie krążą najróżniejsze plotki co do autora. Trafiłam nawet na informację, że jest nim Tarantino (w co osobiście nie wierzę, głównie dlatego, że za twórczością tego pana nie przepadam, a książka przecież mi się spodobała ;)). Dodam jeszcze, że "Księga bez tytułu" wydała mi się o tyle fascynująca, że przecież jest zbyt absurdalna, by potraktować ją poważnie, a zarazem napisana ze zbyt wielkim zaangażowaniem i bez wyraźnych wskazówek co do swej pastiszowej konwencji, by zasiać ziarenko niepewności, czy to aby na pewno tylko żart. Naprawdę miło wspominam czas spędzony z tą powieścią. Polecam ją wszystkim, którym wszelkie dziwactwa i wynaturzenia są nie straszne i którzy lubią czasem spędzić czas nad czymś lekkim i niekoniecznie mądrym :)
piątek, 10 września 2010
![]() Czas mija podejrzanie szybko. Choć żyłam w przekonaniu, że jestem w trakcie czytania cyklu Diany Gabaldon (raczej z większymi przerwami pomiędzy tomami, ale nadal w trakcie), właśnie przed chwilą spojrzałam w archiwum bloga i odkryłam, że drugą część przygód Jamiego i Claire, "Uwięzioną w bursztynie", czytałam rok temu. No zgroza normalnie. (I znowu obudzę się w grudniu lub styczniu przy jakimś podsumowaniu, że przecież Pratchetta miałam w tym roku nadrobić, po kolejną Axelsson sięgnąć, z Toni Morrison się wreszcie zapoznać...) No, mniejsza. "Podróżniczce" udało się zdziałać coś, co wydawało mi się przed jej lekturą niemal niemożliwe: wyrwała mnie z potężnego czytelniczego marazmu. Bo powieść wywołuje emocje - te najprostsze, najbardziej podstawowe (żadne tam wielkie, wzniosłe i wzbogacające duchowo czy intelektualnie), ale silne. Wciąga jak diabli, angażuje i, co najistotniejsze, dostarcza rozrywki. Zachwyca drobiazgową znajomością osiemnastowiecznych realiów, wyrazistymi postaciami, które uwielbiam, i wartką akcją. Przykuwa do siebie pojawiającymi się o czasu do czasu sprawdzonymi trickami (coś jak cliffhangery, dajmy na to), które jednak w tym konkretnym przypadku absolutnie nie sprawiają wrażenia tanich czy tandetnych. Książka jest tak absorbująca, tak dobrze napisana, że wcale nie czuć, że liczy sobie prawie tysiąc stron. Powieść czytało mi się świetnie, choć odrobinę gorzej od poprzednich rewelacyjnych tomów, ponieważ Gabaldon nieco nawydziwiała z fabułą: piraci, Karaiby i statki to jednak nie do końca moja bajka. Brakowało mi trochę bajecznej Szkocji, do której przyzwyczaiła mnie autorka. (Oczywiście - co kto lubi, bo ogólnie rzecz biorąc "Podróżniczka" trzyma poziom swoich poprzedniczek.) Wszystko jednak wskazuje na to, że kolejne części cyklu sprawią mi tyle samo radochy co poprzednie, akcja bowiem przeniesie się do kolonizowanej Ameryki, czyli czegoś, co lubię, i to bardzo. Książka jest też lżejsza od "Uwięzionej w bursztynie" - tu mamy szalone, niebezpieczne przygody, tam byli Szkoci idący na pewną śmierć, przygotowujący się do bitwy pod Culloden. Nie uważam tego za wadę, raczej za miłą odmianę, ale mam nadzieję, że w kolejnych tomach wrócą tego typu poważniejsze tony (i znowu: po kierunku, w jakim rozwija się fabuła, wnioskuję, że właśnie tak będzie). "Obca" to naprawdę przesympatyczny, rewelacyjnie napisany cykl. Polecam, zwłaszcza na wszelkie doły, marazmy i inne nieprzyjemne dziwy.
czwartek, 19 sierpnia 2010
![]() Larry Weller to mężczyzna, jakich wiele. Niczym szczególnym się nie wyróżnia. Wiedzie dość pospolite życie - przypadkowo wybiera karierę, przypadkowo odkrywa swoją pasję (choć trzeba przyznać, że ta jest całkiem oryginalna), żeni się, płodzi dziecko, bierze rozwód, choruje, starzeje się. Ma pospolite pragnienia, pospolite obawy i pospolite problemy. W zasadzie nie ma nawet o czym gadać. Historię tego pospolitego człowieka, od młodości po tytułowe przyjęcie w późnych latach jego życia, poznajemy w kilkunastu sprytnie skonstruowanych rozdziałach. Każdy z nich zbudowany jest bowiem w oparciu o jeden istotny dla bohatera motyw (rodzina, penis, tweedowa marynarka od Harrisa) i w nawiązaniu do niego odkrywa przed nami życiorys Larry'ego: kolejne mniej lub bardziej przełomowe momenty z jego życia, migawki z dnia codziennego, istotne zmiany, rutynę. Istotą tej powieści nie jest fabuła, a to, co sami z niej wydobędziemy. Ciężko tu nawet mówić o interpretacji, bo przesłanie Shields wydaje mi się dość jasne. Nie bez powodu uczyniła Larry'ego budowniczym labiryntów, wielkich mozaik, po których człowiek błądzi, gubi się, traci nadzieję, wątpi, aż w końcu dociera do celu, w którym czeka miła nagroda za dotychczasowe trudy. Analogia do ludzkiego życia jest tutaj oczywista. No więc nie o interpretację chodzi, a o rodzaj emocji, jakie powieść może wywołać, o sposób, w jaki się na nią spojrzy. Jak z tą szklanką, do połowy pełną lub do połowy pustą. Nie wiem, czy to Shields była pesymistką i w takim właśnie duchu stworzyła tę powieść, czy to kwestia mojej wrodzonej ponurości, czy raczej wybrałam na lekturę "Przyjęcia u Larry'ego" wyjątkowo smętny okres mojego życia - w każdym razie zdołowała mnie ona okrutnie. Ta świadomość, że części składowe naszego życia to pierdoły, na pozór nieistotne, ale to przecież one nas kształtują. Świadomość, że na masę rzeczy nie mamy wpływu, a naszym losem kieruje często przypadek. Świadomość żuczkowatości w tym wielkim, nie zawsze przyjaznym świecie; ulotności chwili, bólu przemijania, tęsknoty za przeszłością i niepewności jutra. Fakt, że niby wszyscy zmagamy się z podobnymi problemami, mógłby być w pewnym stopniu pocieszający, gdyby nie to, że w gruncie rzeczy każdy z nas prowadzi swą walkę samotnie. No i ten cholerny labirynt, tak podstępny w swym zagmatwaniu. A także świadomość setki innych rzeczy, których nie odważę się tutaj wymienić. Jednak pomimo tego doła, który z każdym rozdziałem stawał się coraz głębszy i ciemniejszy, powieść czytało mi się nadzwyczaj przyjemnie. Shields rewelacyjnie operowała słowem, była z niej znakomita obserwatorka ludzkich zachowań, bystra i wnikliwa. Dość nietypowo podchodziła do niektórych zagadnień, a rzeczywistość opisywała w sposób szczery, otwarty, a także lekki, z humorem i domieszką delikatnego sarkazmu. "Przyjęcie u Larry'ego" jest w dużej mierze podobne do "Kroniki rytej w kamieniu" - podobna idea, wnikliwość i dowcip, podobny przekaz. Jednak w najmniejszym stopniu nie miałam wrażenia, że mam do czynienia z czymś wtórnym. W 1998 roku "Przyjęcie u Larry'ego" zostało uhonorowane Orange Prize.
środa, 21 kwietnia 2010
![]() Sadayakko (1871-1946) uwiodła Europę i Stany Zjednoczone na przełomie XIX i XX wieku. Nim jednak do tego doszło, była jedną z czołowych gejsz Japonii, piękną, popularną i zaskakująco - jak na Japonkę - temperamentną. Rozdziewiczył ją sam Ito Hirobumi, pierwszy premier Japonii, co było wówczas nie lada zaszczytem. W 1894 roku poślubiła kontrowersyjnego aktora o politycznych zapędach, Otojiro Kawakamiego, który wystawiał sztuki oparte na bieżących wydarzeniach i próbował tchnąć w skostniały japoński teatr potężną nutę realizmu (nawet jeśli wymagało to wzniecenia prawdziwego pożaru na scenie). W 1899 roku Sadayakko, Otojiro i jego trupa wyruszyli do San Francisco, by podbić tamtejszą widownię i nauczyć się czegoś o zachodnim teatrze. Byli pierwszą japońską grupą teatralną, która wybrała się za granicę. W Stanach szybko zdali sobie sprawę, że nikt nie wynajmie teatru samym mężczyznom (obecność kobiety na scenie była jeszcze wówczas wysoce niemoralna, a co za tym idzie - niespotykana), a nawet gdyby - takie zestawienie nie znalazłoby zwolenników, toteż postanowiono, że potrzebują aktorki. Sadayakko, jedna z dwóch kobiet w ich grupie (drugą była jedenastoletnia bratanica Oto), była oczywistym, i w sumie jedynym, wyborem: śliczna, zwinna i utalentowana. Poza tym zawód gejszy był w wielu aspektach zbliżony do aktorstwa, więc i doświadczenia jej nie brakowało. Początek w tym nowym dla nich świecie był ciężki. Trupie zabrakło solidnego przygotowania, konkretnego planu i znajomości tamtejszych realiów. Tułali się po Stanach, głodując i będąc na skraju wyczerpania, ale dzięki samozaparciu zaczęli odnosić sukcesy: najpierw małe, później coraz większe. I w końcu Sadayakko uwiodła Zachód. Stała się gwiazdą, japońską Bernhardt. Świat ją pokochał. Jednak do jej sukcesu przyczyniły się nie tylko jej liczne walory, ale też fakt, że znalazła się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Europa i Stany były spragnione Japonii. Ten odległy kraj wciąż stanowił dla nich tajemnicę, a tym samym fascynował. W takich okolicznościach możliwość zobaczenia japońskiego teatru z Japonką, w dodatku tak zmysłową, była prawdziwą gratką. Niektórych odpychał jej ciężki makijaż i "kocie" dźwięki, jednak większość była nią oczarowana. (Nawiasem mówiąc, niewielu wiedziało, że to, co widzą na scenie, to nie prawdziwy japoński teatr; trupa odgrywała to, co zachodnia widownia chciała zobaczyć, próbowała wstrzelić się w zachodnią wizję Japonii. Przyczyniło się to do podtrzymania istniejących oraz stworzenia nowych stereotypów.) Oczywiście w życiu aktorki działo się o wiele więcej niż to, co tutaj lakonicznie, tytułem wstępu, nakreśliłam. Praca nad tą książką musiała być nie lada wyzwaniem, głownie z tego względu, że Sadayakko była osobą tajemniczą. Nie zwierzała się z tego, co jej w duszy grało, nie rozpowiadała o swoich prywatnych sprawach, a gdy już coś mówiła - zdarzało jej się naginać rzeczywistość do swoich potrzeb, by (paradoksalnie, w świetle tego, co robiła) zachować twarz. Gdy ówczesna prasa donosiła, że gejsza jest po uszy zakochana w Kawakamim i wychodzi za niego z miłości (co byłoby niewybaczalne), ona sama po latach stwierdzała beztrosko, że ślub został jej narzucony, a o uczuciach nie mogło być mowy. Gdy krytycy rozpisywali się na temat pasji, z jaką grała, ona udawała posłuszną żonę, która wychodzi na scenę niejako z przymusu, na polecenie męża. Jak było naprawdę - można się dziś tylko domyślać, co też nader chętnie uczyniła w swojej książce Downer. I w tym miejscu pojawia się zgrzyt. Downer, mam wrażenie, starała się za wszelką cenę ukazać bohaterkę w dobrym, pozytywnym świetle. Na każdym kroku sugerowała, że cokolwiek Sadayakko uczyniła, prawdopodobnie robiła to z romantycznych i wzniosłych pobudek (co się zresztą kłóci z obrazem aktorki kreowanym przez współczesne jej gazety, ale te, z drugiej strony, również mogły mijać się z prawdą w pogoni za sensacją). Gdyby autorka przemyciła swoje poglądy w innej formie, powiedzmy w biografii fabularyzowanej, byłyby one lżejsze do przełknięcia, a być może i całkiem niezauważalne. W tym wypadku jednak były dość ciężkostrawne, a im bardziej Downer próbowała mnie przekonać do swoich racji, tym większy budził się we mnie opór, żeby je zaakceptować. W rezultacie skończyłam lekturę z takim mętlikiem w głowie, że nie zdołałam sobie zdania na temat Sadayakko wyrobić - a rzadko mi się to zdarza i zdecydowanie nie lubię takiego stanu rzeczy. Downer z godną podziwu dokładnością zebrała fakty na temat życia aktorki: relacje potomków, zdjęcia, wywiady, recenzje i plotki z gazet czy później powstałe prace naukowe. Mnóstwo z nich zacytowała w swojej książce - a było co cytować, gdyż życie Sadayakko było barwne i obfitujące w najrozmaitsze wydarzenia; na świecie było o niej głośno, a w jej ojczystym kraju tym bardziej. Lecz "Madame Sadayakko" to nie tylko portret kobiety, ale też portret epoki: Japonii, jej przemian społecznych, mentalności i wpływów z Zachodu, odbioru Japonii na świecie oraz świata w Japonii, a także zmian zachodzących w teatrze. Ówczesne realia były naprawdę fascynujące, a Downer zarysowała je z ogromną precyzją, w malowniczy, żywy sposób. Książka, pomimo pewnego zgrzytu, wciągnęła mnie i zauroczyła, a na koniec - jak większość historii o światach, których już nie ma (w tym inna powieść autorki, "Ostatnia konkubina") - pozostawiła w melancholijno-nostalgicznym nastroju. Jako ciekawostkę dodam, że Sadayakko gościła także i w Polsce. Można sobie o tym poczytać w czasopismach artystycznych: "Chimerze" oraz "Echu Muzycznym, Teatralnym i Artystycznym" z 1901 roku.
niedziela, 28 marca 2010
![]() Okropna okładka, okropny tytuł. No, może nie tyle okropne, co sugerujące, nazwijmy to, pewien średnio interesujący typ powieści. Deveraux trochę spaprała sprawę, nazywając książkę tak a nie inaczej (chociaż ma to swoje uzasadnienie w fabule), zaś Świat Książki - dając tak mdłą okładkę. Innymi słowy zmierzam do tego, że powieść jest naprawdę sympatyczna i raczej nie jest tym, na co wygląda :) Ford Newcombe, sławny amerykański pisarz, nie może się odnaleźć po śmierci żony - najlepszej przyjaciółki, jedynej prawdziwej rodziny, jaką miał, i pomocy w pisaniu książek. Natchnienie zdaje się wrócić, gdy poznaje Jackie, młodą, inteligentną kobietę, która opowiada mu o pewnej legendzie: w miasteczku Cole Creek, w Karolinie Północnej, pewna kobieta została ukamienowana za to, że pokochała diabła. Ta historia wydaje się Fordowi o tyle fascynująca, że legend o diabłach jest stosunkowo mało; ponadto jest w tym nutka duchowości, co zdaje się go zbliżać do zmarłej żony. Niewiele myśląc, kupuje w Cole Creek dom, zatrudnia Jackie jako swoją asystentkę i razem wyruszają do tego tajemniczego miasteczka. Na początku oboje są zdeterminowani, by jak najszybciej poznać podstawy tej mrocznej legendy, jednak z czasem przestają być pewni, czy naprawdę tego chcą, gdyż sprawy się komplikują: tubylcy zachowują się w tajemniczy sposób, zaś sama Jackie zdaje się kojarzyć skądś zarówno dom, w którym mieszka z Fordem, jak i okolicę... Nie spodziewałam się po tej powieści wiele. Okładka i tytuł mnie zmyliły. Już na początku uderzył mnie język - lekki, płynny i całkiem błyskotliwy. Później zaskoczyła mnie fantazja autorki, nie tyle w kwestii głównego wątku, bo ten mógłby być ciekawiej rozrysowany (o tym później), ale w kwestii tworzenia postaci, ich życiorysów, przygód. Już sam pierwszy rozdział, który opisuje nam z grubsza przeszłość Newcombe'a, byłby niezłym materiałem na całą książkę. Deveraux do wszystkiego dorabia jakąś historię; nie idzie na skróty, ale wybiera tę dłuższą, bardziej malowniczą ścieżkę. U niej, przykładowo, coś nie może zwyczajnie śmierdzieć. Jeśli śmierdzi, to jak płyn z owadów. ("Jako dzieci często łapaliśmy różne owady do słoików, zakręcaliśmy pokrywkę i czekaliśmy, aż zostanie z nich czarny sok. To miejsce pachniało równie odrażająco jak płyn z owadów.") Lubię tego typu przejawy bujnej wyobraźni; choć drobne i na pozór niezauważalne - ubarwiają lekturę i sprawiają, że bohaterowie wydają się bardziej prawdziwi. Główny wątek, czyli tajemnica Cole Creek i przeszłość Jackie, był poprowadzony w miarę sprawnie, choć mogłoby być dużo lepiej. Nie obraziłabym się, gdyby było w nim jeszcze więcej niewiadomych, więcej splatających się wzajemnie części składowych, więcej intrygujących elementów. Pewne sprawy już od początku zmierzały we wiadomym kierunku, a ich rozwiązanie nie było dla mnie zaskoczeniem. Mimo to i tak przyjemnie śledziło mi się tę historię, zwłaszcza że była w niej nutka ezoteryki, z którą już od dawna nie miałam do czynienia i która okazała się odświeżająca. Inne wątki natomiast, jak powracająca ciągle przeszłość Forda, były naprawdę interesujące - nie tylko ze względu na historie same w sobie, ale też sposób, w jaki zostały zaprezentowane. Z całą pewnością na moje postrzeganie książki wpływają dwa czynniki: zaskoczenie, jako że spodziewałam się czegoś mocno tandetnego, oraz wyżej wspomniana nutka ezoteryki. Nie zmienia to jednak faktu, że "Dzikie orchidee" to naprawdę sympatyczna i dobra w swojej kategorii książka. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||