...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      



,

statystyka

Wpisy z tagiem: Wydawnictwo Literackie

środa, 08 grudnia 2010

    


Po książki Notaro sięgnęłam w gwałtownym przypływie silnej potrzeby poobcowania z jakimś chick litem. (Wprawdzie w trakcie lektury okazało się, że może niekoniecznie są one wzorowymi przedstawicielkami tego gatunku; nie wiem nawet, czy w ogóle do niego należą, ale z pewnością mocno się o niego ocierają). Tytuł pierwszej z nich, "Klub idiotek", wzbudził we mnie spory niesmak (który wcale nie ulotnił się w trakcie lektury, o nie; trzymał mnie dzielnie do samego końca drugiej książki, ale o tym za chwilę). Bo w porównaniu do "głupola" czy "sieroty" (jak zdarza mi się nazywać samą siebie w tych - rzadkich ;) - chwilach napadu nieuzasadnionej bezmyślności), którym nie można odmówić lekko żartobliwego czy nawet odrobinę czułego zabarwienia, "idiotka" to zupełnie inna bajka. Wywołuje zdecydowanie negatywne skojarzenia, jest silne i mocne w wyrazie i w mojej hierarchii epitetów stoi zaraz obok "kretynki" i "debilki". Jakie więc mogę mieć zdanie o osobie, która sama siebie w ten sposób określa?

Ale już mniejsza z tym.

Obie książki to zbiór felietonów Laurie Notaro pierwotnie publikowanych w The Arizona Republic, krótkich (docelowo pewnie zabawnych) historii - albo silnie autobiograficznych, albo przynajmniej inspirowanych wydarzeniami z życia autorki.
Książkowa Laurie to ostatnia, totalna fleja, przez którą autentycznie robiło mi się momentami niedobrze, co z kolei wywoływało pewną niezdrową fascynację i chęć kontynuowania lektury. Otóż Laurie otwarcie opowiadała o walających się po jej domu kocich kupach, które odkrywała dopiero po wdepnięciu w nie bosą stopą. Nie szczędziła opisów swoich nieogolonych pach wydzielających zapach cebuli, niechęci do majtek (i rozebraniu się u lekarza do samych tylko rajstop z dziurą w kroku), czy paradowania pół dnia z resztką pokarmu bądź gilem na twarzy. A to dopiero początek.
W "Klubie idiotek" perypetie bohaterki ograniczają się głównie do chlania na umór, palenia papierosów i spania do późnego popołudnia. W "Autobiografii grubej panny młodej" Laurie wychodzi za mąż i choć już nie pali i pije zdecydowanie mniej, nadal jest tą samą fleją z pierwszej części. Tytuł jest mylący, ponieważ samych przygotowań do ślubu jest w książce tylko kilka rozdziałów - zdecydowana jej większość opowiada już o flejowatym życiu z mężem.

Nie podejmuję się analizy, na ile te książki, na ile sama Notaro jest w swych zwierzeniach prawdziwie amerykańska. Do myślenia jednak dały mi wysokie oceny i entuzjastyczne recenzje, jakie pisarka zebrała w swoim kraju - że jej teksty są zabawne i tak prawdziwe, że ciężko się z nimi nie zidentyfikować.
Cóż. Ja się nie zidentyfikowałam.

czwartek, 26 listopada 2009



Zaczęłam czytać "Drogę" późną nocą, skończyłam wczesnym rankiem. Nie mogłam się oderwać, zauroczona językiem, przesiąknięta tym niesamowitym, ponurym klimatem, zafascynowana wizją, którą rozsnuł McCarthy, przejęta losami mężczyzny i chłopca, którzy wędrują razem po post-apokaliptycznym świecie, "jeden całym światem drugiego", walcząc o przetrwanie.

Język zachwycił mnie już od pierwszej strony - oszczędny, do bólu prosty i zwięzły. McCarthy sunie bowiem po powierzchni kontekstu i nie zawraca nam głowy detalami, a często nawet podstawowymi informacjami (jak chociażby imiona bohaterów), zaś jedyne bogactwo, jakie można tu znaleźć, to bogactwo niedopowiedzeń. Tak minimalistyczna forma wyostrza treść i pozostawia naszej wyobraźni pole do popisu, która przy takiej tematyce i tak już przecież pracowałaby na wysokich obrotach. (Jeśli ten minimalizm jest stałą cechą książek McCarthy'ego, to ja chcę przeczytać je wszystkie.)

McCarthy niczego nie analizuje, nie zagłębia się, nie daje gotowych odpowiedzi na pytania, które zresztą również nie są podane wprost, ale same narzucają się podczas lektury. Od tych bardziej przyziemnych - co, na przykład, spowodowało taki kataklizm, po pytania natury filozoficznej - co w takich warunkach byłoby największym aktem miłości wobec drugiej osoby? I kim Ty, czytelniku, byłbyś w tym świecie: czy uwolniłyby się w Tobie najbardziej pierwotne instynkty i byłbyś skłonny czynić niewyobrażalnie potworne rzeczy w imię przetrwania, czy raczej pozostałbyś sobą?
Podejrzewam, że wielu z nas udzieliłoby - lub chciało by udzielić - tej drugiej odpowiedzi. Jednak najbardziej przerażające jest to, że ta odpowiedź, zaserwowana z miękkiego fotela, spod ciepłego kocyka, z wypełnioną lodówką w zasięgu ręki - byłaby niewiele warta.

"Droga" mnie naprawdę przeraziła, zwłaszcza że opisuje (przyznam się, a co!) jeden z moich największych koszmarów. Pomimo tak wielu płaszczyzn, które można znaleźć w książce, ja się właśnie najbardziej skupiłam na tej; nie na poruszającej, niezwykłej więzi (a raczej zwykłej więzi w niezwykłych warunkach) ojca i syna.

Powieść ta nie wprowadziła mnie jednak w stan bezbrzeżnych zachwytów, mam bowiem dwa zastrzeżenia. Pierwsze z nich to zakończenie, które zepsuło mi odrobinę nastrój książki, a drugie to postać chłopca, moim zdaniem nieco niewiarygodna. Rozwijać tutaj tych myśli, oczywiście ze względu na spojlery, nie będę.

"Droga" wzbudza wiele emocji, powoduje dreszczyk grozy i dostarcza materiału do refleksji, a później na długo zostaje w pamięci. To jedna z tych książek, których szkoda byłoby nie przeczytać.

Nawiasem mówiąc, ciekawa jestem ekranizacji. Już teraz mogę powiedzieć, że nie pasuje mi aktor, który gra chłopca.

środa, 17 czerwca 2009

    


Rewelacja!

Książka absolutnie niebanalna, wyjątkowa i wciągająca jak diabli :)

Anglia, XIX wiek. Magii się już podobno nie praktykuje, zostali sami teoretycy. Do Londynu przybywa więc, by obalić ten mit, Gilbert Norrell, jedyny praktykujący mag. I przy okazji zamierza też wspomóc kraj w niełatwej walce z Napoleonem.
Niechcący jednak sprowadza do stolicy dżentelmena o włosach jak puch ostu, który ma pewne niecne plany i ani myśli zostawić Anglików - przynajmniej niektórych - w spokoju. A sprawy dodatkowo się komplikują, gdy do Norrella dołącza ambitny uczeń, Jonathan Strange...

Susanna Clarke stworzyła coś naprawdę niepowtarzalnego. Z powodzeniem zestawiła magię z bitwą pod Waterloo, ludzi z mrocznymi elfami, Byrona z dżentelmenem o włosach jak puch ostu, Anglię z królestwami Króla Kruków, światło z mrokiem i dowcip z grozą, łącząc to wszystko w bardzo spójną całość, jedyną w swoim rodzaju, nietuzinkową.

Najbardziej rzuciło mi się w oczy to, że pisarka rezygnowała z wydeptanych ścieżek i podążyła swoimi własnymi. W powieści nie znajdziemy więc utartych, wyświechtanych schematów. Dotyczy to nie tylko wykreowanego przez Clarke świata czy fabuły, ale też bohaterów - a ci są tutaj barwni, nieszablonowi i zdają się żyć własnym życiem. I pomimo ich licznych wad nie sposób ich nie polubić. Nawet czarnych charakterów.

Choć "Jonathan Strange i pan Norrell" skrzy się od magii i niezupełnie naturalnych zjawisk, kunszt pisarki sprawia, że nietrudno zapomnieć o tym, że jest to fikcja. Powodów jest wiele. Począwszy od tego najbardziej oczywistego, czyli historii wmieszanej w fabułę, poprzez absolutnie wiarygodne splecenie magii z życiem codziennym i rewelacyjne oddanie realiów XIX-wiecznej Anglii, nawiązania do (fikcyjnych) dzieł literackich i niemal dwieście przypisów zgłębiających pewne tematy, aż po genialny dobór miejsca i czasów. Bo czyż można wyobrazić sobie bardziej pasujące do praktykowania magii miejsce, niż Anglia z jej tajemniczymi mgłami, wszechobecną szarością i posępnymi dżentelmenami w ciemnych frakach?

Język książki jest równie niebanalny co fabuła; na tyle, że trudno go opisać. Niezwykle barwny i plastyczny. Pozornie poważny powagą XIX-wiecznych dżentelmenów, a jednak podszyty tak uwielbianym przeze mnie subtelnym ironicznym humorem. Myślę, że gdyby spotkali się Terry Pratchett, Jane Austen i Charles Dickens i spróbowali napisać powieść z elementami gotyku i fantasy, to wyglądałaby ona właśnie tak :)

[marudzenie]Polskie wydanie wydało mi się średnio satysfakcjonujące. Książkę, w oryginale jednotomową, rozdzielono na trzy osobne części, przy czym pierwsza, jeśli się o powyższym fakcie nie wie, może się wydać nieco zniechęcająca. Ponadto zabrakło rewelacyjnych, klimatycznych ilustracji Portii Rosenberg, które ukazały się w angielskim wydaniu. Szkoda.[/marudzenie]

Podsumowując, podobało mi się w tej powieści chyba wszystko (już mniejsza o wydanie). Fabuła mnie porwała, bohaterowie wzbudzili sympatię, a język oczarował. Przyjemności z lektury miałam co niemiara :)
Polecam gorąco - nawet osobom, które nie mają ciągot do fantastyki. Szkoda by było przegapić taką perełkę.





Poniżej jedna z ilustracji Portii Rosenberg. Więcej znajduje się tutaj, na stronie autorki.



wtorek, 28 października 2008

To był mój pierwszy kontakt z Fannie Flagg. Gdyby na półce nie czekały na mnie słynne "Smażone zielone pomidory", pewnie byłby ostatni.

Czego się spodziewałam po tej książce? Ano lekkiej, optymistycznej w granicach rozsądku historii. Otrzymałam jednak potężną dawkę sielanki z maślanką. Ludzka życzliwość i bezinteresowność (bezgraniczne w tym przypadku) wylewały się z każdej stronicy, powodując, że ta - lekka przecież - lektura stała się dla mnie ciężkostrawna. Dobrze jest znać umiar we wszystkim, co się robi, a tutaj miałam wrażenie, że autorka upchnęła tyle ciepła i słodyczy, ile tylko mogło się zmieścić. I jeszcze jedna rzecz: nie cierpię umoralniających powieści. Ta niestety taka była.

Zdolności pisarskie Flagg również pozostawiają wiele do życzenia. Momentami czułam się, jakbym miała do czynienia ze streszczeniem "Bożego Narodzenia...". Niektóre ważne wydarzenia zostały opowiedziane w zaledwie kilku zdaniach, jakby autorce się gdzieś spieszyło. (Może jej też zrobiło się niedobrze od nadmiaru słodyczy i chciała jak najszybciej skończyć tę powieść? ;))

Znalazłam jednak jeden plus: szybko się tę książkę czyta :)