...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      



,

statystyka

Wpisy z tagiem: Fabryka Słów

sobota, 09 kwietnia 2011



Cóż mogę rzecz: Mordimer Madderdin podbił moje serce.


O pierwszej części cyklu, "Słudze Bożym", słyszałam wcześniej to i owo i choć miałam dość konkretne podejrzenia, że jego klimat może mi przypaść do gustu, to jednak rzeczy, których nie słyszałam, a które sama sobie nie wiadomo z jakiego powodu dopowiedziałam, sprawiły, że ciężko było mi po niego sięgnąć. Innymi słowy, spodziewałam się po nim czegoś zgoła innego i nawet nie przyznam się czego, bo aż mi wstyd, jak dalece rozminęłam się w swych domysłach z prawdą.
W każdym razie okazało się, że książki o Mordimerze to jest dokładnie, w każdym calu, w każdym promilu moja bajka, czego niezaprzeczalnym dowodem jest fakt, że machnęłam od razu cztery części cyklu, jedną po drugiej, a w stosunkowo niedalekiej przyszłości planuję przeczytać kolejne (choć tu pojawia się pewien problem, ale o tym później). I nie wyobrażam sobie siły, która byłaby w stanie mnie od tego odwieść.

Mordimer Madderdin to licencjonowany inkwizytor Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu. Jego zadaniem jest tropienie herezji: czarnoksiężników, członków sekt, bluźnierców. Zawsze znajdzie się ktoś, kto głosi, że Jezus umarł na krzyżu (choć przecież wiadomo, że z niego zstąpił, by pokarać grzeszników i wyrżnąć pół Jerozolimy) lub wchodzi w konszachty z demonami, więc roboty nie brakuje. A jeśli przesłuchanie wykaże, że delikwenci są winni zarzucanych im czynów, Mordimer pomaga im znaleźć odkupienie w płomieniach świętego stosu.
Nie myślcie tylko, że inkwizytor to rzeźnik, który podczas tortur wydobywa z delikwenta to, co chce usłyszeć. O nie. Przesłuchanie to sprawa nadzwyczaj delikatna, wymagająca wyczucia i taktu, a przede wszystkim miłości. Mordimer nie szuka winnego, by szybko zamieść sprawę pod dywan, tylko stara się odnaleźć prawdę, jaka by ona nie była.
Oczywiście i on grzeszy i ma swoje słabostki, w końcu jest tylko człowiekiem. Jednak zacny z niego inkwizytor. I choć woli pozostać w cieniu i się nie wychylać, na pewno wyróżnia się z tłumu swoją postawą, tak niepopularną w świecie, w którym przyszło mu żyć.

Rzeczywistość, która otacza Mordimera, nie jest przyjemna. Życie można stracić w każdej chwili (tym łatwiej, im niższy stan). Równie łatwo jest trafić do więzienia za przestępstwo, którego się nie popełniło, i tam sczeznąć. Ludzie się rozbestwili, w swej chciwości oraz pogoni za władzą i majątkiem zapomnieli o tym, co najważniejsze, zaś łapówki i oszustwa są na porządku dziennym. Do tego księża coraz silniej mieszają się w rzeczy, które ich w ogóle nie powinny obchodzić (brzmi dziwnie znajomo). A w środku tego zepsucia i rozkładu społecznego tkwi Mordimer, człowiek z jako takimi zasadami i o prawdziwie głębokiej, niezłomnej wierze. I, w przeciwieństwie do większości, dbający o higienę.
(Przyznam, że mimo pewnej parszywości i ponurości tego świata, znalazłam w nim rzeczy, które mnie urzekły: proste, czarno-białe zasady wiary, prawa rządzące daną religią i organizację Świętego Officjum.)

Przedstawianie wydarzeń z punktu widzenia bohatera jest tutaj zabiegiem nadzwyczaj trafionym. Widzimy świat oczami Mordimera, poznajemy jego cyniczne przemyślenia i komentarze, których z różnych względów nie mógłby powiedzieć na głos. Co ciekawe - nie jest całkowicie wiarygodny w swoich relacjach. Zdarza się, że przedstawia fakty w innym świetle, niż je pamiętamy z jego poprzednich przygód. Co za tym idzie - nie wiemy, czy mu wierzyć w sprawach, o których nie mamy pojęcia i których znać nie możemy. Ale to tylko czyni Mordimera jeszcze bardziej fascynującym i skomplikowanym. Zresztą on cały jest szalenie złożony i niemożliwym jest wsadzenie go do jednej konkretnej szufladki. Uwielbiam go z całego serca, chyba nawet bezkrytycznie, i uważam za jedną z najgenialniej stworzonych postaci w literaturze.

Wszystkie cztery części cyklu, o których tu piszę, są zbiorami ułożonych chronologicznie opowiadań, a każde przedstawia osobną historię. Z reguły są to parakryminalne zagadki, które inkwizytor musi rozwiązać, by wytropić kolejne herezje i odkryć nowe tajemnice. Pierwsze dwa tomy, "Sługa Boży" i "Młot na czarownice", są lekkie, jednak w kolejnych dwóch, "Mieczu aniołów" i "Łowcach dusz", Piekara uderza w poważniejszy ton, wymyśla bardziej skomplikowane sprawy, a opowiadania są coraz dłuższe. Wyraźnie widać, jak Mordimer zmienia się i dojrzewa wraz z każdą kolejną częścią; jak wpływają na niego poszczególne wydarzenia i jak kształtuje go rzeczywistość.
Oczywiście nie jest on jedyną postacią, która łączy ze sobą poszczególne opowiadania - przewija się w nich garść innych bohaterów, mniej lub bardziej istotnych. Do najciekawszych zdecydowanie należą Anioł Stróż, którego inkwizytor lęka się bardziej niż czegokolwiek innego na świecie, Kostuch - budzący grozę wyglądem i zapachem zabijaka, Bliźniacy o lekko nekrofilskich zapędach i ponadprzeciętnych umiejętnościach czy Gersard - humorzasty biskup Hez-hezronu, od którego aktualnego stanu zdrowia i stopnia upojenia alkoholowego zależą losy biednego Madderdina.
I jest jeszcze coś: złowieszcza aura, która stopniowo narasta w tle opowiadań i która zdecydowanie nie wróży nic dobrego.
Dzięki tym wspólnym mianownikom, chronologii i nawiązywaniem do wydarzeń z poprzednich rozdziałów, można momentami zapomnieć, że są to opowiadania a nie spójna, solidna powieść.

Na razie koniec z zachwytami; czas na wady, bo i te można wyłapać podczas lektury. (Chociaż ja w swym uwielbieniu cyklu dopatrzyłam się tylko dwóch, w tym jednej dość niemrawej.)
Pierwsza to tendencje Mordimera do powtarzania się. Gdy np. w opowiadaniach pojawia się Kostuch, inkwizytor za każdym razem opisuje krótko jego najważniejsze cechy. Rozumiem, że jest to przydatna rzecz w momencie gdy opowiadania są kompletnie wyjęte z kontekstu, ale w takich zbiorach zupełnie się nie sprawdza, a wręcz może drażnić.
Druga (ta niemrawa) to łatwość, z jaką Madderdin wpada na rozwiązywanie zagadek i tajemnic. Niemrawa, bo podejrzewam, że niektórym czytelnikom, spragnionym prawdziwie złożonych kryminalnych spraw, może coś takiego działać na nerwy. Mi to jednak nie przeszkadzało, w kryminałach jestem zielona, więc satysfakcjonowały rozwiązania zaproponowane przez Piekarę. Inna sprawa, że Mordimer jest tak fenomenalną postacią, że mógłby przez całe opowiadanie ziemniaki obierać, a ja i tak chciałabym to czytać.
Jednak te rzeczy to są naprawdę drobiazgi, które w ogromie zalet i cudowności cyklu giną niemal zupełnie. Wspomniałam o nich raczej z przyzwoitości niż rzeczywistej potrzeby, żeby nie było, że tylko z zachwytu tutaj pieję.

Mam natomiast silną potrzebę napisania o moim fochu na pisarza. Wielkim fochu, który dzieli się zresztą na dwa podfochy.
Pisałam wcześniej, że w tle opowiadań czai się coś złowrogiego. To coś znalazło częściowe ujście w ostatnim opowiadaniu, "Wodzach ślepych". Ujście szalenie niesatysfakcjonujące, dodam. Piekara uczynił Mordimerowi rzecz straszliwą, nad którą nie mogę przejść do porządku dziennego, której nie mogę przeboleć i przez którą nie mogę sobie znaleźć teraz miejsca. Nie wyobrażam sobie, jak to może się rozwinąć w dalszej części, ale i nie wiem, czy dalsza część ma w ogóle powstać.
Drugi podfoch to chronologiczne rozbabranie prequeli. Panuje tam taki bałagan, że kompletnie nie wiem, po którą książkę teraz sięgnąć. Ale że dużego wyboru nie mam, pozostaje mi czytać to, co się ukazało, i czekać cierpliwie na kolejne tomy.

Na koniec nie mogę sobie odmówić zjechania najnowszych wydań tych czterech książek. No popatrzcie tylko (klik). Jest to jedna z największych okładkowych porażek, jakie w życiu widziałam, zwłaszcza w porównaniu do poprzednich edycji. Ilustracje kompletnie nie pasują do treści i nie oddają atmosfery, jaka panuje w książkach. A pannica na okładce "Młota na czarownice" wyraźnie wskazuje na jakiś wampirzy cykl dla młodzieży; nic, tylko czekać, aż połyskujący Edward wyskoczy ze środka.
Nie wyobrażam sobie, żeby te wydania mogły w jakikolwiek sposób przykuć moją uwagę w księgarni i nie wierzę, żeby ktoś, kto poznał Mordimera i zasmakował tego inkwizytorskiego klimatu, chciał mieć coś takiego na półce. Krótko mówiąc, osoba, która te okładki zaprojektowała, powinna moim zdaniem dostać dożywotni zakaz projektowania czegokolwiek.

Podsumowując tę długaśną notkę (w której i tak starałam się streszczać, więc pominęłam masę rzeczy), gorąco zachęcam do sięgnięcia po pierwszą część cyklu i sprawdzenia, czy to przypadkiem nie jest i Wasza bajka. Moja jest, a każda inna książka wydaje mi się teraz wadliwa, bo nie ma w niej Mordimera (wprawdzie czytam teraz Sedgwicka, ale z pewnym niesmakiem). Polecam, innymi słowy!