Ostatnie wpisy
Zakładki:
Przeczytane
Dla bibliofilów
Zaglądam
Kontakt
Tagi
![]() |
Wpisy z tagiem: Albatros
czwartek, 20 stycznia 2011
![]() Agentka FBI obdarzona przedziwnymi umiejętnościami widzenia zmarłych i czytania w myślach. Egzorcysta o nadzwyczaj rozwiniętym zmyśle powonienia. Ewangelia według Szatana, najstraszniejszy dokument jaki widziała ludzkość, zawierająca szokujące, niebezpieczne informacje - do XIV wieku skrzętnie ukrywana przez Kościół, później zaginiona. Tajne stowarzyszenie od wieków próbujące obalić chrześcijaństwo. Pustelnice, demony, opętane dusze, rytualne mordy i wszechobecna śmierć. Przedziwne połączenie Mastertona z Brownem. Fabuły zarysowywać nie będę, bo myślę, że obraz, jaki wyłania się z powyższego, jest dość oczywisty. Poza tym podpowiem, że budowa powieści jest banalna i mocno schematyczna: jest sobie całkiem potężny, groźny dla świata spisek religijny. Prawi ludzie chcą go zdemaskować i znaleźć dowody, a spiskowcy depczą im po piętach i próbują im przeszkodzić. Trup ściele się gęsto. Czyli w sumie nic nowego. A mimo to Grahamowi udało się w moim małym prywatnym rankingu książek z tego gatunku stanąć na jego czele, zaraz obok - a może nawet wyprzedając - samego miszcza, Dana Browna. Jeszcze niedawno, pisząc o Koontzu, narzekałam na brak mocnych wrażeń. No i proszę, Graham pospieszył mi z pomocą, z powodzeniem zaspokajając moje potrzeby w tym zakresie. "Ewangelia według Szatana" nie jest bowiem książką dla ludzi o słabych nerwach. Złe istoty zadają tu swym wrogom najwymyślniejsze, najbardziej wyrafinowane z tortur; wnętrzności nie przestają wypływać, kości łamać się, a krew tryskać z każdego zakamarka. Rozpaczliwe wrzaski pobrzmiewają echem jeszcze długo po śmierci ofiar. Jatka, jednym słowem. Lecz nie same flaki budzą tutaj grozę. Równie często można się natknąć na zmory powstałe z grobów, siły nieczyste, niewytłumaczalne naukowo zjawiska i mordercę, którego nie da się pozbawić życia - albo może da się, na chwilę, a on i tak powróci. I właśnie te chwile grozy to najmocniejsza strona powieści; może większość z nich była niesmaczna albo mało wyszukana, ale mi się szalenie spodobały (możliwe, że po części też dlatego, że dawno nie czytałam porządnego horroru). Pisarz zbudował naprawdę świetną atmosferę. Gdy wędrowałam z bohaterami po piwnicach i ukrytych komnatach rozmaitych budynków sakralnych, gdy razem z nimi badałam zimne mury klasztorów pustelnic przy niekoniecznie zdrowych zmysłach, miewałam gęsią skórkę. Bo nie wiedziałam, czy coś mi za chwilę nie wyskoczy zza węgła, a jeśli wyskoczy - czy będzie to prawda czy tylko jedna z wizji agentki FBI. Było kilka momentów, które zapamiętam prawdopodobnie do końca życia. Innymi słowy, miałam fun. I chętnie widziałabym Grahama w roli pisarza horrorów, bez poruszania nieco już nudnawej tematyki spisków religijnych. Sama powieść natomiast to świetny materiał na film. "Ewangelia według Szatana", jak wszystkie chyba pozycje tego typu, ma swoje słabe strony - bywa naciągana w wielu aspektach, przewidywalna, wtórna. Ale i tak wciąga jak diabli. I potrafi nastraszyć :) Zatem jeśli nie podobał Wam się "Kod Leonarda da Vinci", omijajcie Grahama szerokim łukiem. Jeśli natomiast lubicie ten gatunek i nie jesteście przy tym zbyt wrażliwi - ta powieść to pozycja obowiązkowa.
sobota, 08 stycznia 2011
![]() Jeśli nie przekażesz tego listu policji i ich w to nie zaangażujesz, zabiję uroczą blond nauczycielkę gdzieś w okręgu Napa. Jeśli przekażesz ten list policji, zabiję zamiast tego starszą panią zaangażowaną w działalność charytatywną. Przed takim wyborem staje Billy, barman i niespełniony pisarz. Jak się wkrótce okazuje, to wcale nie jest żart. I jest to dopiero początek mało zabawnej gry, w którą wciąga go jakiś tajemniczy psychol. "Prędkość" to powieść, o której w zasadzie nie ma co pisać. Taka totalnie bezbolesna, niezapadająca w pamięć i nie wnosząca niczego do czegokolwiek. I raczej średnio wciągająca. Myślałam, że Koontz (z którym zetknęłam się tutaj po raz pierwszy) to taki drugi Coben, o którym wprawdzie szybko się zapomina i tytuły po pewnym czasie zaczynają zlewać się w jeden, ale za to na tę jedną chwilę między pierwszą i ostatnią stroną jego powieści człowiek zapomina o całym świecie, daje się wciągnąć, porwać, a nawet podekscytować. A tu nie. Wprawdzie nie zmuszałam się do przewracania kolejnych kartek, ale też nie robiłam tego z dzikim entuzjazmem. Ot, czytadło. Czytadło, które - gdyby się skupić - może śmieszyć mało racjonalnymi poczynaniami głównego bohatera. Billy nie zachowuje się, jak by to uczynił (jak sobie wyobrażam) zwykły, przeciętny człowiek, tylko znajduje w sobie nagle niewyobrażalne pokłady odwagi, by igrać z prześladowcą, i siły, by tajniacko targać zwłoki po miasteczku i ukrywać je w rozmaitych mrocznych zakamarkach. Dodatkowo rozbawił mnie sposób, w jaki usuwał ślady (taką krew na przykład), ale to już moje całkowicie prywatne spaczenie wynikające ze spędzenia wielu godzin w towarzystwie Dextera Morgana. Tytułowej prędkości podczas lektury nie odczułam. Może dlatego, że nie umierałam z ciekawości, co się za chwilę wydarzy, tylko ciupałam sobie książeczkę w raczej umiarkowanym tempie. Główny motyw - stawianie bohatera przed takimi wyborami jak ten, o którym pisałam na początku, mógłby być lepiej wykorzystany. Dałoby się z niego zbudować naprawdę mroczny, porąbany, mrożący krew w żyłach i tyrający psychikę czytelnika thriller, ale pisarz poszedł jednak w dużo lżejszym, nieco oklepanym kierunku. No szkoda, ale co zrobić... Ogólnie rzecz ujmując, nie było tragicznie; dało się czytać, a i umysł odpoczął. Wierzę jednak, że Koontz Koontzowi nierówny i że kolejna jego powieść, po którą sięgnę, będzie bardziej porywająca. W końcu skądś się ta popularność musiała wziąć.
niedziela, 10 maja 2009
![]() Anglia, wczesne lata 60 XX wieku. Florence i Edward, nowożeńcy, przybywają do hotelu, by, docelowo, skonsumować swoje małżeństwo. Zamiast, jak by się można spodziewać, radosnej ekscytacji, szaleje w nich strach i panika, spotęgowane ogromnymi brakami w dziedzinie porozumiewania się. Ona - przepełniona odrazą, chce tylko spełnić swoją małżeńską powinność i sprawić mężowi jako taką przyjemność. On - niecierpliwy, stremowany i sfrustrowany. Ona swoją wiedzę na temat seksu zaczerpnęła z poradnika dla młodych panien, okraszonego tak technicznymi zwrotami jak "błona śluzowa", "żołądź" i "penetracja"; on - z dowcipów opowiadanych przez kolegów. Oboje, jakby tego było mało, odgrodzeni od siebie barierą wstydu, powściągliwości i pozorów. No powiedzcie sami: czy ta noc może być udana? McEwan na chłodno relacjonuje postępujące po sobie wydarzenia. Z bezwstydną wnikliwością opisuje myśli i emocje bohaterów, odzierając ich tym samym z intymności. Nie ocenia, nie bawi się w ckliwości; swą opowieść snuje rzeczowo i konkretnie. Historia opowiedziana w "Na plaży Chesil" nie ogranicza się tylko do tej nocy poślubnej. Poznajemy także i ówczesne (choć skąpo opisane) realia z zalążkami nadchodzących przemian społeczno-obyczajowych, i przeszłość bohaterów. Niektórym wydarzeniom narrator poświęca więcej uwagi, o innych wspomina jakby mimochodem, a refleksję o wielkości ich wpływu na życie seksualne Florence i Edwarda pozostawia czytelnikowi. Lektura "Na plaży Chesil" była miłą przygodą, ale nie powalającą, nie niezapomnianą. Pomysł na fabułę miał McEwan interesujący, jego styl pisania bardzo przypadł mi do gustu, a finałową scenę na tytułowej plaży uważam za genialną, lecz jednak czegoś mi zabrakło. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ta historia zmierza donikąd, że raczej niczego po sobie nie pozostawi. I gdyby nie ten blog, przestałabym myśleć o książce wraz z przeczytaniem jej ostatniego zdania. Na koniec jeszcze słówko o wydaniu Albatrosa: użyto żenująco gigantycznej czcionki, tym samym uzyskując 200 stron i podnosząc cenę. Że też im nie wstyd.
niedziela, 30 listopada 2008
Zachwyt nad "Światem Suzie Wong" Richarda Masona skłonił mnie do sięgnięcia po 'Wiatr nie potrafi czytać". Liczyłam na powieść w podobnym klimacie i nie zawiodłam się Akcja dzieje się w czasie II wojny światowej. Michael Quinn jest angielskim pilotem, który z pewnych względów zmuszony jest zrezygnować z latania. W zamian otrzymuje rozkaz wyjazdu do Bombaju, by odbyć kurs języka japońskiego, który ma mu w niedalekiej przyszłości służyć do przesłuchiwania jeńców wojennych. Szkolenie prowadzi m.in. śliczna Japonka, Hanako Wei. Między Michaelem a Hanako wybucha płomienna miłość. Czy będzie ona miała szansę przetrwać w tych trudnych okolicznościach? Ogromną zaletą powieści jest płynna, potoczysta narracja. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że słowa same spływały Masonowi na papier, nie sprawiając mu najmniejszej trudności. Wszystko brzmi tak naturalnie, że miałam poczucie, jakby pisarz bazował na swoich własnych doświadczeniach. Michael Quinn swym zachowaniem przypominał mi Roberta Lomaxa ze "Świata Suzie Wong". Obaj doskonale wpisują się w to, co nieprecyzyjnie określam jako męskość. Spokojni i zrównoważeni, choć potrafią kierować się emocjami, gdy zajdzie potrzeba. Uprzejmi, lecz trzymają innych na odległość i są dość ostrożni w kontaktach międzyludzkich. Lekko zdystansowani do świata, który jednak uważnie obserwują i opisują z niezwykłą precyzją. Nieustannie towarzyszy im papieros (sam Mason był nałogowym palaczem, co zresztą spowodowało, że zmarł na raka). Hanako Wei (która zmieniła swoje prawdziwe nazwisko na chińskie "Wei" ze względu na panujące w Indiach nastroje antyjapońskie) jest osóbką dość infantylną i naiwną. Jest miłośniczką słodkich słówek i wyświechtanych deklaracji, ale jak to stwierdził Quinn, "w pięknych miejscach, zwłaszcza gdy jest się zakochanym, nawet banalne słowa nie brzmią śmiesznie". Wyobrażam sobie, że swoją dziecinnością może niektórym czytelnikom lekko działać na nerwy, ja ją jednak zaakceptowałam. Usprawiedliwiają ją te niesprzyjające związkom okoliczności, kiedy to nie ma się pewności, że dane spotkanie nie jest tym ostatnim. Sama historia jest dość przewidywalna, nie psuje to jednak przyjemności z czytania. Książkę polecam osobom, które lubią się czasem zatracić w jakiejś miłosnej opowieści, jednak (podobnie jak ja) pisaninę Wiśniewskiego czy Sparksa uważają za niezjadliwą. A jeśli ktoś jest wrażliwy, wzruszy się na pewno.
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||