...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      



,

statystyka

Wpisy z tagiem: muza

środa, 28 kwietnia 2010



To jest jedna z tych książek, które żal czytać, bo wówczas nieuchronnie zmierza się przecież ku końcowi. A jednak się czyta, bo nie sposób się oderwać.


"Córka fortuny" to historia Elizy Sommers, która wymyka się z domu z Chile i wyrusza w szaleńczą podróż statkiem, by odnaleźć swojego ukochanego w ogarniętej gorączką złota Kalifornii. Historia Tao Chi'ena, chińskiego lekarza, który towarzyszy dziewczynie w tej niebezpiecznej wyprawie, a także rodziny Sommersów, Anglików mieszkających w Chile, którzy wychowali Elizę, podrzuconą im niedługo po urodzeniu pod drzwi.
Losy tych i innych postaci cudownie przenikają się wzajemnie, uzupełniają i zazębiają, tworząc barwną, soczystą całość. Całość, dodam, sprawiającą wrażenie "otwartej", choć nie niedokończonej. Z jednej strony te splatające się ze sobą historie są kompletne, ale z drugiej nie są przecież wyizolowane. Łączą się z innymi historiami - i, jak dla mnie, pisarka mogłaby je wplatać w tę powieść w nieskończoność.

Jestem zachwycona stylem pisania Allende. Nie wierzę jej, gdy opowiada, że przerabia swoje teksty, zastanawia się nad każdym wyrazem, wprowadza zmiany, dopóki nie będzie zadowolona. Niech sobie mówi, co tylko chce; ja i tak jestem pewna, że ona po prostu siada do książki, a te najwłaściwsze słowa, czające się już gdzieś na końcu pióra, same spływają na papier - gładko, lekko i naturalnie, układając się w połączenia idealne.
"Córkę fortuny" czyta się wyśmienicie. Urzekła mnie głównie tym, za czym na ogół nie przepadam: drobiazgowością, gawędziarską manierą oraz nutką magii, czy też duchowości, której formy Wam nie zdradzę. Jest szczegółowa w opisach, których jest wiele, gdyż Allende lubi sobie podryfować, lecz zarazem konkretna i bardzo treściwa. Momentami radosna, momentami gorzka, doprawiona szczyptą ironii. Wielowymiarowa i napisana z rozmachem. Barwna w każdym możliwym aspekcie:
Bohaterowie, nietuzinkowi i zapadający w pamięć (choć to dopiero czas pokaże, ale nie wydaje mi się, bym mogła ich zapomnieć), oprowadzają nas po cotygodniowych herbatkach Anglików przebywających w Chile, przez trudy życia w Chinach w czasie wojen opiumowych i przez Kalifornię, z jej gorączką złota, która przeradza się z czasem w masowe rozczarowanie, oraz twardym, brutalnym światem mężczyzn z nielicznymi prostytutkami. Owe miejsca i konteksty zarysowane są malowniczo i sugestywnie, choć wybiórczo, co jednak uważam za zaletę, gdyż poznajemy tylko to, co dla bohaterów jest istotne, silniej wczuwając się w ich sytuację. Sama fabuła rozwija się w dość zaskakujący sposób, wywołując syndrom "jeszcze jeden rozdział i idę spać".

Ogromnie się cieszę na kolejne spotkania z Allende. Zaś "Córkę fortuny" długo mogłabym tak wychwalać pod niebiosa, ale każdy już chyba zrozumiał przekaz, więc na tym poprzestanę :)
Innymi słowy - polecam!

czwartek, 08 kwietnia 2010



Allende była mi dotąd obca. Z jednej strony chciałam ją wreszcie poznać, a z drugiej - po kiepskich doświadczeniach z literaturą Ameryki Łacińskiej - bałam się, że to taki Marquez w spódnicy, a to by mnie wcale nie uradowało. Chomikowałam więc sobie jej książki na półce, spoglądając na nie z niejaką trwogą i niepewnością. Dopiero recenzencki egzemplarz "Sumy naszych dni" zmobilizował mnie do bliższego zapoznania się z jej prozą.


No ale do rzeczy.
Pisarka oczarowała mnie i urzekła od pierwszych stron. Otworzyłam książkę dość nieśmiało, lecz nim się obejrzałam - całkowicie mnie pochłonęła. Słowo daję: nie wiem, kiedy to się stało.

Allende zaczęła pisać "Sumę naszych dni" w 2006 roku, rekonstruując wydarzenia minionych trzynastu lat; lat, które upłynęły od śmierci jej córki Pauli. W swojej książce pisarka zwraca się właśnie do Pauli, opowiadając jej o swojej tęsknocie, radościach i obawach, a przede wszystkim o ludziach, których Paula nie miała szansy poznać, i wydarzeniach, w których nie mogła uczestniczyć. Książka jest szalenie emocjonalnym zapisem z życia plemienia, jak Allende nazywa grono bliskich osób, którymi się otacza.

Gdy Isabel zamieszkała z mężem Williamem w Kalifornii, gdzie każdy podąża własną ścieżką i żyje po swojemu, zaczęła tworzyć plemię na wzór chilijskiego trybu życia. Przez lata werbowała i starała się utrzymać w jednym miejscu rodzinę i przyjaciół, co nie zawsze było łatwe, ale z pewnością warte zachodu.
Losy tych wszystkich osób obfitowały w najrozmaitsze, czasem nieprawdopodobne wydarzenia; bywały burzliwie, bywały ciężkie, jednak wszyscy starali się przezwyciężyć wszelkie konflikty, dając sobie nawzajem oparcie i siłę, by ufnie spoglądać w przyszłość. Dzielili się ze sobą wszystkim, co przynosi życie: radościami i smutkami, lękiem i nadzieją, miłością i gniewem. Allende, gromadząc plemię, wiedziała, że szczęście smakuje lepiej, gdy można się nim podzielić z innymi, a cierpienie łatwiej znieść, gdy ma się ramię, na którym można się oprzeć.
To właśnie dzięki takiemu wsparciu Allende oswoiła się z myślą, że jej córka nie żyje. Oswoiła się, ale nie pogodziła, choć od jej śmierci minęło tyle lat. Na kartach książki czuć niewyobrażalny wręcz ból i tęsknotę, które to pisarka będzie dźwigać ze sobą już do końca życia. (Nie potrafię sobie wyobrazić natłoku tych emocji w "Pauli" opowiadającej o chorobie i śmierci dziewczyny.)

Allende stworzyła rzecz bardzo intymną i osobistą. Momentami zapominałam, że jest to książka puszczona w świat. Miałam wrażenie, że Allende napisała ją tylko dla mnie, jak gdyby tylko ze mną chciała nawiązać tę niezwykłą więź, nić porozumienia, jak gdyby chciała się zwierzyć właśnie mnie. Dopiero pojawiające się tu i ówdzie zwroty do Pauli przypominały mi, że to ona jest głównym adresatem książki. I wyobrażałam sobie wtedy, jak by się, na przykład, uśmiechnęła na wieść, że Sabrina, wnuczka Williama, wspaniale się rozwija pomimo pewnych trudności, czy jak by próbowała powstrzymać matkę przed nadmiernym wtrącaniem się w życie uczuciowe brata, Nicolasa.

"Suma naszych dni" to bardzo osobista i wzruszająca, ale także całkiem pogodna w swoim przesłaniu opowieść o tym, co najważniejsze: o sile miłości, bliskości i rodziny. O tym, że życie to swoista mieszanka goryczy i radości, a codzienność może być doprawiona szczyptą magii, nawet jeśli nie chcemy w nią wierzyć. Że zdecydowanie warto szukać swojego miejsca, bo gdy je znajdziemy, łatwiej nam będzie zmierzyć się z życiem.

Książka kończy się słowami "Koniec (na razie)". I w tej zawartości nawiasu dopatruję się obietnicy. Że Allende będzie chciała kiedyś opowiedzieć Pauli, co się wydarzyło w plemieniu od 2006 roku - i że ja będę mogła tę opowieść przeczytać.

poniedziałek, 15 marca 2010



Tytułową bohaterkę poznajemy podczas przyjęcia w nowym domu w Marigold Village, ekskluzywnym osiedlu dla emerytów, do którego wprowadziła się z osiemdziesięcioletnim Herbem, mężem starszym od niej o trzydzieści lat. Pippa jest kochającą, przykładną żoną oraz matką dorosłych rozsądnych, zaradnych bliźniąt. Wydaje się, że wiedzie szczęśliwe, idealne życie.

Jednak nowe miejsce zamieszkania, nazywane przystankiem do nieba, okazuje się dość przygnębiające. Dodatkowo organizm Pippy zaczyna w dość interesujący sposób sugerować, że coś jest nie tak. Tak więc Pippa wraca myślami do przeszłości i zaczyna wspominać poszczególne rozdziały swojego życia, próbując je sobie poukładać i niejako podsumować.

Jako dziecko Pippa nie miała lekko. Nie będę zdradzać dlaczego. W każdym razie odbiło się to na późniejszych latach jej życia. Te też nie były lekkie, choć tym razem sprawiła to sama Pippa, naznaczona atmosferą domu rodzinnego. Zbuntowana, ze skłonnościami do dramatyzowania, zaczęła powtarzać błędy matki i tworzyć swoje własne. Wszystko się zmieniło, gdy poznała Herba. U jego boku postanowiła zerwać z trybem życia "niegrzecznej dziewczynki" i rozpocząć nowy etap jako osoba dojrzała i rozważna.
Tylko czy rzeczywiście można zerwać z przeszłością? Wejść w nową rolę, jakby poprzednie doświadczenia nie miały żadnego wpływu, jakby pewne wydarzenia nie miały miejsca? Stać się kimś innym i uciec od samego siebie w zupełnie nową, "czystą" osobowość?

Oficjalne opisy w różnych mediach podają, że książka jest subtelna. Otóż nie jest. Jest wręcz ucieleśnieniem przeciwieństwa subtelności, przynajmniej na polu powieści obyczajowych. Miller nie oszczędziła swojej bohaterki, gdy tworzyła jej życiorys.
Jednak mimo tego, że Pippa była poniekąd ofiarą atmosfery w domu rodzinnym i wszelkie błędy, które później popełniała, były wynikiem różnych nieciekawych doświadczeń, nie mogłam w sobie wykrzesać dla niej ani odrobiny współczucia. Mało tego, nawet jej nie polubiłam; Pippa raczej nie należy do tego rodzaju bohaterek, które wzbudzają sympatię. Z pewną odrazą, ale i fascynacją, obserwowałam jej poczynania, zastanawiając się, do jakiego stopnia był to wpływ jej rodziców i czy jej życie rzeczywiście wyglądałoby całkiem inaczej, gdyby wychowała się w normalnym - ogólnie rzecz biorąc - domu.


Powieść zdecydowanie daje do myślenia.


Nawiasem mówiąc, dowiedziałam się przy okazji lektury, że to wcale nie było moje pierwsze spotkanie z Rebeccą Miller. Kiedyś, jakiś czas temu, widziałam jej film, "Balladę o Jacku i Rose", który miał równie dziwną i momentami niesmaczną atmosferę co ta powieść, a przy tym był równie fascynujący. Natomiast ekranizację "Prywatnego życia Pippy Lee" mam zamiar obejrzeć w niedalekiej przyszłości.

wtorek, 09 marca 2010



Gdy swego czasu przeglądałam zapowiedzi książkowe Muzy, "Hiszpańska mucha" od razu przykuła moją uwagę swym niesfornym tytułem i szalenie miłym dla oka osobnikiem płci męskiej. Opis także wydawał się zachęcający - koniec lat 30 XX wieku, południe Stanów Zjednoczonych i przekręty. Zapowiadała się przednia zabawa.

Jak się wkrótce okazało - przeczucie mnie nie myliło.

Lśniące samochody, srebrne papierośnice, kobiety w piórkach, falbankach i czerwonej szmince oraz panamy na głowach mężczyzn. Wieczorami - zadymione kluby, jazz i ubrani w zooty panowie tańczący jive'a ze swoimi partnerkami. Czujecie ten klimat?
Ale istnieje też inna, równoległa rzeczywistość, o wiele mniej czarująca i przyjemna. Rzeczywistość, w której trwają zmagania z potężnym kryzysem finansowym. Masowo zamykane są zakłady pracy, ludzie zostają bez środków do życia, popadają w długi i wyprzedają rodzinne pamiątki, by móc przetrwać kolejne dni. O pracę ciężko, a jeśli już się trafia, to za śmieszne pieniądze. Nietrudno w takiej sytuacji o depresję; nietrudno też o naiwność i łatwowierność.

To właśnie z tej drugiej, smutnej, rzeczywistości udaje się wyrwać dziewiętnastoletniemu Jackowi.
Matka Jacka nie żyje; ojciec stracił pracę i przesiaduje w domu, gapiąc się w jeden punkt lub snując plany budowy rezydencji, na którą, jak sobie wyobraża, w przyszłości będzie go stać dzięki pieniądzom zainwestowanym wcześniej we Francis Drake Association. Chłopakowi udaje się załapać do pracy w kopalni soli, więc, na szczęście, oboje mają co jeść, ale lekko nie jest.
Pewnego dnia Jack spotyka na swojej drodze Virgila i pannę Rose, wytrawnych oszustów, którzy przemierzają południe kraju w swoim absolutnie cudownym, limitowanym nashu ambassadorze. Para dostrzega w Jacku spory potencjał, a on - szansę na banalnie łatwy zarobek, toteż w dalszą podróż wyruszają już we troje, robiąc przekręty, o jakich Wam się nawet nie śniło...

Sama fabuła, choć niezła, zdaje się być tylko pretekstem do zarysowania tej ciemniejszej, mało znanej strony Stanów Zjednoczonych pierwszej połowy XX wieku: ery oszustw i szwindli. Ferguson płynnie i zgrabnie wplata w losy Jacka, Virgila i panny Rose opowieści o prawdziwych mistrzach przekrętów tamtych czasów: Yellow Kid Weilu, Victorze Lustigu czy Oscarze Hartzellu. Opisane w książce oszustwa również naprawdę miały miejsce (autor tylko przedstawił je w innym kontekście), a było ich niemało - od tych drobnych, jak "omotanie" sprzedawcy przy wydawaniu reszty, na fikcyjnych firmach i maszynkach do robienia pieniędzy kończąc. Nie brakowało też naiwniaków, którzy dawali się na to wszystko nabrać. I właśnie to jest najbardziej fascynujące: pomysłowość jednych i głupota drugich oraz fakt, że te na pozór nieprawdopodobne wydarzenia wcale nie są dziełem wyobraźni autora.

W powieści jest mnóstwo smaczków, drobnostek, które potęgują frajdę z lektury. Są tutaj niewyjaśnione sprawy i niedopowiedzenia, które rozbudzają ciekawość, oraz aluzje i sugestie sprawiające, że człowiek się zastanawia, czy Ferguson sobie czasem z niego nie kpi. Lekturze towarzyszy niejasne poczucie, że nic nie jest takie, jakim się wydaje. Są przewrotne sytuacje, błyskotliwe spostrzeżenia i ironiczne uwagi. Zresztą cała powieść napisana jest lekko i sprawnie, a autor ma poczucie humoru, które zdecydowanie mi odpowiada: nienachalne, doprawione odrobiną sarkazmu.

"Hiszpańska mucha" oczarowała mnie i bezlitośnie wciągnęła, nie przesadzając, od pierwszych stron. Ze względu na tematykę - okazała się powiewem świeżości wśród moich książkowych wyborów. Ferguson natomiast zafascynował mnie na tyle, że mam zamiar bliżej przyjrzeć się jego pozostałej twórczości.

Ogólnie rzecz biorąc, warto przeczytać - dla świetnie nakreślonych ówczesnych realiów, dla zabawy i dla zapoznania się z inną stroną Stanów pierwszej połowy XX wieku. Albo chociażby po to, żeby się dowiedzieć, jak sprzedać centa za pięć dolarów, czy dlaczego tak ciężko wygrać coś w lunaparku :)

poniedziałek, 14 grudnia 2009



Samotność, poszukiwanie sensu, własnej tożsamości i miejsca na świecie, to stałe motywy w twórczości Murakamiego. Stałe, a jednak w jakiś sposób udało się ich autorowi nie wyczerpać i nie zmęczyć. Choć wszystkie jego książki sprowadzają się właściwie do jednego, każda z nich jest inna, wyjątkowa, niepowtarzalna. I taka też jest powieść "Kafka nad morzem", w której poznajemy piętnastoletniego Kafkę, który ucieka z domu, z dala od ojca i usłyszanej od niego przepowiedni, by stawić czoła rzeczom dość niezwykłym.


Uwielbiam Murakamiego za ten niezwykły sposób postrzegania i opisywania świata, za emocje, które udaje mu się zamknąć w słowach. Za ten szczególny, melancholijny rodzaj wrażliwości; za płynność, z jaką łączy słowa w zdania, a zdania w powieść.
Nie przepadam jednak za tym, czym zachwyca się chyba większość fanów pisarza: realizmem magicznym; zwłaszcza w tak dużych dawkach, w takiej ilości i nasileniu, jakie znajdują się w "Kafce nad morzem". Na dłuższą metę męczy mnie to i drażni. Lubię, gdy wszystko da się w miarę logicznie wytłumaczyć, uzasadnić (co wcale, zaznaczam, nie koliduje z fantastyką), albo żeby chociaż lekko o logikę zahaczało (choć bywają wyjątki od tej reguły i zachwycam się niewytłumaczalnym). A gdy np. staruszek od czasu dziwnej grupowej utraty przytomności potrafi rozmawiać z kotami, to to już nawet w pobliżu logiki nie stoi. Wiem, wiem; to trzeba czuć, a nie próbować zrozumieć. Ale ja nie poczułam.
(I pewnie dlatego moją ukochaną książką Murakamiego już na zawsze pozostanie "Norwegian Wood" - pierwsza jego autorstwa, z jaką miałam do czynienia, jedyna chyba tak bardzo realistyczna; absolutnie cudowna.)

Wciąż jednak oczywiście uważam, że "Kafka nad morzem" to dobra powieść, choć w moim prywatnym rankingu książek autora stoi najniżej (być może dlatego, że nie do końca ją poczułam, nie zrozumiałam). Porwała mnie, poruszyła tematyką, zachwyciła językiem i zabarwiła magią atmosferę. A to już coś :)

I na koniec:

Ja lubię dziwaków. Raczej trudno zaufać komuś, kto na takim świecie umie zwyczajnie wyglądać i normalnie żyć.

niedziela, 28 czerwca 2009



Po masakrze, jaką dokonała w mojej głowie "Księga imion", i
nieporywającym do granic możliwości "Szyfrze Szekspira", nie wiązałam z "Tajemnicą Gaudiego" wielkich nadziei. O dziwo, książka okazała się w swoim gatunku bardzo dobra.

Rok 1926. Z rąk niebezpiecznej sekty, na pozór w niefortunnym wypadku, ginie wielki architekt, Antonio Gaud
í.
Rok 2006. Juan Givell przygotowuje się do odejścia z tego świata w jednym z domów opieki w Barcelonie. Jego wnuczka, Maria, dowiaduje się od niego, że w jej rękach leży wypełnienie proroctwa sprzed tysięcy lat. Aby jednak tego dokonać, musi najpierw odnaleźć tajemniczą świętą relikwię. Kluczem do zagadki są tutaj ukryte w dziełach Gaudiego symbole... A także alchemia, Jaś i Małgosia oraz matematyka. Od tego momentu rozpoczyna się wyścig: z czasem i z sektą, która zamordowała Gaudiego.

"Tajemnica Gaudiego" to pierwsza powieść w duchu brownowskim (po samym Brownie oczywiście), która mnie autentycznie wciągnęła i zaintrygowała.
Fabuła jest tutaj całkiem rozsądnie nakreślona (na tyle, na ile rozsądna może być opowieść o relikwii, która ma odmienić losy świata :)). Autorzy oszczędzili czytelnikom szaleńczych pościgów przez pół świata i innych naiwnych wydarzeń czy sztucznych zwrotów akcji. Pomimo samej w sobie średnio wiarygodnej historii, nie czułam podczas lektury, że mam do czynienia z czymś naciąganym - a to jest chyba w tym przypadku (w tym gatunku) najważniejsze.
Bohaterowie okazali się naturalni i autentyczni (nie zmienili się pod wpływem wydarzeń w zabójczo odważnych superbohaterów), a do tego - bardzo sympatyczni. Spodobało mi się również rozwiązanie zagadki oraz pomysł na relikwię. Dużego doświadczenia w tej materii wprawdzie nie mam, ale wydał mi się sprytny i dość niebanalny.

Jednak to, że całość jest bardzo poprawnie skonstruowana pod względem fabularnym i że dzięki temu tak wciąga, to nie jedyne zalety książki. Z części brownowskiej przejdę więc do... zafonowskiej. Bo właśnie z Zafonem kojarzy mi się sposób przedstawienia Barcelony; nie tyle podobny w sensie dosłownym, co pokrewny klimatem.
Barcelona w wydaniu Mart
ína i Carranzy to miasto niewiarygodnie magiczne, wręcz bajkowe, naszpikowane symbolami. Miasto, w którym na każdym rogu czai się jakieś niesamowite dzieło sztuki, które tylko czeka, by ktoś odkrył tajemnicę, jaką w sobie kryje. Miasto o niepowtarzalnej atmosferze.
Autorom powieści udało się obudzić we mnie coś, czego Carlos Ruiz Zafón nie zdołał: przemożną chęć odwiedzenia Barcelony. A zdjęcia dzieł Gaudiego, które znajdują się w książce (świetny zabieg!), jeszcze bardziej pobudziły moją wyobraźnię i ową chęć spotęgowały.

Tak więc, jak widać, "Tajemnica Gaudiego" bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Lubię takie niespodzianki :)
A książkę polecam (zwłaszcza miłośnikom gatunku lub Barcelony) - na urlopowo-wakacyjny relaks jak znalazł!

 
1 , 2 , 3