...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      



,

statystyka

Wpisy z tagiem: Książnica

poniedziałek, 22 marca 2010



Jako że jestem aktualnie wciągnięta w FFXIII i nie chcę sobie dokładać dodatkowych wrażeń ani angażować się zbytnio w inne historie (wystarczy już, że od gry nie mogę się oderwać), postanowiłam tymczasowo ograniczać się w swoich książkowych wyborach do umiarkowanie absorbujących czytadeł.

Na takie też liczyłam, sięgając po "Dobre intencje", zwłaszcza że "Szepty i kłamstwa" tej samej autorki doskonale mnie swego czasu zrelaksowały i miałam nadzieję, że wiem, czego się mniej więcej spodziewać.

Powieść składa się z dwóch przeplatających się wzajemnie historii.
Pierwsza z nich opowiada o Lynn, której mąż zostawił ją po czternastu latach małżeństwa dla innej i która zmaga się z myślami typu dlaczego? oraz co ona ma, czego ja nie mam?. Dodatkowo sprawę komplikuje Marc, mąż tej drugiej kobiety, który, nie wiadomo właściwie po co, pewnego dnia postanawia się spotkać z Lynn.
Druga historia dotyczy Renee, prawniczki Lynn, pewnej siebie i przebojowej w pracy, lecz uległej i ślepej na pewne rzeczy żony znanego i cenionego psychiatry-cwaniaczka. Siostra, niedoszła samobójczyni, oraz wredna córka męża dokładają jej zmartwień. Renne najwyraźniej nie radzi sobie ze stresem, bo zajada go ogromną ilością słodyczy.
Ot, i tyle. 

Początek powieści wzbudził moje podejrzenia, ale je zignorowałam i dziarsko czekałam, aż historia rozwinie się w pożądanym przeze mnie kierunku. I czekałam. Czekałam, odganiając natrętne myśli o porzuceniu lektury. Aż w końcu, zniesmaczona, dobrnęłam do ostatniej strony, by zdać sobie sprawę, że "Dobre intencje" to rzeczywiście zwykłe obyczajowe czytadło, które nie ma kompletnie nic wspólnego z tajemniczym thrillerem "Szepty i kłamstwa". Te dwie książki są tak do siebie niepodobne, że mam wrażenie, jakby napisały je dwie różne osoby.

"Dobre intencje" to właściwie zbiór stereotypów i komunałów ukrytych pod kiepską fabułą. Dialogi, udramatyzowane w formie, lecz zarazem drewniane w treści, sprawiają wrażenie, jakby były (wybaczcie to dziwaczne skojarzenie) napisane przez seksistę, który na przykładzie Renee i Lynn próbuje udowodnić wyższość swojej płci, przynajmniej w wymiarze emocjonalnym. Bohaterki zachowują się w banalny, idiotyczny sposób: rywalizują z małoletnią córką męża o jego względy, zniżając się do jej poziomu (Renee), lub szpiegują rywalkę w sklepie odzieżowym, próbując się wcisnąć w tę samą co ona kieckę (Lynn). Obżerają się w stresowych sytuacjach i wydają fortunę na szmatki, które potrafią je optycznie wyszczuplić, bo te są przecież "warte każdych pieniędzy". I nie robią tego zabawnie jak Bridget Jones. Nie. One tak na serio.

Nie mam zielonego pojęcia, skąd Fielding wytargała pomysły na swoje bohaterki. Nie mam też pojęcia, dlaczego to wszystko analizuję. Aż mi normalnie wstyd.

Lektura "Dobrych intencji" była czasem straconym. Szczerze Wam tę książkę odradzam.

sobota, 06 lutego 2010



Miałam ostatnio ochotę przenieść się gdzieś daleko, zarówno w czasie, jak i w przestrzeni, toteż Patricia Shaw, która swoje u mnie odstała i która cieszy się dobrą opinią wśród czytelników, wydała mi się do tego celu najlepsza.


Piękna młoda Angielka, Sibell, zostaje bez rodziny i bez środków do życia, gdy statek, którym płynie, niespodziewanie tonie u wybrzeży Australii. Wkrótce dziewczę pojmuje, że w tym dzikim, kryjącym mnóstwo tajemnic i niespodzianek kraju, wśród nie zawsze życzliwych jej ludzi - wcale nie będzie jej łatwo i czeka ją naprawdę długa droga, zanim znajdzie tam swoje miejsce.

Lubię, gdy w tego typu powieściach (to znaczy z akcją osadzoną gdzieś w przeszłości, najczęściej podczas różnego rodzaju przemian) główny wątek zdaje się być tylko pretekstem do opisania tła i poruszenia poważniejszych zagadnień. W tej powieści mi tego zabrakło; tło - kolonizacja Australii, walka z naturą, konflikty z Aborygenami - zarysowane jest, owszem, ale raczej po łebkach, jak gdyby autorka chciała spełnić minimalne wymagania w tym zakresie. W końcu gdzieś tę akcję umieścić trzeba, prawda?

Ogromna ilość pytajników i wykrzykników (coś w stylu "Och, nie! Porwałam swoją nową sukienkę! I co ja teraz zrobię? Przecież nie pokażę się w niej na przyjęciu!", co, nie powiem, momentami naprawdę mnie ubawiło) oraz pędząca narracja sprawiają, że języka powieści nie mogę, pomimo najszczerszych chęci, określić inaczej niż tanim. Bohaterowie są płascy i jednowymiarowi - albo naiwna, głupiutka i nieco zarozumiała (przez co niesamowicie irytująca) Sibell, albo taki łasy na kobiety i pieniądze cwaniaczek Logan. Zwroty akcji, jeśli już się pojawiają, wydają się niczym nieuzasadnione i jakby wymyślone na poczekaniu.
Wszystko to razem sprawia, że całość z lekka trąci mi tandetą.

"Pióro i kamień" to średniej klasy czytadło, które jednak, pomimo przewagi wad nad zaletami, wciąż jeszcze potrafi wciągnąć. Troszkę irytujące, ale nie na tyle mocno, bym nie mogła się przy nim zrelaksować. Nie jest to, niestety, "Królowa deszczu", ale nie jest to też, na szczęście!, "Spotkamy się pod drzewem ombu". Pewnie sięgnę jeszcze kiedyś, gdy będę miała ochotę na lekkie i leniwe popołudnie z książką, po coś Shaw (zwłaszcza że mam już "Dolinę lagun"), ale bez większego entuzjazmu i z nieco innym nastawieniem.

sobota, 06 grudnia 2008


W ramach Podróży w czasie, z pomocą Judith Merkle Riley, udałam się do siedemnastowiecznego Paryża, do świata trucizn i afrodyzjaków, nielegalnych publikacji, czarnych mszy i aborcji, a przede wszystkim spisków, intryg i zdrad.

Pisarka oparła fabułę "Czary wyroczni" na dokumentach sądowych ze śledztwa, które prowadzono po aresztowaniu jednej z najpopularniejszych w owych czasach wiedźm i trucicielek, Marie Bosse. Dochodzenie ujawniło istnienie tajnej, misternie zbudowanej sieci, która skupiała jednostki zajmujące się trucicielstwem, pod przykrywką wróżbiarstwa czy przemysłu kosmetycznego. Na czele tej potężnej organizacji stała Catherine Montvoisin, znana jako La Vosin, kobieta niezwykle przebiegła, wyrachowana i ambitna. Z usług wróżek korzystały z reguły bogate, nierzadko zepsute kobiety, pragnące miłości lub zemsty. Osiągnąć swój cel mogły oczywiście za pomocą trucizn lub afrodyzjaków. Często też szukały osoby, która cicho i dyskretnie mogłaby przeprowadzić aborcję lub pozbyć się niemowlęcia. Szczątki płodów palono wówczas w nieustannie dymiącym piecu w przepięknym ogrodzie królowej tej mrocznej organizacji, a niemowlęta ochoczo wykorzystywano do czarnych mszy. Sama La Voisin była o tyle potężna i wpływowa, że dzięki swej profesji znała sekrety i pragnienia najznamienitszych osobistości Paryża, w tym nawet faworyt Króla Słońce.

Do Francji przybywamy, gdy podziemne królestwo La Voisin jest u szczytu władzy.

Całą historię obserwujemy oczami Geneviève Pasquier, dziewczyny inteligentnej, oczytanej i rozmiłowanej w filozofii, choć niezbyt ładnej i lekko zdeformowanej. Gdy Geneviève wraz z matką i starszą siostrą udaje się do Montvoisin, wróżka dostrzega u niej dar widzenia przyszłości w tafli wody. Później, gdy dziewczyna zostaje zhańbiona i ucieka z domu z postanowieniem targnięcia się na własne życie, los sprawia, że spotyka na swej drodze właśnie La Voisin. Czarownica ma co do dziewczyny pewien plan, zabiera ją więc do siebie i obie spisują odpowiedni kontrakt. Niedługo potem Pasquier przestaje istnieć, a w jej miejsce pojawia się ponad stuletnia, posępna markiza de Morville, która świadczy usługi przepowiadania przyszłości. Z czasem za sprawą swojego niezaprzeczalnego talentu staje się coraz bardziej popularna wśród wyższych sfer i jednocześnie uświadamia sobie, jak niebezpieczna jest organizacja, do której należy.
W tym samym czasie komendant paryskiej policji, La Reynie, robi co w jego mocy, by dowiedzieć się, dlaczego ludzie tak często giną bez śladu, zwłaszcza przy okazji spraw spadkowych. Bliski jest zdemaskowania tej upiornej organizacji...

Wiele postaci z "Czary wyroczni" żyło naprawdę – poczynając oczywiście od La Voisin i jej rodziny, przez inne wróżki i trucicielki, jak La Trianon czy La L
épère, faworyty Ludwika XIV, np. markizę de Montespan (jedną z najważniejszych klientek Montvoisin), wielokrotną morderczynię, madame de Brinvilliers, po komendanta policji, La Reynie, i jego podwładnego, Desgreza. Losy tych i innych postaci historycznych odmalowane są z niezwykłą starannością.

Riley poświęciła też wiele uwagi obyczajom panującym wśród wyższych sfer we Francji w drugiej połowie XVII wieku: zachowaniom, regułom savoir-vivre, ubraniom, fryzurom a nawet wystrojom najwytworniejszych salonów.

"Czara wyroczni" jest powieścią dość krwawą i brutalną, biorąc pod uwagę używanie niemowląt do odprawiania czarnych mszy, tortury czy publiczne egzekucje - o tyle przerażające, że traktowane jako świetna rozrywka.

- Tydzień temu na placu de Grève łamali kołem jakiegoś zdrajcę - wtrąciła się Brigitte. - Wszyscy mówią, że było to piękne widowisko przy blasku pochodni, cóż, kiedy maman nie pozwala mi chadzać na egzekucje.

Powieść ma wszystko, czego potrzeba do zauroczenia czytelnika: niezwykłe, szalenie interesujące postacie, barwny język, wspaniale zarysowane tło historyczne oraz wartką, bogatą, wciągającą fabułę. Tak, jestem zauroczona. Z wielką niechęcią wróciłam z siedemnastowiecznej Francji do czasów współczesnych.
Czy muszę dodawać, że gorąco polecam tę książkę? ;)




Na koniec jeszcze kilka ciekawostek.

O the Poison Affair możecie poczytać TUTAJ lub TUTAJ.



To jest madame de Brinvilliers, torturowana przez wlewanie wody. Była twarda, nie pękła i nic im nie zdradziła. Później publicznie ścięto jej głowę i spalono na stosie.




A to jest słynna La Voisin. Nie powiem, zupełnie inaczej ją sobie wyobrażałam. Cóż, Google bywają brutalne.





Jeśli znacie jakieś inne książki opowiadające o wyżej wymienionych osobach, lub dotykające tematu trucicielstwa we Francji, to ślicznie proszę o informacje.