...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      



,

statystyka

Wpisy z tagiem: biografia i okolice

niedziela, 16 maja 2010



"Cesarzowa" to fabularyzowana biografia cesarzowej Cixi, zwanej też Cesarzową Orchideą lub Starym Buddą, która żyła w latach 1835-1908. Gdy jako młoda dziewczyna znalazła się na dworze słabowitego i "zepsutego przez eunuchów" cesarza Xianfenga, szybko stała się jego ulubioną konkubiną. Jej pozycja wzrosła, kiedy urodziła mu syna, jedynego dziedzica tronu. Gdy Xianfeng zmarł, została regentką. Teoretycznie sprawowała władzę wraz z żoną cesarza, w praktyce jednak wszystkie decyzje należały do niej, gdyż tamta nie była zainteresowana polityką.

To były trudne czasy: Europa wdzierała się do Chin, stawiając absurdalne żądania. Kraj targany był wojnami opiumowymi i powstaniami. W dodatku Cixi ze względu na swą płeć musiała włożyć dwa razy więcej wysiłku, by udowodnić wszystkim, że godna jest sprawować władzę. I udowodniła.

Wiele źródeł opisuje Cixi jako władczynię bezlitosną, upartą i nadto konserwatywną. Kobietą, która do celu szła dosłownie po trupach i nie miała absolutnie żadnych skrupułów. Pearl Buck jednak sięgnęła w swojej książce głębiej, posuwając się do połączenia ogólnie znanych faktów na swój własny sposób. Ukazała ją jako człowieka, nie tylko jako głowę państwa. Pokusiła się o stworzenie portretu psychologicznego, próbując jednocześnie uzasadnić decyzje podejmowane przez władczynię - decyzje, do których można mieć, delikatnie mówiąc, zastrzeżenia.

"Cesarzowa" to przede wszystkim obraz kobiety okrutnie samotnej. Cóż z tego, że była otoczona mnóstwem ludzi, skoro niemal nikomu nie mogła ufać? Co z tego, że była najpotężniejszą osobą w kraju, skoro na wiele rzeczy nie mogła sobie pozwolić i musiała trzymać się sztywnych reguł zachowania? Ucieczkę znajdowała na łonie natury. Kochała przyrodę, kochała piękno. Tak bardzo, że zrujnowała chiński skarb, odbudowując Pałac Letni, który został zniszczony przez najeźdźców w czasie wojny opiumowej. Zarzucano jej zbytnią rozrzutność, a ona po prostu nie mogła znieść myśli, że takie cudowne, magiczne miejsce stoi w ruinie.



Cixi nie mogła pojąć, dlaczego obce narody wdzierają się do jej kraju i żądają ziem oraz przywilejów. Dlaczego chrześcijańscy misjonarze panoszą się po Chinach, głosząc swoją religię, skoro na świecie jest mnóstwo miejsca dla różnych wierzeń. Nie była w stanie zrozumieć, jak inni ludzie mogą być tak bezczelni i okrutni. Robiła, co jej zdaniem było najlepsze, by uchronić Chiny przed najeźdźcami, by następca tronu mógł już rządzić krajem spokojnym i uporządkowanym. Stąd też wynika jej bezwzględność; nie mogła sobie pozwolić na chwile słabości, gdyż groziło to nie tylko utratą autorytetu, ale też i tronu. Do spisków i manipulacji uciekała się niejako z musu, dopasowując się do rytmu na dworze cesarskim, zaś to, co dla innych było zacofaniem, dla niej było wiernością dynastii. I cieszę się, że nie doczekała upadku dynastii Qing, który miał miejsce kilka lat później, bo na pewno pękło by jej serce.


Nie mam pojęcia, ile z tej powieści jest prawdą, a ile tylko wytworem wyobraźni Pearl Buck, zwłaszcza że autorka uatrakcyjniła życiorys Cixi zakazanym romansem oraz wątpliwościami na temat ojcostwa jej syna. Wierzę jednak, że w tym portrecie psychologicznym tkwi ziarno prawdy - być może nawet niejedno. Wierzę, że Chinami rządziła kobieta, która była oddana dynastii, tradycji i państwie, a wszystko, co czyniła, czyniła w dobrej wierze.

Powieść jest także poruszającym obrazem epoki, w tym ekspansji mocarstw europejskich, które w swej zachłanności uczyniły niewyobrażalnie dużo zła na innych kontynentach. Książki o takiej tematyce zawsze wywołują we mnie szeroki wachlarz dość silnych emocji - od ogromnego żalu, przez irracjonalną bezradność, aż po złość, której dzisiaj nie ma nawet w kogo skierować.


Na temat Cixi napisano niejedną książkę; w Polsce, o ile mi wiadomo, ukazały się jeszcze tylko dwie - czy trzy właściwie: "Ostatnia cesarzowa" Keitha Laidlera oraz "Cesarzowa Orchidea" Anchee Min i jej kontynuacja "Ostatnia cesarzowa". Mam na nie ogromną ochotę, by móc je porównać z tym wzruszającym obrazem stworzonym przez Buck.

środa, 21 kwietnia 2010



Sadayakko (1871-1946) uwiodła Europę i Stany Zjednoczone na przełomie XIX i XX wieku. Nim jednak do tego doszło, była jedną z czołowych gejsz Japonii, piękną, popularną i zaskakująco - jak na Japonkę - temperamentną. Rozdziewiczył ją sam Ito Hirobumi, pierwszy premier Japonii, co było wówczas nie lada zaszczytem. W 1894 roku poślubiła kontrowersyjnego aktora o politycznych zapędach, Otojiro Kawakamiego, który wystawiał sztuki oparte na bieżących wydarzeniach i próbował tchnąć w skostniały japoński teatr potężną nutę realizmu (nawet jeśli wymagało to wzniecenia prawdziwego pożaru na scenie).

W 1899 roku Sadayakko, Otojiro i jego trupa wyruszyli do San Francisco, by podbić tamtejszą widownię i nauczyć się czegoś o zachodnim teatrze. Byli pierwszą japońską grupą teatralną, która wybrała się za granicę. W Stanach szybko zdali sobie sprawę, że nikt nie wynajmie teatru samym mężczyznom (obecność kobiety na scenie była jeszcze wówczas wysoce niemoralna, a co za tym idzie - niespotykana), a nawet gdyby - takie zestawienie nie znalazłoby zwolenników, toteż postanowiono, że potrzebują aktorki. Sadayakko, jedna z dwóch kobiet w ich grupie (drugą była jedenastoletnia bratanica Oto), była oczywistym, i w sumie jedynym, wyborem: śliczna, zwinna i utalentowana. Poza tym zawód gejszy był w wielu aspektach zbliżony do aktorstwa, więc i doświadczenia jej nie brakowało.
Początek w tym nowym dla nich świecie był ciężki. Trupie zabrakło solidnego przygotowania, konkretnego planu i znajomości tamtejszych realiów. Tułali się po Stanach, głodując i będąc na skraju wyczerpania, ale dzięki samozaparciu zaczęli odnosić sukcesy: najpierw małe, później coraz większe. I w końcu Sadayakko uwiodła Zachód. Stała się gwiazdą, japońską Bernhardt. Świat ją pokochał.
Jednak do jej sukcesu przyczyniły się nie tylko jej liczne walory, ale też fakt, że znalazła się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Europa i Stany były spragnione Japonii. Ten odległy kraj wciąż stanowił dla nich tajemnicę, a tym samym fascynował. W takich okolicznościach możliwość zobaczenia japońskiego teatru z Japonką, w dodatku tak zmysłową, była prawdziwą gratką. Niektórych odpychał jej ciężki makijaż i "kocie" dźwięki, jednak większość była nią oczarowana. (Nawiasem mówiąc, niewielu wiedziało, że to, co widzą na scenie, to nie prawdziwy japoński teatr; trupa odgrywała to, co zachodnia widownia chciała zobaczyć, próbowała wstrzelić się w zachodnią wizję Japonii. Przyczyniło się to do podtrzymania istniejących oraz stworzenia nowych stereotypów.)
Oczywiście w życiu aktorki działo się o wiele więcej niż to, co tutaj lakonicznie, tytułem wstępu, nakreśliłam.

 

Praca nad tą książką musiała być nie lada wyzwaniem, głownie z tego względu, że Sadayakko była osobą tajemniczą. Nie zwierzała się z tego, co jej w duszy grało, nie rozpowiadała o swoich prywatnych sprawach, a gdy już coś mówiła - zdarzało jej się naginać rzeczywistość do swoich potrzeb, by (paradoksalnie, w świetle tego, co robiła) zachować twarz. Gdy ówczesna prasa donosiła, że gejsza jest po uszy zakochana w Kawakamim i wychodzi za niego z miłości (co byłoby niewybaczalne), ona sama po latach stwierdzała beztrosko, że ślub został jej narzucony, a o uczuciach nie mogło być mowy. Gdy krytycy rozpisywali się na temat pasji, z jaką grała, ona udawała posłuszną żonę, która wychodzi na scenę niejako z przymusu, na polecenie męża. Jak było naprawdę - można się dziś tylko domyślać, co też nader chętnie uczyniła w swojej książce Downer. I w tym miejscu pojawia się zgrzyt.

Downer, mam wrażenie, starała się za wszelką cenę ukazać bohaterkę w dobrym, pozytywnym świetle. Na każdym kroku sugerowała, że cokolwiek Sadayakko uczyniła, prawdopodobnie robiła to z romantycznych i wzniosłych pobudek (co się zresztą kłóci z obrazem aktorki kreowanym przez współczesne jej gazety, ale te, z drugiej strony, również mogły mijać się z prawdą w pogoni za sensacją). Gdyby autorka przemyciła swoje poglądy w innej formie, powiedzmy w biografii fabularyzowanej, byłyby one lżejsze do przełknięcia, a być może i całkiem niezauważalne. W tym wypadku jednak były dość ciężkostrawne, a im bardziej Downer próbowała mnie przekonać do swoich racji, tym większy budził się we mnie opór, żeby je zaakceptować. W rezultacie skończyłam lekturę z takim mętlikiem w głowie, że nie zdołałam sobie zdania na temat Sadayakko wyrobić - a rzadko mi się to zdarza i zdecydowanie nie lubię takiego stanu rzeczy.

Downer
z godną podziwu dokładnością zebrała fakty na temat życia aktorki: relacje potomków, zdjęcia, wywiady, recenzje i plotki z gazet czy później powstałe prace naukowe. Mnóstwo z nich zacytowała w swojej książce - a było co cytować, gdyż życie Sadayakko było barwne i obfitujące w najrozmaitsze wydarzenia; na świecie było o niej głośno, a w jej ojczystym kraju tym bardziej.
Lecz "Madame Sadayakko" to nie tylko portret kobiety, ale też
portret epoki: Japonii, jej przemian społecznych, mentalności i wpływów z Zachodu, odbioru Japonii na świecie oraz świata w Japonii, a także zmian zachodzących w teatrze. Ówczesne realia były naprawdę fascynujące, a Downer zarysowała je z ogromną precyzją, w malowniczy, żywy sposób.
Książka, pomimo pewnego zgrzytu, wciągnęła mnie i zauroczyła, a na koniec - jak większość historii o światach, których już nie ma (w tym inna powieść autorki, "Ostatnia konkubina") - pozostawiła w melancholijno-nostalgicznym nastroju.


Jako ciekawostkę dodam, że Sadayakko gościła także i w Polsce. Można sobie o tym poczytać w czasopismach artystycznych:
"Chimerze" oraz "Echu Muzycznym, Teatralnym i Artystycznym" z 1901 roku.

czwartek, 08 kwietnia 2010



Allende była mi dotąd obca. Z jednej strony chciałam ją wreszcie poznać, a z drugiej - po kiepskich doświadczeniach z literaturą Ameryki Łacińskiej - bałam się, że to taki Marquez w spódnicy, a to by mnie wcale nie uradowało. Chomikowałam więc sobie jej książki na półce, spoglądając na nie z niejaką trwogą i niepewnością. Dopiero recenzencki egzemplarz "Sumy naszych dni" zmobilizował mnie do bliższego zapoznania się z jej prozą.


No ale do rzeczy.
Pisarka oczarowała mnie i urzekła od pierwszych stron. Otworzyłam książkę dość nieśmiało, lecz nim się obejrzałam - całkowicie mnie pochłonęła. Słowo daję: nie wiem, kiedy to się stało.

Allende zaczęła pisać "Sumę naszych dni" w 2006 roku, rekonstruując wydarzenia minionych trzynastu lat; lat, które upłynęły od śmierci jej córki Pauli. W swojej książce pisarka zwraca się właśnie do Pauli, opowiadając jej o swojej tęsknocie, radościach i obawach, a przede wszystkim o ludziach, których Paula nie miała szansy poznać, i wydarzeniach, w których nie mogła uczestniczyć. Książka jest szalenie emocjonalnym zapisem z życia plemienia, jak Allende nazywa grono bliskich osób, którymi się otacza.

Gdy Isabel zamieszkała z mężem Williamem w Kalifornii, gdzie każdy podąża własną ścieżką i żyje po swojemu, zaczęła tworzyć plemię na wzór chilijskiego trybu życia. Przez lata werbowała i starała się utrzymać w jednym miejscu rodzinę i przyjaciół, co nie zawsze było łatwe, ale z pewnością warte zachodu.
Losy tych wszystkich osób obfitowały w najrozmaitsze, czasem nieprawdopodobne wydarzenia; bywały burzliwie, bywały ciężkie, jednak wszyscy starali się przezwyciężyć wszelkie konflikty, dając sobie nawzajem oparcie i siłę, by ufnie spoglądać w przyszłość. Dzielili się ze sobą wszystkim, co przynosi życie: radościami i smutkami, lękiem i nadzieją, miłością i gniewem. Allende, gromadząc plemię, wiedziała, że szczęście smakuje lepiej, gdy można się nim podzielić z innymi, a cierpienie łatwiej znieść, gdy ma się ramię, na którym można się oprzeć.
To właśnie dzięki takiemu wsparciu Allende oswoiła się z myślą, że jej córka nie żyje. Oswoiła się, ale nie pogodziła, choć od jej śmierci minęło tyle lat. Na kartach książki czuć niewyobrażalny wręcz ból i tęsknotę, które to pisarka będzie dźwigać ze sobą już do końca życia. (Nie potrafię sobie wyobrazić natłoku tych emocji w "Pauli" opowiadającej o chorobie i śmierci dziewczyny.)

Allende stworzyła rzecz bardzo intymną i osobistą. Momentami zapominałam, że jest to książka puszczona w świat. Miałam wrażenie, że Allende napisała ją tylko dla mnie, jak gdyby tylko ze mną chciała nawiązać tę niezwykłą więź, nić porozumienia, jak gdyby chciała się zwierzyć właśnie mnie. Dopiero pojawiające się tu i ówdzie zwroty do Pauli przypominały mi, że to ona jest głównym adresatem książki. I wyobrażałam sobie wtedy, jak by się, na przykład, uśmiechnęła na wieść, że Sabrina, wnuczka Williama, wspaniale się rozwija pomimo pewnych trudności, czy jak by próbowała powstrzymać matkę przed nadmiernym wtrącaniem się w życie uczuciowe brata, Nicolasa.

"Suma naszych dni" to bardzo osobista i wzruszająca, ale także całkiem pogodna w swoim przesłaniu opowieść o tym, co najważniejsze: o sile miłości, bliskości i rodziny. O tym, że życie to swoista mieszanka goryczy i radości, a codzienność może być doprawiona szczyptą magii, nawet jeśli nie chcemy w nią wierzyć. Że zdecydowanie warto szukać swojego miejsca, bo gdy je znajdziemy, łatwiej nam będzie zmierzyć się z życiem.

Książka kończy się słowami "Koniec (na razie)". I w tej zawartości nawiasu dopatruję się obietnicy. Że Allende będzie chciała kiedyś opowiedzieć Pauli, co się wydarzyło w plemieniu od 2006 roku - i że ja będę mogła tę opowieść przeczytać.

środa, 02 września 2009



Etsu Inagaki Sugimoto urodziła się w 1876 roku w prowincji Echigo. Miała zostać kapłanką, jednak przewrotny los rzucił ją gdzieś indziej - do USA, kraju młodszego niż ród, z jakiego się wywodziła, gdzie została żoną japońskiego handlarza.

Wiele lat później, gdy mieszkała w Nowym Jorku, opisywała swoje wspomnienia z młodości dla filadelfijskiej gazety. W 1925 roku zostały one wydane w formie książki, jako "Córka samuraja".

Druga połowa XIX wieku była w Japonii czasem burzliwych, dynamicznych przemian - otworzono granice, zlikwidowano shogunat, powrócono do władzy cesarskiej. Japonia gwałtownie zaczęła dążyć do modernizacji, garściami czerpiąc z zachodnich wzorców. Tak zwana nowoczesność brutalnie wtargnęła do Japonii i rozpoczęła walkę z tradycją.

Skutki tych zmian były boleśnie odczuwalne dla starego samurajskiego rodu Inagakich. Ojciec Etsu zajmował wcześniej w prowincji Echigo wysokie stanowisko, jednak utracił je na skutek reform. Jak wszyscy samuraje, stracił majątek, przywileje i oparcie, jakie dawał mu poprzedni system. Nikt jednak na szczęście nie był w stanie pozbawić go tradycyjnych japońskich wartości - i to one były dla niego podporą, gdy próbował ułożyć sobie życie na nowo.

Sugimoto z właściwą dla japońskiego poczucia estetyki subtelnością opisała starcie dwóch odmiennych kultur, wyciągając zarazem dość odważne, jak na żyjącą w tamtych czasach Japonkę, wnioski. Choć sama nie znała już feudalnej Japonii, swoje opowieści oparła na rodzinnych legendach i wspomnieniach; na obserwacjach codziennego życia, kiedy to jej rodzice pielęgnowali stare tradycje i zwyczaje, sięgając jednocześnie, w ramach kompromisu i zdrowego rozsądku potrzebnego do przetrwania, po nowoczesność. Nie mogła czuć tego, co ojciec, gdy zmuszony był wyprzedawać stare rodzinne pamiątki, by mieć pieniądze na życie. Nie była w stanie pojąć bólu swojej bardzo konserwatywnej babci, gdy w domu po raz pierwszy, na przekór buddyjskim wierzeniom, pojawiło się mięso. I choć teoretycznie opisywała te i inne wydarzenia ze swojego, dość nowoczesnego punktu widzenia, potrafiła też w bardzo przejmujący sposób przekazać uczucia i poglądy rodziny.

Powieść mnie oczarowała, ale też niesamowicie wzruszyła, akcentując koniec tej dawnej, niesamowitej Japonii i zarysowując losy ludzi, którzy nie potrafili bez niej żyć. Miałam nawet pewien żal do Sugimoto, że tak łatwo przyszło jej zaakceptować amerykański styl życia i że z taką ufnością i nadzieją patrzyła w przyszłość.
Bardzo jestem ciekawa, jak potoczyły się jej późniejsze losy, po tych opowiedzianych w książce.

Warto sięgnąć po "Córkę samuraja" - dla opisanych w niej legend i ciekawostek, dla tego burzliwego kawałka historii, dla subtelnego języka, dla tak egzotycznego dla Europejczyków punktu widzenia. Zaś dla osób, które mają choćby najmniejsze ciągoty w kierunku Japonii, jest to, uważam, pozycja obowiązkowa.

niedziela, 26 kwietnia 2009



To była moja trzecia wyzwaniowa lektura, trzecia podróż do przeszłości. Niestety, nie tak ekscytująca, jak się spodziewałam.


Pierre La Mure podjął się niełatwego zadania, spróbował bowiem odtworzyć życie tajemniczej Mony Lisy, która od lat intryguje publiczność swoim zagadkowym uśmiechem. Mimo że niewiele wiadomo na jej temat, pisarzowi udało się stworzyć tak sugestywną, pełną szczegółów historię, jak gdyby wcale nie była oparta na domniemaniach. Tchnął życie w tę postać, której portret tak mi spowszedniał, tak się opatrzył, że nie pamiętałam już, że przedstawia on przecież istotę z krwi i kości.

Mimo to przyznaję z żalem, że tytuł jest nieco mylący. Miałam wrażenie, że życie Mony Lisy było w tej powieści nie głównym wątkiem, a zaledwie jednym z wielu. Pisarz poświęcił wiele (zbyt wiele!) uwagi innym żyjącym w tamtych czasach postaciom - nieudolnemu królowi Francji Karolowi VIII, fanatycznemu mnichowi Savonaroli, papieżom, Medyceuszom. Interesujące, jednak stanowczo zbyt chaotyczne jak dla mnie. Jedyną postacią, która rzeczywiście, moim skromnym zdaniem, zasłużyła tutaj na szersze przedstawienie, był da Vinci, przewrotnie ukazany nie jako mistrz i geniusz, a jako krętacz o słomianym zapale i niepohamowanych ambicjach.

Ogólnie rzecz biorąc, La Mure skakał po tematach, jakby nie wiedział, na czym się skupić; jakby, zamiast losów tytułowej postaci, chciał odtworzyć w powieści cały kawał historii Florencji. I rzeczywiście, głównym, najbardziej znaczącym bohaterem książki wydaje się być właśnie Florencja - niesamowicie barwna, żyjąca własnym życiem niczym odrębny organizm. Tak cudownie opisana, tak wyrazista, że niemal namacalna.


Choć pisarz ożywił Monę Lisę, choć genialnie oddał realia Florencji epoki renesansu i naprawdę przeniósł mnie w czasie na tych kilka chwil, to przyznaję ze smutkiem, że zgubiłam się w ogólnym chaosie snutych przez niego opowieści. Wiem już, że La Mure nie jest takim drugim Irvingiem Stone'em. Na "Miłość niejedno ma imię", stojące już u mnie na półce, spoglądam teraz z niejaką trwogą.

wtorek, 16 grudnia 2008


Yasushi Inoue zalicza się do najważniejszych współczesnych pisarzy Japonii. Był wielokrotnie nagradzany, kilkakrotnie kandydował nawet do literackiej Nagrody Nobla. Mnie natomiast nie zachwycił.

Akcja "Samurajskich chorągwi" dzieje się w Japonii w XVI wieku, w czasach gdy potężne klany toczą ze sobą krwawe wojny o ziemie i władzę. Książka w dużej mierze oparta jest na faktach. Wiele postaci opisanych w niej żyło naprawdę.
Głównym bohaterem powieści jest Kansuke Yamamoto, niski, zezowaty, kulejący na jedną nogę człowieczek; równie pokraczny, co śmiały i przebiegły. Gdy udaje mu się dostać na służbę do rodu Takedów, Kansuke ujawnia swoje umiejętności jako strateg i sprawia, że armia Shingena (Harunobu Takedy) zaczyna odnosić sukcesy. Wkrótce władca nie potrafi podjąć bez niego żadnej poważnej decyzji. Ambitny i wierny Shingenowi, Kansuke staje się jednym z jego najważniejszych doradców.

Tak naprawdę "Samurajskie chorągwie" są jednym wielkim, niemal dwustustronicowym zapisem walk i podbojów Shingena. Brakowało mi tutaj kontekstu, jakiegokolwiek tła dla następujących po sobie w ekspresowym tempie wydarzeń. Brakowało opisów, które mogłyby oddziaływać na moją wyobraźnię i pomóc przenieść mi się duchem do średniowiecznej Japonii. Odnosi się to także do samego głównego bohatera. Nie poznałam go. Nie znałam jego toku rozumowania. Nie wiedziałam, czym kierował się przy podejmowaniu decyzji. Czy odnosił sukcesy jako strateg, bo był wyjątkowo inteligentny? Kierowało nim przeczucie? Miał wyjątkowe szczęście? I nie, Kansuke nie był fascynująco tajemniczy. Był irytująco niedookreślony.
Książka została napisana suchym, beznamiętnym językiem, niemal przypominającym streszczenie. O ile lubię taki styl, uważam, że tutaj ten patent się nie sprawdził. W tych suchych zdaniach nie kryło się nic poza ich dosłownym, rzeczywistym znaczeniem; nie było drugiego dna i ogromnego ładunku emocjonalnego, tak charakterystycznego np. dla Yamady.
Tak więc albo bogactwo opisów, albo oszczędność słów zawierająca tajemnicę. "Samurajskie chorągwie" nie mają zaś niestety ani jednego, ani drugiego.

Jeśli rzeczywiście traktować tę książkę jako suchy zapis walk, to muszę przyznać, że jest dość interesująca i napisana poprawnie. Uważam jednak, że to za mało, żebym mogła ją komuś z czystym sumieniem polecić.



"Samurajskie chorągwie" zostały zekranizowane w roku 1969. Głównego bohatera zagrał Toshirô Mifune.

A tak miał wyglądać Kansuke Yamamoto: