Ostatnie wpisy
Zakładki:
Przeczytane
Dla bibliofilów
Zaglądam
Kontakt
Tagi
![]() |
Wpisy z tagiem: XIX-wieczna anglia
czwartek, 13 sierpnia 2009
![]() Walter Hartright przyjeżdża do Cumberland, by nauczać dwie siostry przyrodnie, piękną Laurę i brzydką Mariannę, rysunku. Rzecz jasna, od razu zakochuje się w tej pierwszej. Laura jednak została już przyrzeczona komuś innemu i dzień jej zamążpójścia zbliża się nieubłaganie... W tle tych i innych wydarzeń czai się tajemnicza kobieta odziana w biel jeno. Z biegiem czasu okazuje się, że jej losy związane są z losami osób z otoczenia Laury. Przeszłość powoli zaczyna ujawniać swoje sekrety... Na początku nie tylko się wciągnęłam, ale odczuwałam do tego dreszczyk emocji: budzący niepokój dom, niemal jak z "Dziwnych losów Jane Eyre", tajemnicza atmosfera, mroczne echa przeszłości... I nagle bach! Cały nastrój diabli wzięli. Akcja stanęła, a zamiast niej pojawiły się wielostronicowe, absolutnie, do granic możliwości nużące opisy - nowych bohaterów, sytuacji finansowej Laury... I tak dalej, i tak dalej. Bogaty, ozdobny język (zdecydowanie przerost formy nad treścią, czego na ogół nie cierpię) nagle zaczął mi przeszkadzać i irytować, choć wcześniej, najpewniej pod wpływem napięcia, nie zwracałam na niego uwagi. Z 640 stron powieści przeczytałam dokładnie 1/3 i dalej nie dałam rady (choć nie bez żalu, bo zapowiadała się rewelacyjnie). Nie zrozumcie mnie źle, "Kobieta w bieli" nie jest taka najgorsza (wszak Collins zwany jest ojcem angielskiej powieści kryminalnej, a to musi coś oznaczać), znacznie jednak nadwyrężyła moją cierpliwość, której zresztą zbyt wiele nie mam. Pewnie i bym ją w końcu zmęczyła, ale zajęłoby mi to prawdopodobnie kilka tygodni. Marudziłabym pod wąsem, czytała stronę-dwie, myślami błądząc gdzie indziej, odkładała książkę i szukała jakiegokolwiek innego zajęcia (jak to miewałam z niektórymi lekturami w liceum). Mogłabym, owszem. I może nawet zostałabym później nagrodzona wznowieniem akcji i napięcia. Szkoda mi jednak i czasu, i sił, bo lektura książki zmieniła się w pewnym momencie z przyjemności w ciężką pracę. Mimo to ciekawa jestem dalszej fabuły. Wolę jednak, przyznam się bez bicia, obejrzeć ekranizację. Na koniec dodam, że powieść próbowałam czytać w ramach Kolorowego czytania. (Wychodzi na to, że mam do niego pecha; "Smażone zielone pomidory", choć nie miałam ich na liście, też chciałam pod nie podpiąć.)
środa, 17 czerwca 2009
![]() Rewelacja! Książka absolutnie niebanalna, wyjątkowa i wciągająca jak diabli :) Anglia, XIX wiek. Magii się już podobno nie praktykuje, zostali sami teoretycy. Do Londynu przybywa więc, by obalić ten mit, Gilbert Norrell, jedyny praktykujący mag. I przy okazji zamierza też wspomóc kraj w niełatwej walce z Napoleonem. Niechcący jednak sprowadza do stolicy dżentelmena o włosach jak puch ostu, który ma pewne niecne plany i ani myśli zostawić Anglików - przynajmniej niektórych - w spokoju. A sprawy dodatkowo się komplikują, gdy do Norrella dołącza ambitny uczeń, Jonathan Strange... Susanna Clarke stworzyła coś naprawdę niepowtarzalnego. Z powodzeniem zestawiła magię z bitwą pod Waterloo, ludzi z mrocznymi elfami, Byrona z dżentelmenem o włosach jak puch ostu, Anglię z królestwami Króla Kruków, światło z mrokiem i dowcip z grozą, łącząc to wszystko w bardzo spójną całość, jedyną w swoim rodzaju, nietuzinkową. Najbardziej rzuciło mi się w oczy to, że pisarka rezygnowała z wydeptanych ścieżek i podążyła swoimi własnymi. W powieści nie znajdziemy więc utartych, wyświechtanych schematów. Dotyczy to nie tylko wykreowanego przez Clarke świata czy fabuły, ale też bohaterów - a ci są tutaj barwni, nieszablonowi i zdają się żyć własnym życiem. I pomimo ich licznych wad nie sposób ich nie polubić. Nawet czarnych charakterów. Choć "Jonathan Strange i pan Norrell" skrzy się od magii i niezupełnie naturalnych zjawisk, kunszt pisarki sprawia, że nietrudno zapomnieć o tym, że jest to fikcja. Powodów jest wiele. Począwszy od tego najbardziej oczywistego, czyli historii wmieszanej w fabułę, poprzez absolutnie wiarygodne splecenie magii z życiem codziennym i rewelacyjne oddanie realiów XIX-wiecznej Anglii, nawiązania do (fikcyjnych) dzieł literackich i niemal dwieście przypisów zgłębiających pewne tematy, aż po genialny dobór miejsca i czasów. Bo czyż można wyobrazić sobie bardziej pasujące do praktykowania magii miejsce, niż Anglia z jej tajemniczymi mgłami, wszechobecną szarością i posępnymi dżentelmenami w ciemnych frakach? Język książki jest równie niebanalny co fabuła; na tyle, że trudno go opisać. Niezwykle barwny i plastyczny. Pozornie poważny powagą XIX-wiecznych dżentelmenów, a jednak podszyty tak uwielbianym przeze mnie subtelnym ironicznym humorem. Myślę, że gdyby spotkali się Terry Pratchett, Jane Austen i Charles Dickens i spróbowali napisać powieść z elementami gotyku i fantasy, to wyglądałaby ona właśnie tak :) [marudzenie]Polskie wydanie wydało mi się średnio satysfakcjonujące. Książkę, w oryginale jednotomową, rozdzielono na trzy osobne części, przy czym pierwsza, jeśli się o powyższym fakcie nie wie, może się wydać nieco zniechęcająca. Ponadto zabrakło rewelacyjnych, klimatycznych ilustracji Portii Rosenberg, które ukazały się w angielskim wydaniu. Szkoda.[/marudzenie] Podsumowując, podobało mi się w tej powieści chyba wszystko (już mniejsza o wydanie). Fabuła mnie porwała, bohaterowie wzbudzili sympatię, a język oczarował. Przyjemności z lektury miałam co niemiara :) Polecam gorąco - nawet osobom, które nie mają ciągot do fantastyki. Szkoda by było przegapić taką perełkę. Poniżej jedna z ilustracji Portii Rosenberg. Więcej znajduje się tutaj, na stronie autorki. ![]()
środa, 06 maja 2009
![]() Bohaterkami tej, jak głosi podtytuł, "Powieści bez bohatera" są dwie młode kobiety: Amelia Sedley, panna z dobrego domu, dziewczę naiwne, łatwowierne, nieskomplikowane, oraz Becky Sharp, córka malarza i francuskiej tancerki, fałszywa, inteligentna, sprytna intrygantka.
Akcja rozpoczyna się w momencie, gdy bohaterki opuszczają szkołę dla dziewcząt. Swoje tzw. dorosłe życie mają rzecz jasna zamiar spędzić u boku mężczyzny. Podczas gdy Amelia łzawo wzdycha do swojego ukochanego, a jej uczucia silne są i szczere, Becky podchodzi do sprawy o wiele bardziej praktycznie i w swoim wyborze kieruje się czymś zgoła innym niż uczucia. Jak potoczą się ich losy? Najlepiej przekonać się samemu. Ja tylko zdradzę, że będą emocjonujące, pełne wzlotów i upadków... Język powieści zauroczył mnie od pierwszych stron - cięty, dowcipny, szalenie inteligentny, często złośliwy, lecz pozbawiony goryczy. Thackeray był mistrzem w demaskowaniu pozorów, odkrywania fałszu, ujawniania tych elementów ludzkiej natury, które zazwyczaj trzymane są głęboko w ukryciu. Obserwatorem był tyleż wnikliwym co bystrym, a wnioski z obserwacji wyciągał nadzwyczaj trafne. Bywał w swych osądach bezlitosny, ale trudno nie przyznać mu racji. Innymi słowy: popełnił świetną satyrę na ówczesne społeczeństwo i rewelacyjnie sportretował epokę. Abstrahując jednak od satyrycznych zdolności pisarza, "Targowisko próżności" powieścią jest dość nierówną. Momentami czytałam ją z wypiekami na twarzy, momentami zaś zdarzało mi się nudzić. O ile wciągnęłam się w losy Becky i Amelii (z naciskiem na tę pierwszą, bowiem perypetie spiskowców i intrygantów z reguły ciekawsze są od mdłych historii ludzi prawych) i nie mogłam doczekać się kolejnych wydarzeń, to drugi tom, w którym Thackerayowi coraz częściej przytrafiały się niewiele wnoszące do fabuły dryfy, czasami nużył mnie i sprawiał, że się niecierpliwiłam. Całość jednak, ogólnie rzecz biorąc, wypada przepysznie. Polecam! A na koniec, gratisowo, jedna z ilustracji do książki wykonanych przez Thackeray'a :) ![]()
środa, 25 marca 2009
![]() "Tessę d'Urberville" przeczytałam jakieś dwa tygodnie temu, ale ciężko było mi się zebrać do stworzenia tej notki. W zasadzie to nie wiem, jak mam pisać o tej książce, nie spojlerując i nie odnosząc się do zakończenia, które odgrywa niezwykle dużą rolę w pojmowaniu całości. Rzecz dzieje się w XIX wieku na angielskiej prowincji. Tessa Durbeyfield jest zwykłą młodą dziewczyną, może nieco ładniejszą i inteligentniejszą niż jej rówieśnice. Pewnego dnia jej leniwy, niezaradny ojciec dowiaduje się, że ich rodzina pochodzi ze starego, znamienitego rodu d'Urberville'ów. Gdy Durberfieldowie stają w obliczu totalnego bankructwa, wysyłają Tessę po pomoc do swoich zamożnych krewnych. Okazuje się jednak, że owi "krewni" to nie są prawdziwi d'Urberville'owie, tylko dorobkiewicze, którzy przybrali to nazwisko, by dodać sobie splendoru. Alec, potomek tej rodziny, jest zauroczony niewinnym dziewczęciem i wkrótce uwodzi je i wykorzystuje. Tessa, zhańbiona, wraca do domu i stara się zapomnieć o tym, co się stało. Jeszcze nie wie że to dopiero początek nieszczęść, z jakimi przyjdzie jej się zmierzyć. Powieść momentami czytało mi się ciężko. Zawiniły tutaj cierpiętnicze przemyślenia Tessy, a do tego Hardy był zapalonym naturalistą i dał w tej książce upust swojej miłości do wiejskiego życia. Conajmniej 1/3 treści to opis krów i pól i czynności z nimi związanych. Być może mogłyby one zainteresować kogoś, kto wychował się w mieście i nie widział z bliska na żywo krowy, nie wspominając o jej dojeniu - ja jednak do takich osób nie należę ;) Przyznaję, że Tessa działała mi na nerwy jak mało który książkowy bohater - uległa, nieco zahukana, wiecznie cierpiąca męczennica. Starałam się ją zrozumieć - tę prostolinijną, zbrukaną dziewczynę, której przyszło żyć w niefortunnych, seksistowskich czasach. Ale nie mogłam, no nie mogłam. I nie wiem, czy to wina Hardy'ego, że stworzył tak mało przekonujący portret psychologiczny i zbyt słabo nakreślił ówczesną mentalność, czy zdolność do empatii mi ostatnio kuleje. Stawiam jednak na to pierwsze. Ale (!) warto było się przemęczyć dla samego zakończenia. Naprawdę. Zaskoczyło mnie ono jak mało co. Posunę się nawet do nazwania go majstersztykiem. W kilku zdaniach udało się Hardy'emu zmienić moją opinię na temat Tessy, którą mozolnie wyrabiałam sobie od początku książki, strona po stronie. Ten fragment zawierał w sobie całą masę bólu, desperacji i tłumionych wcześniej emocji. Tak naprawdę dopiero wtedy zaczęłam współczuć bohaterce, dopiero wtedy udało mi się ją zrozumieć. I zdałam sobie sprawę, że to dziewczę miało o wiele bardziej skomplikowaną, złożoną naturę, niż podejrzewałam. W tle czai się mnóstwo innych wątków: technologia wdzierająca się brutalnie w życie wieśniaków i, choć tak pożyteczna, burząca naturalną kolej rzeczy. Dominacja mężczyzn nad kobietami. Upadek wielkich rodów i "czystość" krwi i klas. Kwestionowanie pewnych religijnych dogmatów. Nic tylko czytać i odkrywać :) Czy polecam Wam "Tessę d'Urberville"? Nie wiem. Chyba tak, ale ostrzegam jednocześnie, że pewne elementy powieści mogą Wam się wydać zwyczajnie niezjadliwe. Na koniec wygrzebałam dla Was ilustrację wykonaną przez Josepha Syddalla, przedstawiającą Tessę, która przybywa do mleczarni. Ilustracja pochodzi z 1891 roku z magazynu The Graphic. ![]()
poniedziałek, 16 lutego 2009
![]() Akcja powieści toczy się w pierwszej połowie XIX wieku w fikcyjnym angielskim miasteczku St. Ogg's, położonym nad rzeką Flossą. Tytułowy młyn należy do rodziny Tulliverów od wielu pokoleń i tam właśnie mieszkają główni bohaterowie powieści, Madzia i Tomek, których poznajemy, gdy są jeszcze dziećmi. Rodzeństwo całkowicie się od siebie różni. Madzia znacznie odbiega od modelu idealnej córki, zarówno psychicznie jak i fizycznie: jest żywiołowa, reaguje na wszystko impulsywnie i emocjonalnie, wykazuje ciekawość świata i zapał do nauki. Ponadto ma ciemną karnację zamiast jasnej, porcelanowej, jej włosy zaś są niesforne i odmawiają wszelkiego posłuszeństwa. Tomek natomiast jest spokojny i zrównoważony, woli dusić w sobie emocje niż je okazywać, a nauka nie jest jego mocną stroną. Traktuje dość surowo swoją siostrę, która w swojej bezgranicznej miłości do niego nieustannie zabiega o jego względy. Tomek zostaje wysłany na naukę do pastora i tam też poznaje syna wroga swojego ojca, młodego Filipa Wakema. Gdy Madzia przyjeżdża w odwiedziny do swojego brata, szybko znajduje z Filipem wspólny język i młodzi się zaprzyjaźniają. Po pewnym czasie pan Tulliver przegrywa proces z Wakemem, co doprowadza go do bankructwa i znacznie odbija się na jego zdrowiu. Sytuacja jest tym bardziej upokarzająca, że wystawiony na licytację młyn zostaje wykupiony przez samego pana Wakema. Tomek poprzysięga sobie, że spłaci długi ojca, odzyska dobre imię rodziny oraz że nigdy nie wybaczy Wakemom. Tymczasem Madzia, przygnębiona całą sytuacją popada w apatię. Pociechę odnajduje w końcu w potajemnych spotkaniach z Filipem. Dziewczyna jest rozdarta między lojalnością wobec rodziny a przyjemnością, jaką sprawia jej towarzystwo przyjaciela. Jest to jednak dopiero początek trudności, z jakimi przyjdzie jej się zmierzyć. "Młyn nad Flossą" to smutna, przejmująca opowieść o dziewczynie, która zmuszona była wybierać między swoimi pasjami, wrażliwością i wiernością swoim ideałom a małomiasteczkowymi zasadami i oczekiwaniami rodziny. O dziewczynie, która niejednokrotnie musiała zapłacić za to, że ośmieliła się czuć, myśleć i postępować inaczej niż wszyscy. Jest to także przygnębiający obraz XIX-wiecznego społeczeństwa, którego losem rządziła opinia publiczna, sztywne konwenanse oraz pieniądze. Powieść jest naprawdę świetnie napisana. Mnóstwo w niej barwnych opisów, które pozwalają i na zrozumienie nastrojów bohaterów, i na wyobrażenie sobie okoliczności przyrody w St. Ogg's. Akcja pozornie jest powolna (dopiero pod koniec przyspiesza), jednak ciągle się coś w tej książce dzieje. Zakończenie zaś, choć nieco pretensjonalne, sprawiło, że zwilgotniały mi oczy (a nieczęsto mi się to zdarza). Warto wspomnieć, że George Eliot wplotła w tę powieść elementy autobiograficzne. Sama była bezgranicznie przywiązana do swojego brata oraz ojca. Sama, zupełnie jak Madzia, przeszła w swoim życiu przemianę duchową. Wywołała także kiedyś skandal, związując się z żonatym Lewesem, założycielem irlandzkiego tygodnika The Leader, co zostało potępione zarówno przez londyńskie społeczeństwo, jak i jej własnego brata. Niestety nie mam pojęcia, na ile sama Madzia podobna jest z charakteru do Eliot. Na koniec przyczepię się do polskiego przekładu, a właściwie jednego jego aspektu: tłumaczenia imion. Nie cierpię, nie toleruję, nie rozumiem. Dlaczego Anna Przedpełska-Trzeciakowska nie mogła zostawić "Maggie", tylko ochrzciła ją "Madzią"? Dlaczego nie przetłumaczyła konsekwentnie wszystkich imion i z "Elizabeth" zrobiła "Elżbietę", ale już zdrobnienie, "Bessy", zostawiła w oryginale? (Chociaż i tak nic w takim braku konsekwencji nie pobije "Malowanego welonu" Maughama, który przełożyła Franciszka Arnsztajnowa.) No i dlaczego nie pomyślała, że zestawienie polskiego imienia z angielskim nazwiskiem ("Zosia Pullet", "Janka Glegg") brzmi w realiach XIX wieku nieco śmiesznie? To był mój pierwszy kontakt z twórczością pisarki, na pewno jednak nie ostatni. Po cichutku sobie marzę, że Świat Książki zdecyduje się wydać inne jej powieści. Czy będę nudna, jeśli wspomnę, że czaję się na ekranizację "Młynu nad Flossą" (tę z 1997 roku)? ;)
piątek, 30 stycznia 2009
![]() Akcja "Niebanalnej więzi" dzieje się w drugiej połowie XIX wieku. Losy dwóch kobiet splatają się ze sobą w mrocznych zakamarkach surowego, londyńskiego więzienia Millbank. Pierwsza z nich, Selina Dawes, to uzdolnione medium. Trafiła tam - jak twierdzi - w wyniku nieporozumienia. Zamiast niej w celi powinien znaleźć się duch, bo to on, nie ona, wystraszył pewną osobę, czym doprowadził do jej śmierci. Druga kobieta to Margaret Prior, inteligentna, wrażliwa dama. Margaret jest nieszczęśliwa - żyje pod dyktando swojej apodyktycznej matki, wciąż prześladuje ją wspomnienie nieszczęśliwej miłości, a ponadto nie może się pozbierać po śmierci ojca. Aby odzyskać równowagę psychiczną, angażuje się w działalność dobroczynną i zaczyna odwiedzać Millbank, by nieść więźniarkom ciepłe słowo, ukojenie i dobry przykład. Między Seliną i Margaret zaczyna się rodzić specyficzna więź, pełna emocji i namiętności; więź dość interesująca w skutkach. "Niebanalna więź" jest skonstruowana w ciekawy, szalenie wciągający sposób. Bohaterki i ich przeszłość poznajemy bardzo powoli, wszelkie informacje dawkowane są oszczędnie, a do tego dochodzi nutka grozy i szczypta intrygi. Wszystko to rozbudza ciekawość, wzmaga napięcie i sprawia, że człowiek nie ma ochoty odłożyć książki, dopóki nie pozna całej tej owianej tajemnicą prawdy - a dowiaduje się jej dopiero na samiuśkim końcu. Zanim jednak do niego dotrze, staje się ofiarą zabawy stworzonej przez Sarah Waters. Autorka igra z czytelnikiem i sprawia, że ten momentami głupieje i zaczyna wierzyć w najbardziej irracjonalne rzeczy. Tak przynajmniej było ze mną. Być może inni są na to bardziej odporni, ale ja dałam się w to wciągnąć - z czego się w sumie cieszę, bo lubię tego typu manipulacje. Atmosfera książki jest dość ponura. I dosłownie, ze względu na świetnie nakreślone więzienne realia - począwszy od ciemnych, wilgotnych cel, poprzez narzędzia używane do poskramiania więźniarek, na samych więźniarkach, szalejących z rozpaczy i samotności, kończąc. I w przenośni, bo były to czasy, gdy kobiety musiały przestrzegać surowych i bezsensownych konwenansów, a każda odmienność od ogólnie przyjętych norm skutkowała albo wykluczeniem z kręgu, albo obserwacją lekarza, który namiętnie faszerował swoją pacjentkę specyfikami nasenno-uspokajającymi. W rezultacie okazuje się, że nie tylko Selina żyje w niewoli, ale i Margaret, chociaż jej więzieniem jest zupełnie coś innego. Do "Niebanalnej więzi" podeszłam z pewną dozą nieufności. Choć nie rzuciła mnie na kolana, to jednak miło mnie zaskoczyła, bo okazała się naprawdę dobrze napisaną, wciągającą lekturą. Będę się teraz rozglądać za innymi książkami Sarah Waters. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||