...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      



,

statystyka

Wpisy z tagiem: fantasy

czwartek, 17 lutego 2011

   


Amanda Hocking to żywy przykład tego, że można zaistnieć w świecie książek bez udziału tradycyjnych wydawnictw.

Amanda w wolnym (od niezwiązanej z pisarstwem pracy) czasie popełniła jak dotąd siedemnaście powieści (część z nich z tak popularnego ostatnio nurtu young adult paranormal romance), nie mogła jednak znaleźć wydawcy, który zechciałby opublikować choć jedną z nich. Wybawieniem i ostatnią deską ratunku okazał się dla niej Amazon i prężnie rozwijający się w USA rynek ebooków. Tak oto zdeterminowana pisarka postanowiła się self-publish.
Pierwsza papierowa książka ukazała się w marcu ubiegłego roku, dając początek cyklowi o wampirach, "My Blood Approves". W kwietniu wyszedł pierwszy ebook. Od tego czasu Hocking opublikowała pozostałe cztery części cyklu, trylogię "Trylle Trilogy" (o której napiszę za chwilę) oraz post-apokaliptyczne "Hollowland". W zeszłym roku sprzedała 164.000 książek, a w samym styczniu już prawie pół miliona, z czego ponad 99% w formie elektronicznej (na swoim blogu wspomina, że sprzedaż ruszyła z kopyta dopiero po kilku pozytywnych recenzjach na blogach książkowych). Obecnie "Trylle Trilogy" znajduje się w pierwszej dwudziestce najlepiej sprzedających się ebooków na Amazonie - obok Larssona czy Pattersona, a Amanda przymierza się do zakupu swojego pierwszego domu. Za gotówkę.
(Nie zgłębiałam za bardzo tematu self-publishingu, ale wiem, że Hocking nie jest odosobnionym przypadkiem zrobienia kariery w taki niezależny sposób. Tego typu przypadki zdecydowanie dają do myślenia na temat kierunku rozwoju rynku wydawniczego.)

A wracając do tematu notki: główną bohaterką "Trylle Trilogy" jest siedemnastoletnia Wendy, żyjąca pod opieką ciotki i starszego nadopiekuńczego brata. Gdy poznaje zabójczo przystojnego, tajemniczego Finna, jej życie ulega diametralnej zmianie. Okazuje się bowiem, że Wendy nie jest zwykłym człowiekiem, tylko... trollem. I to nie byle jakim, o nie, bo następczynią tronu w jednym z trollowych plemion, Trylle. Dziewczyna wraca z Finnem do królestwa. I nagle musi stawić czoła rzeczom, z których istnienia nie zdawała sobie nawet sprawy. A takie drobiazgi jak to, że jej rodzona matka okazuje się zimna i nieprzystępna, że zakochała się w niewłaściwej osobie i że wrogie plemię z jakiegoś powodu na nią czyha, wcale jej tego nie ułatwiają.

Omijałam dotychczas książki z tego gatunku (nie licząc krótkiej przygody ze Stephenie Meyer), zwłaszcza że takich paranormalnych młodzieżowych wytworów wychodzi teraz masa, a im więcej słyszę o upadłych aniołach i innych wampirach, tym bardziej się im opieram. Te trzy powieści jednak zawróciły mi w głowie ślicznymi okładkami, intrygowały, więc musiałam w końcu sięgnąć po pierwszą z nich, "Switched".
Nie spodziewałam się po niej wiele; pewnie jak wielu z Was podświadomie podejrzewam, że skoro żadne wydawnictwo nie chce danej książki wydać i autor ucieka się do self-publishingu, to musi to być jakaś grafomania, kiepska pisanina. (W obliczu zachodzących na rynku wydawniczym zmian postanowiłam, że muszę to przekonanie jakoś z siebie wykorzenić.) Hocking mnie jednak pozytywnie zaskoczyła - na tyle, że jednym ciągiem przeczytałam też dwa kolejne tomy, "Torn" i "Ascend".

Przede wszystkim miała przesympatyczny pomysł na fabułę i na poprowadzenie akcji, choć dwie pierwsze części wypadają dość blado przy trzeciej, w której siłą rzeczy dzieje się najwięcej. Zaskoczyła mnie niektórymi rozwiązaniami, zwrotami akcji, a nawet wątkiem romansowym, w którym machnęła zdecydowany czworokąt, nie ograniczając się do oklepanego trójkąta (a ostateczny wybór Wendy mnie usatysfakcjonował, co jest godne odnotowania, bo wszelkie -kąty z reguły kończą się nie tak, jak bym sobie tego życzyła).
Oczywiście nie brak tu niedociągnięć. Stworzony przez pisarkę świat aż się prosił o większy, konkretny rozmach, więcej detali, bogatsze zarysowanie kontekstu. Fajny był, a trochę się zmarnował; szkoda. Bohaterowie czasem irytowali naiwnością albo wybieraniem skomplikowanych opcji zamiast tych najprostszych, które od razu rzucały się w oczy. Rozwój głównej bohaterki był interesujący, ale odrobinkę koślawy; Wendy nie dojrzewała i nie zmieniała się stopniowo, tylko "skokami" (no ale cieszę się, że w ogóle dojrzewała, bo pisarze często o takim drobiazgu zapominają).
Całość jednak wypada na plus, zwłaszcza że jej głównym zadaniem jest wciągnięcie czytelnika i dostarczenia jakiejś tam porcji frajdy podczas lektury. Choć nie rzuca na kolana, jako proste, nieskomplikowane czytadło sprawdza się naprawdę nieźle (a i nie ma pretensji do bycia czymś więcej).

Pomimo wszystkich wcześniej wymienionych uprzedzeń spędziłam z trylogią kilka bardzo miłych godzin. Najpewniej sięgnę po inne książki - i autorki, której karierę będę śledziła z zainteresowaniem, i z tego gatunku.

wtorek, 01 czerwca 2010



Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Tytułowy Max Woodward to chłopiec wychowywany w toksycznej rodzinie: przez despotycznego ojca, który nie stronił od alkoholu, oraz uległą matkę, która nad samopoczucie syna przedkładała spokój w małżeństwie. Chłopak czuł się tak samotny, nieszczęśliwy i sfrustrowany, że w końcu postanowił rozstać się ze światem. Tym samym dołączył do grona dzieci, które próbowały popełnić samobójstwo, ale przeżyły. Zapadły jednak w wieloletnią śpiączkę, przenosząc się do równoległego świata, w którym ich umysłami kierował tajemniczy, ekscentryczny staruszek, Bober Banary.


Pierwsze rozdziały pochłonęłam z zapartym tchem. Byłam ciekawa, co też ten Bober tam kombinuje, i z przejęciem obserwowałam zmagania Woodwarda z ojcem tyranem i alkoholikiem, źródłem większości jego problemów. Gdy jednak Max zapadł w śpiączkę i znalazł się w Krainie Pomylonego Dzieciństwa, zaczęły się schody, które były długie i kręte, biorąc pod uwagę, że owa Kraina zajmuje lwią część powieści.
Otóż miałam wrażenie, że Jacek Roczniak pisał te rozdziały dla samej przyjemności pisania, dla czystej frajdy, jakby wpadł w trans, niejako zapominając tym samym o czytelniku. Niektóre rozdziały były według mnie dość chaotyczne w przekazie i nazbyt drobiazgowe w opisach, co powodowało pewne trudności w odbiorze. Czasami czułam się zmęczona lekturą, czasem czułam, jakby zalewała mnie masa słów, niosąca w sobie nieproporcjonalnie mniej treści i zdarzały się chwile, że ciężko było mi śledzić poczynania Maxa lub ogarnąć kontekst. Z tego też powodu uważam, że tę część, Krainę Pomylonego Dzieciństwa, swobodnie można byłoby skrócić o połowę, nie tylko bez szkody dla całości, ale i z pożytkiem.
Z ulgą wydostałam się z Krainy, a zakończenie wydało się co najmniej równie ciekawe co początek i częściowo zrekompensowało mi wszelkie niedogodności.

Powieść jest naszpikowana emocjami przeróżnej maści. Często bolesnymi, zwłaszcza w rozdziałach dotyczących sytuacji rodzinnej Maxa. Czasami pozytywnymi, jako że mnóstwo tu miłosnych wyznań i uniesień - zdarzało się jednak, że te bawiły mnie swoją podniosłością, choć przypuszczam, że nie był to zamierzony efekt. Sama Kraina, choć raczej nie przypadła mi do gustu, ma tę zaletę, że można ją interpretować i rozumieć na rozmaite sposoby.

Podoba mi się pomysł na całą tę otoczkę, jaką stworzył autor: blogi (Jacek Roczniak oraz Kulisy) ze zdjęciami, rysunkami i oszczędnie dawkowanymi informacjami, które mają rozbudzić w czytelnikach ciekawość oraz podsycić ich pragnienie przeczytania kolejnych dwóch tomów, które ukażą się w przyszłości. Rzeczywiście można się nabrać i uwierzyć, że ta historia jest prawdziwa. Ja się nie dałam, ale i tak podziwiam autora za wysiłek i za ten dziwny, magiczny świat, w którym zdaje się tkwić.

Na koniec jeszcze słówko o fizycznej stronie książki. Okładka jest świetna: zarówno dziwna, precyzyjnie narysowana twarz, jak i brak jakichkolwiek tekstów poza tytułem na grzbiecie przykuwają uwagę i wprowadzają aurę tajemniczości. Poraża natomiast ogromna ilość błędów, głównie interpunkcyjnych, oraz literówek.

Przyznać muszę, że "Woodward" mnie trochę rozczarował, zwłaszcza że po lekturze innych blogowych recenzji, tak pełnych zachwytów, spodziewałam się, że powieść rzuci mnie na kolana. I może nawet by tak było, gdyby była bardziej zwarta, konkretna i gdyby świat realny przeważał ilościowo nad fantastycznym.

Wobec powyższego (oraz podpinając się przy okazji pod Dzień Dziecka :)) chętnie przekażę swój egzemplarz dalej, żeby znalazł swoje miejsce w tym świecie, bo my zwyczajnie nie jesteśmy sobie przeznaczeni. Zgłoszenia zostawiajcie do końca najbliższego piątku w komentarzach pod notką. Jeśli będzie Was więcej, zrobię losowanie :)

czwartek, 04 marca 2010



"Księgi nomów" to niegdyś wydana osobno, a teraz zebrana do kupy (świetny pomysł, nawiasem mówiąc) trylogia, na którą składa się "Księga wyjścia", "Księga kopania" i "Księga odlotu". Opowiada ona o nomach, maleńkich istotkach, które żyją dość krótko, acz intensywnie, i które próbują znaleźć swoje miejsce w ogromnym świecie, który dziwnym zbiegiem okoliczności sprawia wrażenie, jakby zrobiony był na ludzki wymiar.


W pierwszej części poznajemy Masklina i jego przyjaciółkę Grimmę, którzy - jako jedyni w grupie młodzi, sprawni i silni - opiekują się kilkorgiem marudnych staruszków. Warunki bytowe są kiepskie - Masklinowi jest coraz trudniej zdobyć pożywienie, by wykarmić całą gromadę. W dodatku jest mokro i zimno, i zgasł im ogień. To ostatnie przepełnia czarę goryczy i nomy wyruszają w podróż ku lepszemu życiu. W ten sposób trafiają do Sklepu zamieszkałego przez tysiące innych nomów.
Mali mieszkańcy Sklepu nigdy nie byli na Zewnątrz; ba, nie wierzą nawet, że ono istnieje i podchodzą do przybyszy nieufnie. Jednak gdy dowiadują się, że Sklep zostanie zlikwidowany, to właśnie Masklinowi muszą zaufać w kwestii znalezienia innego miejsca zamieszkania - zresztą nie mają większego wyboru. Masklin natomiast musi zaufać Rzeczy - czarnemu niemrawemu sześcianowi, który towarzyszył nomom od pokoleń. O Rzeczy zawsze było wiadomo tylko tyle, że jest ważna, ale dopiero w Sklepie, okazuje się, jak bardzo.
I tak rozpoczyna się przygoda małych nomów w wielkim świecie, która rozciąga się na dwie kolejne części: "Księgę kopania" oraz "Księgę odlotu".

Przyznaję, że z niejaką obawą sięgnęłam po moją pierwszą nieświatowodyskową powieść autora, ale nie minęło wiele stron, gdy zrobiło mi się zwyczajnie łyso. "Księgi nomów" okazały się rewelacyjne. To nadal jest Pratchett, jakiego znam i lubię - z jego ciekawymi spostrzeżeniami na temat świata, pomysłem na fabułę z obowiązkowym drugim dnem, a przede wszystkim z genialnym, ciętym poczuciem humoru.

Co się tyczy wspomnianego drugiego dna, Pratchett porusza tutaj kilka ważnych kwestii, które sprawiają, że "Księgi nomów" można potraktować jako coś więcej niż tylko szalone przygody maleńkich stworków. Przede wszystkim na przykładzie nomów sklepowych pokazuje, że warto poznawać świat, bo ten nie kończy się tam, gdzie sięga nasz wzrok, i znajdują się w nim przeróżne dziwy, których warto doświadczyć. Przypomina też (w dość niestandardowy, trzeba przyznać, sposób), od czego zależy punkt widzenia. Wrażliwsi czytelnicy mogą się podczas lektury zadumać nad rozpanoszeniem się człowieka w świecie i jego zgubnym wpływem na środowisko. Jednak mój ulubiony motyw z "Ksiąg nomów" to konflikt między nauką a wiarą - na niekorzyść (choć może to tylko moje odczucie, bo chciałam tę niekorzyść zobaczyć) tej drugiej.

Pojawiły się jednak dwa zgrzyty. Pierwszy z nich to odwetowe zarżnięcie lisa przez grupkę nomów. Choć była to zaledwie króciutka wzmianka, a nie szczegółowy opis, pogryzło mi się to z sympatycznym, pociesznym klimatem książki. Drugi zgrzyt, już nie z winy pisarza, to ilość nieprzetłumaczalnych żartów, o których informuje nas w licznych przypisach tłumacz. Niby z jednej strony dobrze jest wiedzieć takie rzeczy, ale z drugiej zdecydowanie przeszkadzają one w odbiorze książki i gdyby zostały umieszczone w bardziej dyskretnym miejscu, gdzieś na ostatniej stronie na przykład, nie czułabym podczas lektury takiego niesmaku. A czułam i nawet zezłościłam się na siebie, że tak rzadko sięgam po książki w języku angielskim.

Ogólnie rzecz biorąc, chyba nikt tak jak Pratchett nie potrafi w równie udany sposób połączyć rozrywki z ukrytymi przesłaniami najróżniejszej maści i pożywką dla umysłu. Tak genialnie, tak sprytnie, że nie wiem, czy wymyślone przez niego historie są tylko pretekstem do przekazania pewnych prawd, ukazania ich w innym świetle, wyostrzenia niektórych ich aspektów, czy raczej na odwrót - te ważniejsze rzeczy są raczej przyjemnym skutkiem ubocznym fantazji autora. I nawet jeśli momentami wydają się zbyt oczywiste - nie szkodzi. O nich też trzeba przypominać, żeby nie zgubiły nam się w codzienności.

sobota, 13 lutego 2010
("Koralina")




Szczury, guziki zamiast oczu, mgła i ponure, ciemne korytarze. Raczej nie tego spodziewa się Coraline, gdy wprowadza się z rodzicami do starego, wielkiego domu - tak wielkiego, że podzielono go na kilka osobnych mieszkań.

Rodzice dziewczynki, zapracowani i - bądźmy szczerzy - nudni, nie zawsze mają czas czy też ochotę na zabawę z nią. Pewnego dnia Coraline, pozostawiona sama sobie, znajduje tajemnicze drzwi prowadzące do alternatywnej wersji domu, zamieszkałego m.in. przez jej drugich rodziców, którzy chcą, żeby dziewczynka została z nimi już na zawsze. Kuszą pysznym jedzeniem, wspólnym spędzaniem czasu, ciekawymi grami, ale... Coraline czuje (to chyba przez te czarne guziki wszyte w miejsce oczu), że coś jest nie tak. I rzeczywiście: już niedługo będzie musiała się zmierzyć i z czającym się tam złem, i z własnymi słabościami.

"Coraline" to urocza i ciepła opowieść, wypełniona sympatyczną grozą, taką pocieszną i niewinną, jakiej nie czułam od wielu, wielu lat. Gaiman ulepił tę historię z do granic możliwości prostych zdań, złożonych z równie prostych, lecz staranie i trafnie dobranych słów, zaś między wierszami ukrył przesłanie - nie jakość szczególnie głęboko, by młodsi czytelnicy mogli je łatwo znaleźć, ale też nie w sposób irytująco nachalny czy narzucający się. Wiele rzeczy pozostaje w sumie niewyjaśnionych; sama historia sprawia wrażenie jakby wyjętej z kontekstu, ale nie czułam niedosytu po zakończeniu lektury. Wręcz przeciwnie - w tym przypadku niedopowiedzenia dodają całości smaczek i mają pozytywny wpływ na jej odbiór.

Po raz kolejny upewniłam się, że tego typu minimalizm i oszczędność słów mogą być o wiele piękniejsze od bogactwa opisów, ale też są - nad czym ubolewam - nieczęsto spotykane w świecie literatury. No cóż, zbudowanie atmosfery, przekazanie, co się ma do przekazania, w jak najkrótszej formie jest przecież nie lada sztuką.

"Coraline" to jeden z "must-readów" moich ewentualnych dzieci :)

piątek, 23 października 2009

   


Źle mi. Źle i smutno. Skończyłam ostatnią, póki co, część cudownej "Pieśni Lodu i Ognia" i nie mogę sobie teraz znaleźć miejsca. Tęsknię za Westeros, za jego twardą, bezlitosną rzeczywistością, tęsknię za spiskami i intrygami, a najbardziej tęsknię za bohaterami. Co wieczór kładę się do wyra i odczuwam wyraźną pustkę; przez ostatnie tygodnie, pod kołderką i przy słabym świetle lampki nocnej, śledziłam z zapartym tchem wydarzenia z Siedmiu Królestw. Przywiązałam się do postaci, choć nie wszystkie z nich polubiłam. A teraz? Nie wiem, co u nich słychać, co planują, dokąd zmierzają. Nawet nie mogę się domyślać ich dalszych losów, bo te z całą pewnością potoczą się w sposób całkowicie zaskakujący i nieprzewidywalny. Brakuje mi ich.


"Uczta dla wron" okazała się niestety najsłabsza z całego cyklu, choć sama w sobie nie jest zła; po prostu wypadła dość blado w porównaniu z poprzednimi częściami, które są fenomenalne. Pierwsza połowa jest nieco przegadana, a akcja toczy się jakby wolniej, natomiast w drugiej wszystko wraca do normy. Wydarzenia nabierają typowego dla cyklu tempa, a Martin jeszcze mocniej znęca się nad zestresowanym czytelnikiem ;)

Każda z części "Pieśni Lodu i Ognia" opowiadana jest, na przemian, w formie niedługich rozdziałów, z perspektywy kilku postaci (choć nie wiem, czy to dobre określenie, bo narracja jest trzecioosobowa). Niektóre z nich giną, niektóre znikają, toteż w kolejnych częściach na ich miejsce wchodzą inni bohaterowie, przewijający się gdzieś uprzednio w tle. Na ogół lubię taką formę powieści, jednak tutaj jest nadzwyczaj trafiona. Nie wyobrażam sobie, żeby przy takim knowaniu, spiskach, planach i zdradach, mogło być inaczej.
Mam jednak wrażenie, że do "Uczty dla wron" wkradł się chaos. "Do głosu doszło" dość wiele osób, które wcześniej nie grały pozornie dużej roli, i narodziło się mnóstwo nowych wątków (jakby wcześniej było ich mało...). Na pewno dodaje to całości smaczku, a nitki powieści jeszcze bardziej zaczynają się ze sobą fascynująco przeplatać; przyznam jednak, że przez pewien czas czułam się w tym wszystkim nieco zagubiona. Na szczęście w końcu się odnalazłam, ale i tak nie potrafię ogarnąć całości cyklu. Strasznie dużo tu wszystkiego :)

I po skończonej lekturze zapragnęłam zacząć "Pieśń Lodu i Ognia" od nowa. Po to, żeby znowu móc obcować z tak cudownie, realistycznie i sprytnie nakreślonymi postaciami, oraz po to, by spróbować wszystko objąć. By móc dostrzec rzeczy, które przy pierwszym spotkaniu z całą pewnością mi umknęły (czy to w mnogości wydarzeń, czy też dlatego, że nie zwróciłam na nie uwagi, bo sprawiały wrażenie nieistotnych).

Mam jednak małe zastrzeżenie. Czy słuszne - mam nadzieję się kiedyś przekonać.
A chodzi o to, że gdy Martin tworzył czwartą część cyklu, tak się rozpisał, że nie było rady: trzeba było ją ciachnąć na pół. Nie uczynił tego jednak chronologicznie, co byłoby w danej sytuacji naturalne, ale... "postaciowo". Tak więc ukazała się "Uczta dla wron", która opowiada o części bohaterów, natomiast "A Dance with Dragons" opowie o drugiej części, poprzednio pominiętej, zaś wydarzenia w obu tych książkach mają dziać się równolegle. Może zacytuję autora, żeby było jaśniej: "(...) lepsza dla czytelników będzie książka opowiadająca całą historię połowy postaci od takiej, która opowiada połowę historii wszystkich postaci."
Przyznam, że jakoś ciężko to widzę. Jeśli, dajmy na to, pod koniec "Uczty dla wron" ginie X, to na początku piątej części będzie żył? Dziwnie, prawda? Martin wybrał sobie dość nietypowe rozwiązanie. Jestem ciekawa, jak to wypadnie w praktyce.

Bardzo, ale to bardzo nie mogę się doczekać "A Dance with Dragons". I o ile jestem pewna, że prędzej czy później będę się mogła w nim zatopić, to poważnie obawiam się o los dwóch ostatnich części. Innymi słowy, wątpię, czy Martinowi uda się skończyć cały cykl.

Ale żeby takim pesymistycznym akcentem nie kończyć notki, powiem tak: "Pieśń Lodu i Ognia" jest niesamowita, a Martin, jak to się potocznie mówi, ma łeb :) I jeśli ktokolwiek z Was się jeszcze waha i zastanawia, czy sięgnąć po "Grę o tron" - niech się nie waha, tylko sięga! Nie daję 100% gwarancji, że się spodoba (choć sądząc po innych opiniach i recenzjach, niskie jest prawdopodobieństwo, że nie), ale spróbować warto. Bo naprawdę szkoda by było, gdyby ominęło Was coś tak cudownego.

wtorek, 20 października 2009



Laptop wrócił dziś do mnie z naprawy, toteż ja wracam do blogowania. Zaległości na Waszych blogach już nadrobiłam, czas więc zająć się swoim :)


Nie mam na razie siły pisać o "Uczcie dla wron", czwartej części cudownej "Pieśni Lodu i Ognia" Martina, ale w ramach nadrabiania zaległości spłodzę krótką notkę o "Przed świtem" Meyer, ostatnim (całe szczęście!) tomie sagi "Zmierzch". Miałam (wątpliwą) przyjemność przeczytać go jakoś krótko po premierze, czyli w marcu lub kwietniu. I choć w zasadzie nie ma o czym pisać, obiecałam sobie, że niczego nie będę na blogu pomijać.

Wspominałam już, że Meyer wyraźnie rozwinęła się w trzeciej części (fabularnie!, nie językowo), lecz niestety - w "Przed świtem" nastąpił spadek, i to ostry.
Fabuła była do tej pory najmocniejszą stroną cyklu - i to też dopiero od połowy drugiego tomu (pierwszy pod tym względem wyglądał bardzo kiepsko). Tutaj jednak autorka ją zmasakrowała. Już i tak beznadziejny wątek Belli i Edwarda został poprowadzony jeszcze bardziej beznadziejnie (zresztą wszystkie wątki zakończyły się jakoś tak bezpłciowo), ale bardziej rażące jest to, w jakim stopniu ta powieść jest nierówna. Wiele rozdziałów jest niepotrzebnie rozwleczonych i przegadanych. Albo są nudy przez kilkaset stron, albo natłok wydarzeń (z przewagą tego pierwszego). Akcja pojawia się z rzadka, napięcie także, a jeśli już, to - jak się później okazuje - niepotrzebnie. I jeszcze zrozumiałabym, gdyby motyw "nuda/akcja" był poprowadzony mniej więcej na przemian, ale nie; Meyer rozłożyła te dwa elementy według sobie chyba tylko znanego klucza.

"Przed świtem" językowo leży i kwiczy, fabularnie też nie stoi najlepiej... Innymi słowy, pisarka spartoliła robotę :] Jedyny plus jest taki, że książkę czyta się nieprawdopodobnie szybko.

Jestem w stanie zrozumieć, że cykl może czytelnika zainteresować, że losy ślamazarnej Belli i posągowo pięknego Edwarda o bursztynowych oczętach mogą rozbudzić czyjąś ciekawość na tyle, że chce przeczytać wszystkie cztery tomy meyerowych wypocin (jak to ze mną było), że ktoś sięga po to dla relaksu. Ale żeby się tym cyklem zachwycać? Żeby szaleć na jego punkcie? I, co gorsza, chcieć wydawać na niego pieniądze? Tego nie pojmę!

A, na koniec dodam jeszcze, że bardzo mi się podobają okładki wszystkich czterech części :]

 
1 , 2 , 3 , 4