Ostatnie wpisy
Zakładki:
Przeczytane
Dla bibliofilów
Zaglądam
Kontakt
Tagi
![]() |
Wpisy z tagiem: chiny
wtorek, 24 sierpnia 2010
("Cukiereczki") ![]() Na stronie Merlin.pl ktoś napisał o tej książce: Dla silnych psychicznie. Nadzwyczaj trafna uwaga. Rzeczywiście trzeba być twardzielem, żeby przebrnąć przez taką dawkę irracjonalności. Ja wymiękłam. "Candy", a przynajmniej ta jej część, którą dałam radę przeczytać (czyli mniej więcej 1/3), to beznamiętna wyliczanka nieszczęść i na poły buntowniczych, na poły stukniętych poczynań młodziutkiej bohaterki i jej znajomych. Takie BPD w czystej postaci: problemy z kontrolowaniem gniewu, silnie autodestrukcyjne zachowania, chwiejność emocjonalna, intensywne, niestabilne związki i lęk przed odrzuceniem. W praktyce - namiętny, "przepełniony miłością" związek z osobą, która nie przepada za monogamią, narkotyki oraz dzikie, bezsensowne awantury z nożem w akcji. BPD, o którym mogłabym czytać z najwyższym zaciekawieniem, gdyby autorka pokusiła się o jakiś wgląd w duszę, psychikę bohaterki, a nie tylko sucho relacjonowała jej wyczyny - które, wobec braku powyższego, stanowiły dla mnie swego rodzaju bełkot. (Oczywiście o samym BPD w powieści nie ma mowy - to tylko moje luźne skojarzenie.) Tła obyczajowego, zapewne fascynującego (i mówię to bez ironii) przez to moje poirytowanie, wielkie WTF?! wymalowane na twarzy podczas nieudolnych prób zrozumienia postępowania bohaterki oraz, momentami, znudzenie - nie zaobserwowałam. Znacie zapewne to uczucie, które pojawia się, gdy po całym dniu chodzenia w wyjątkowo niewygodnych butach, zaczynacie je wreszcie zdejmować. No więc coś podobnego towarzyszyło mojej decyzji o przerwaniu lektury "Candy" :]
niedziela, 16 maja 2010
![]() "Cesarzowa" to fabularyzowana biografia cesarzowej Cixi, zwanej też Cesarzową Orchideą lub Starym Buddą, która żyła w latach 1835-1908. Gdy jako młoda dziewczyna znalazła się na dworze słabowitego i "zepsutego przez eunuchów" cesarza Xianfenga, szybko stała się jego ulubioną konkubiną. Jej pozycja wzrosła, kiedy urodziła mu syna, jedynego dziedzica tronu. Gdy Xianfeng zmarł, została regentką. Teoretycznie sprawowała władzę wraz z żoną cesarza, w praktyce jednak wszystkie decyzje należały do niej, gdyż tamta nie była zainteresowana polityką. To były trudne czasy: Europa wdzierała się do Chin, stawiając absurdalne żądania. Kraj targany był wojnami opiumowymi i powstaniami. W dodatku Cixi ze względu na swą płeć musiała włożyć dwa razy więcej wysiłku, by udowodnić wszystkim, że godna jest sprawować władzę. I udowodniła. Wiele źródeł opisuje Cixi jako władczynię bezlitosną, upartą i nadto konserwatywną. Kobietą, która do celu szła dosłownie po trupach i nie miała absolutnie żadnych skrupułów. Pearl Buck jednak sięgnęła w swojej książce głębiej, posuwając się do połączenia ogólnie znanych faktów na swój własny sposób. Ukazała ją jako człowieka, nie tylko jako głowę państwa. Pokusiła się o stworzenie portretu psychologicznego, próbując jednocześnie uzasadnić decyzje podejmowane przez władczynię - decyzje, do których można mieć, delikatnie mówiąc, zastrzeżenia. "Cesarzowa" to przede wszystkim obraz kobiety okrutnie samotnej. Cóż z tego, że była otoczona mnóstwem ludzi, skoro niemal nikomu nie mogła ufać? Co z tego, że była najpotężniejszą osobą w kraju, skoro na wiele rzeczy nie mogła sobie pozwolić i musiała trzymać się sztywnych reguł zachowania? Ucieczkę znajdowała na łonie natury. Kochała przyrodę, kochała piękno. Tak bardzo, że zrujnowała chiński skarb, odbudowując Pałac Letni, który został zniszczony przez najeźdźców w czasie wojny opiumowej. Zarzucano jej zbytnią rozrzutność, a ona po prostu nie mogła znieść myśli, że takie cudowne, magiczne miejsce stoi w ruinie. ![]() Cixi nie mogła pojąć, dlaczego obce narody wdzierają się do jej kraju i żądają ziem oraz przywilejów. Dlaczego chrześcijańscy misjonarze panoszą się po Chinach, głosząc swoją religię, skoro na świecie jest mnóstwo miejsca dla różnych wierzeń. Nie była w stanie zrozumieć, jak inni ludzie mogą być tak bezczelni i okrutni. Robiła, co jej zdaniem było najlepsze, by uchronić Chiny przed najeźdźcami, by następca tronu mógł już rządzić krajem spokojnym i uporządkowanym. Stąd też wynika jej bezwzględność; nie mogła sobie pozwolić na chwile słabości, gdyż groziło to nie tylko utratą autorytetu, ale też i tronu. Do spisków i manipulacji uciekała się niejako z musu, dopasowując się do rytmu na dworze cesarskim, zaś to, co dla innych było zacofaniem, dla niej było wiernością dynastii. I cieszę się, że nie doczekała upadku dynastii Qing, który miał miejsce kilka lat później, bo na pewno pękło by jej serce. Nie mam pojęcia, ile z tej powieści jest prawdą, a ile tylko wytworem wyobraźni Pearl Buck, zwłaszcza że autorka uatrakcyjniła życiorys Cixi zakazanym romansem oraz wątpliwościami na temat ojcostwa jej syna. Wierzę jednak, że w tym portrecie psychologicznym tkwi ziarno prawdy - być może nawet niejedno. Wierzę, że Chinami rządziła kobieta, która była oddana dynastii, tradycji i państwie, a wszystko, co czyniła, czyniła w dobrej wierze. Powieść jest także poruszającym obrazem epoki, w tym ekspansji mocarstw europejskich, które w swej zachłanności uczyniły niewyobrażalnie dużo zła na innych kontynentach. Książki o takiej tematyce zawsze wywołują we mnie szeroki wachlarz dość silnych emocji - od ogromnego żalu, przez irracjonalną bezradność, aż po złość, której dzisiaj nie ma nawet w kogo skierować. Na temat Cixi napisano niejedną książkę; w Polsce, o ile mi wiadomo, ukazały się jeszcze tylko dwie - czy trzy właściwie: "Ostatnia cesarzowa" Keitha Laidlera oraz "Cesarzowa Orchidea" Anchee Min i jej kontynuacja "Ostatnia cesarzowa". Mam na nie ogromną ochotę, by móc je porównać z tym wzruszającym obrazem stworzonym przez Buck.
niedziela, 21 czerwca 2009
![]() Nie dajcie się zwieść tytułowi. Nie sugerujcie się okładką. "Rosyjska konkubina" z całą pewnością nie jest podrzędnym romansidłem. Jest za to świetną, poruszającą powieścią o burzliwym okresie w Chinach i losach dwójki ludzi, którym było dane się spotkać w złym miejscu i w złym czasie. Lidia Iwanowa i jej matka Walentyna uciekły z bolszewickiej Rosji. Mieszkają w nędznym mieszkaniu w chińskim mieście Junchow, na Osiedlu Międzynarodowym. Okolica jest dość nieprzyjazna - z jednej strony bogaci, wyniośli Anglicy, z drugiej niecywilizowani Chińczycy, z którymi nie należy się zadawać. Gdy Walentyna zapija wódką rozpacz po utracie ukochanego męża, szesnastoletnia Lidia zmuszona jest kraść, by zdobyć pieniądze na czynsz i jedzenie. Kobiety w zasadzie wegetują - bez perspektyw, z głowami pełnymi marzeń, ale bez większych nadziei na ich spełnienie. Pewnego dnia Lidia zostaje napadnięta przez ludzi należących do niebezpiecznej triady Czarnych Węży. Życie ratuje jej młody komunista, Chang An Lo. Od tego momentu ich dusze są ze sobą związane, a mężczyzna czuje się za Lidię odpowiedzialny. Wkrótce między Changiem a Lidią rodzi się wzajemna głęboka fascynacja, która w ogóle nie powinna mieć miejsca w tych niebezpiecznych czasach... Lata 20, w których toczy się akcja powieści, były, co w historii Chin wcale nie jest niestety wyjątkiem, trudnym okresem. Kraj pogrążony był w chaosie po śmierci Sun Yat-sena, nieudanych próbach wprowadzenia demokracji i rozłamie w Kuomintangu. Panowały silne nastroje antykomunistyczne. Komuniści zaś działali coraz śmielej, gdyż nie godzili się na to, co musieli znosić ich rodacy: skrajną nędzę, niepojętą niesprawiedliwość, brak równości. Na porządku dziennym była prostytucja, handel opium, korupcja czy działania przestępczych organizacji - triad. Obserwując obraz ówczesnych Chin nakreślony przez Furnivall naprawdę nie można się dziwić, że młodzi, pełni zapału ludzie chcieli coś zmienić, że pragnęli innego życia. Na takiej glebie komunizm po prostu musiał w końcu wyrosnąć. Polityka to nie wszystko, co serwuje nam w tej powieści autorka. Krytykuje też zachowanie Europejczyków w Państwie Środka, a było ono co najmniej bezczelne, ohydnie podszyte poczuciem wyższości. Nie dostrzegali wspaniałego bogactwa kulturalnego tego kraju, gardzili wieloletnimi tradycjami, negowali styl życia Chińczyków. Sądzili, że trzeba ich ucywilizować, ich życie było zaś niewiele warte. Takie właśnie społeczno-polityczne tematy poruszane są w "Rosyjskiej konkubinie". Wątek miłosny, choć kluczowy dla fabuły, zdaje się być tylko pretekstem do zarysowania nam tego krótkiego, burzliwego okresu w historii Chin. Pretekst czy nie - losy Lidii Iwanowej i Chang An Lo bardzo mi się spodobały, chociaż siłą rzeczy były mniej poruszające niż kwestie, o których pisałam wyżej. Furnivall stworzyła naprawdę świetną historię; choć pisała o wysoce niestosownym romansie młodej Rosjanki z chińskim komunistą, udało jej się uniknąć tego, co często czyni takie opowieści niezjadliwymi: słodyczy i mdłych, naiwnych, irracjonalnych zachowań. Do sprawy podeszła dość konkretnie, a momentami nawet brutalnie. Tak więc z zapałem śledziłam perypetie tej dwójki w okrutnym świecie mniej lub bardziej osobistych porachunków i wewnętrznych przemian. Bardzo polubiłam bohaterki tej książki - trochę bezczelną, sprytną Lidię i jej matkę, która ze względu na ich sytuację finansową zmuszona była do upodlenia się. A relacje między nimi oraz ich stosunek do swoich rosyjskich korzeni to kolejne, równie ciekawe jak poprzednie, wątki. Dodam jeszcze, że Kate Furnivall ma bardzo ciekawy styl snucia opowieści. Powieść składa się z jakby (choć bardzo subtelnych) migawek - część wydarzeń jest "przeskoczona", ale dowiadujemy się o nich z kolejnych rozdziałów lub domyślamy się. Coś jak dwa kroki do przodu i jeden do tyłu. W efekcie do samego końca czułam się zaintrygowana, a rzut okiem na pierwsze zdanie kolejnego rozdziału sprawiał, że po prostu musiałam doczytać go do końca. "Rosyjska konkubina" to powieść, którą się chłonie. Nie mogłam się od niej oderwać, a robota czekała ;) Ciekawa jestem dalszych losów Lidii, toteż gdy tylko kolejna część ("The Concubine's Secret" aka "The Girl from Junchow") wpadnie mi w ręce, natychmiast ją przeczytam.
piątek, 27 marca 2009
![]() Młody chiński artysta-buntownik, Yuan Zhao, dwukrotnie więziony za swoje odważne happeningi, przyjeżdża do Los Angeles na stypendium artystyczne. Wszystko układa się jak po maśle: ma zapewnione lokum u zamożnej rodziny Traversów, etat nauczyciela plastyki w prestiżowej szkole dla dziewcząt, a jedynym jego zmartwieniem jest stworzenie nowego awangardowego dzieła, którego wszyscy od niego oczekują. Problem polega na tym, że Chińczyk nie jest tym, za kogo go uważają; jest jedynie młodszym kuzynem owego kontrowersyjnego artysty. To dopiero początek lawiny kłamstw, udawania i pozorów. Wkrótce okazuje się, że nic nie jest takie, jakim się wydaje. "Chiński dysydent" jest powieścią złożoną, wielowątkową. Jednym z głównych tematów są codzienne troski rodziny Traversów, która, choć pozornie normalna i szczęśliwa, uparcie pracuje na miano dysfunkcjonalnej. Małżeństwo ledwo dycha, gdyż ojciec (paradoksalnie - wzięty psychiatra), zamiast interesować się tym, co się dzieje w domu, cały swój wolny czas poświęca na grzebaniu w drzewie genealogicznym; matka zaś nawiązuje platoniczny romans z jego bratem. Dzieci również mają swoje problemy: syn został przyłapany z bronią, a córka namiętnie się odchudza. Wszyscy są tak pochłonięci swoimi sprawami, że kompletnie nie interesują się artystą, który u nich mieszka. Yuan Zhao natomiast skupiony jest na udawaniu kogoś, kim na pewno nie jest i na swoich perypetiach z krnąbrnymi uczennicami w żeńskiej szkole. Swój pobyt w USA relacjonuje z pozycji postronnego, zdystansowanego obserwatora, przeplatając go ze wspomnieniami z Chin. Tym sposobem Freudenberger wprowadza czytelnika w tzw. East Village, pekińskie podziemie artystyczne, światek awangardowych performerów ukrywających się przed bezlitosną chińską cenzurą. Artyści ci kwestionowali tradycyjną sztukę, organizując odważne, nowatorskie, rewolucyjne wręcz występy, za które nierzadko trafiali do więzienia. Analizowali definicję sztuki, szukali jej granic i próbowali je przekraczać. Po lekturze powieści czytelnik sam zaczyna się zastanawiać nad jej rolą we współczesnym świecie i nad tym, czym w zasadzie cała ta sztuka jest, a co już na jej miano nie zasługuje. "Chiński dysydent" pełen jest subtelnego humoru i trafnych, ironicznych obserwacji. Freudenberger w lekki, niezobowiązujący sposób pisze o utrzymywaniu pozorów, złożoności uczuć i niezdrowych relacjach międzyludzkich. Trudne tematy nie przygniatają czytelnika swoim ciężarem - on sam wybiera, w jaki sposób chce je potraktować. Może spojrzeć na nie z dystansem i humorem, jak autorka, albo wczuć się w położenie bohaterów i razem z nimi przeżywać ich dramaty. Bardzo przyjemnie czytało mi się tę książkę, także dlatego, że wzbogaciła ona nieco moją (wciąż jeszcze, niestety, niewielką) wiedzę na temat Chin. Nawiasem mówiąc, myślę, że powieść idealnie nadaje się do sfilmowania - napisana jest jasno, klarownie, językiem barwnym i plastycznym. Z przyjemnością zobaczyłabym ją na szklanym ekranie. Tutaj (ang.) znajduje się króciutki artykuł o Rong Rong's East Village, albumie z fotografiami prawdziwych happeningów pekińskiej bohemy artystycznej. Temat, moim skromnym zdaniem, wart uwagi.
środa, 04 lutego 2009
![]() Gdy przerzuciłam ostatnią kartkę, miałam niemal łzy w oczach, że to już koniec. Clavell zafundował mi prawdziwą ucztę literacką. Myślami wciąż jestem w XIX-wiecznym Hongkongu. Akcja "Tai-Pana" zaczyna się w 1841 roku, w momencie, gdy Wielka Brytania w wyniku wojny opiumowej obejmuje panowanie nad Hongkongiem. O władzę w tej nowej, obcej kolonii konkurują ze sobą dwaj wrogowie: Dirk Struan, tai-pan ("wszechpotężny władca") spółki handlowej Noble House, oraz Tyler Brock, właściciel Brock i Synowie. Rywalizacja jest zawzięta - obaj są zdeterminowani, ambitni i przebiegli, a ponadto gra toczy się o najwyższą stawkę: o wpływy z handlu z Chinami, zwłaszcza że zapotrzebowanie Imperium Brytyjskiego na chińską herbatę jest ogromne. I tak przez ponad 700 stron ;) Nudy? A właśnie że nie. Książka zaskakuje mnogością wątków i wydarzeń. Jest tutaj chyba wszystko - od polityki i interesów, poprzez liczne śmierci, piratów, malarię i tajne bractwo Hung Mun dążące do obalenia Mandżurów, po kazirodztwo, mniej lub bardziej szczęśliwe miłości oraz mniej lub bardziej chciane ciąże. A mnożące się nieustannie spiski i intrygi, oszczędnie wyjawiane czytelnikowi tajemnice i całe mnóstwo zwrotów akcji sprawiają, że książkę czyta się z zapartym tchem. A gdy się w danym momencie nie czyta, to przynajmniej się o niej myśli :) Clavell fenomenalnie ukazał w "Tai-Panie" początki i rozwój ówczesnego Hongkongu, który, ze swoją zatoką morską, miał się stać potężną bazą handlu z Chinami. Tło polityczne i obyczajowe zostały nakreślone z ogromną dbałością o szczegóły. Na uwagę zasługuje zwłaszcza przekrój tamtejszego społeczeństwa, od klas najniższych do najwyższych, od Chińczyków po różnej narodowości Europejczyków, ze szczególnym uwzględnieniem zderzenia kultur. Egzotyczne miejsce akcji dało pisarzowi świetną okazję do zaprezentowania różnic między chińskim a europejskim podejściem do handlu, relacjach damsko-męskich czy ogólnie pojętej obyczajowości. W "Tai-Panie" przewija się całe mnóstwo postaci (można się na początku pogubić w nazwiskach), a każda z nich jest barwna, interesująca i - co najważniejsze - bardzo wiarygodna. Wszystko dzięki temu, że autor świetnie odmalował portrety psychologiczne bohaterów, każdemu nadał swój charakterystyczny sposób bycia i styl wypowiedzi (przy okazji brawa dla tłumaczy, Andrzeja i Małgorzaty Grabowskich), a ponadto unikał wszelkich schematów i podziałów na biały/czarny. Każdy z nich mógłby być żywą istotą, z krwi i kości. Osobiście czuję niedosyt - bohaterowie są tak ciekawi, że chętnie poczytałabym więcej o ich losach przed i po "Tai-Panie". Zresztą sama książka mogłaby być o drugie 700 stron dłuższa. Dla mnie Clavell jest mistrzem powieści podróżniczo-przygodowej. Wprawdzie nie mam wielkiego porównania, ale wcale go nie potrzebuję, by móc docenić talent pisarza. Gorąco polecam! Nie mogę przy okazji nie poskarżyć się na Vis-a-vis Etiudę w kwestii korekty. Taka ilość błędów, na jaką natknęłam się w "Tai-Panie", woła o pomstę do nieba: mnóstwo literówek, brak myślników oddzielających dialogi od narracji, wypowiedź (albo, co gorsza, zdanie) przerwana w połowie i kontynuowana od następnego akapitu, różnice w wielkości czcionki (zwłaszcza na końcach rozdziałów)... Na głowę bije go tylko "Shogun" (tego samego wydawnictwa oczywiście), bo tam dochodziły różne dziwne znaczki, które namiętnie pojawiały się w tekście. Nie wstyd im? Tego typu błędy psują mi przyjemność z czytania - rozpraszają i irytują, co jest zwłaszcza boleśnie odczuwalne przy tak genialnych książkach. Że nie wspomnę, że nie uśmiecha mi się płacić za taką niedoróbkę. Nie mam jednak wyjścia: jeśli chcę mieć cały "Cykl azjatycki" Clavella, nowiutki, ślicznie wydany, jeszcze pachnący farbą, to jestem skazana na to wydawnictwo. I jeszcze jedna uwaga: radzę nie czytać fragmentu książki, który jest na okładce. Jest tam tak wstrętny, obrzydliwy spoiler, że aż boli.
środa, 29 października 2008
![]() Wyobraźcie sobie malutką wioskę. I wyobraźcie sobie jej mieszkańców, żyjących tam od dziada pradziada; od tak dawna, że właściwie wszyscy są ze sobą spokrewnieni. Są to dobrzy, poczciwi, lecz prości ludzie. Nie potrafią czytać, bo i na cóż im to? Dziwią się, że ziemia jest okrągła. Nie wiedzą nic o świecie, bo dla nich świat tak naprawdę kończy się tam, gdzie ich gospodarstwo. Rytm życia wyznacza im natura, a najcenniejszym, co posiadają, jest ziemia. To ją kochają najbardziej. Nie znają innego życia, ale też go nie szukają, bo tu im przecież dobrze. Ubrać się, najeść, zebrać plony, urodzić synów, by mieć komu przekazać dobytek swój i swoich przodków, powydawać córki za mąż - czy potrzeba im do szczęścia czegoś więcej?
Buck zadaje w swej książce mnóstwo pytań i, jak zwykle, pozostawia je bez odpowiedzi, skłaniając czytelnika do refleksji. Czy jest się lepszym od wroga, postępując tak samo jak on, choć z innych, pozornie wzniosłych, pobudek? Gdzie jest granica między dobrem a złem, między człowieczeństwem a zezwierzęceniem? Czy zmiany, które następują w człowieku w czasie wojny, są nieodwracalne?; czy po wszystkim będzie mógł bez wstydu spojrzeć w lustro? Uwielbiam prozę Buck m.in. za jej sugestywne, dokładne opisy. Wszystkie stworzone przez nią postacie są mi bliskie, bo dokładnie rozumiem, co czują, co nimi kieruje, dlaczego postępują w dany sposób. Nie zawsze wszystko akceptuję (np. zabijanie dziewczynek zaraz po urodzeniu), ale naprawdę jestem w stanie zrozumieć. Dzięki kunsztowi autorki, wszyscy bohaterowie jej książek wydają się niezwykle prawdziwi. "Smocze ziarno" jest najbardziej brutalną i wstrząsającą książką ze wszystkich powieści tej autorki, jakie dotychczas czytałam. A mimo to, jak wszystkie inne, wpłynęła na mnie kojąco. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||