...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      



,

statystyka

Wpisy z tagiem: Wydawnictwo Dolnośląskie

wtorek, 20 października 2009



Laptop wrócił dziś do mnie z naprawy, toteż ja wracam do blogowania. Zaległości na Waszych blogach już nadrobiłam, czas więc zająć się swoim :)


Nie mam na razie siły pisać o "Uczcie dla wron", czwartej części cudownej "Pieśni Lodu i Ognia" Martina, ale w ramach nadrabiania zaległości spłodzę krótką notkę o "Przed świtem" Meyer, ostatnim (całe szczęście!) tomie sagi "Zmierzch". Miałam (wątpliwą) przyjemność przeczytać go jakoś krótko po premierze, czyli w marcu lub kwietniu. I choć w zasadzie nie ma o czym pisać, obiecałam sobie, że niczego nie będę na blogu pomijać.

Wspominałam już, że Meyer wyraźnie rozwinęła się w trzeciej części (fabularnie!, nie językowo), lecz niestety - w "Przed świtem" nastąpił spadek, i to ostry.
Fabuła była do tej pory najmocniejszą stroną cyklu - i to też dopiero od połowy drugiego tomu (pierwszy pod tym względem wyglądał bardzo kiepsko). Tutaj jednak autorka ją zmasakrowała. Już i tak beznadziejny wątek Belli i Edwarda został poprowadzony jeszcze bardziej beznadziejnie (zresztą wszystkie wątki zakończyły się jakoś tak bezpłciowo), ale bardziej rażące jest to, w jakim stopniu ta powieść jest nierówna. Wiele rozdziałów jest niepotrzebnie rozwleczonych i przegadanych. Albo są nudy przez kilkaset stron, albo natłok wydarzeń (z przewagą tego pierwszego). Akcja pojawia się z rzadka, napięcie także, a jeśli już, to - jak się później okazuje - niepotrzebnie. I jeszcze zrozumiałabym, gdyby motyw "nuda/akcja" był poprowadzony mniej więcej na przemian, ale nie; Meyer rozłożyła te dwa elementy według sobie chyba tylko znanego klucza.

"Przed świtem" językowo leży i kwiczy, fabularnie też nie stoi najlepiej... Innymi słowy, pisarka spartoliła robotę :] Jedyny plus jest taki, że książkę czyta się nieprawdopodobnie szybko.

Jestem w stanie zrozumieć, że cykl może czytelnika zainteresować, że losy ślamazarnej Belli i posągowo pięknego Edwarda o bursztynowych oczętach mogą rozbudzić czyjąś ciekawość na tyle, że chce przeczytać wszystkie cztery tomy meyerowych wypocin (jak to ze mną było), że ktoś sięga po to dla relaksu. Ale żeby się tym cyklem zachwycać? Żeby szaleć na jego punkcie? I, co gorsza, chcieć wydawać na niego pieniądze? Tego nie pojmę!

A, na koniec dodam jeszcze, że bardzo mi się podobają okładki wszystkich czterech części :]

poniedziałek, 02 marca 2009



Czy Meyer nie mogła tak od razu? Bo "Zaćmienie" jest zdecydowanie najlepszą częścią cyklu z tych, które dotychczas ukazały się w Polsce. Ma w sobie coś, czego bezskutecznie szukałam w poprzednich książkach.


Przede wszystkim "Zaćmienie" się nie tyle czyta, ile chłonie. Ciężko było mi się oderwać od lektury, bo zżerała mnie ciekawość, co się dalej wydarzy. A działo się dużo, w przeciwieństwie do "Zmierzchu", w którym akcja dorównuje tempem książce telefonicznej. Autorka porozwijała wątki z "Księżyca w nowiu", do wampirów dorzucając wilkołaki, a także porozpoczynała nowe, które zapewne będą kontynuowane w kolejnej części. Bellę obciążyła różnego rodzaju rozterkami emocjonalnymi, m.in. tworząc Edwardowi rywala, a co się tyczy samego Edwarda, ograniczyła zachwyty nad jego powalającą aparycją i oczami w kolorze płynnego złota/ochry palonej/bursztynu.
Oczywiście umiejętności pisarskie Meyer nadal pozostawiają wiele do życzenia, ale już chyba nauczyłam się przymykać na to oko ;)

Przyznaję, że zarwałam nockę, by przeczytać tę powieść do końca. Dostarczyła mi ona rozrywki niemal na miarę Harry'ego Pottera (niemal, ponieważ Meyer talentem nie dorasta Rowling do naskórka na piętach).

Nie chcę być zrozumiana źle: to nie jest tak, że "Zaćmienie" jest samo w sobie dobrą powieścią, bo nie jest. Jest raczej takie sobie. Podejrzewam jednak, że mój entuzjazm spowodowany jest kontrastem - na tle tak kiepskiego "Zmierzchu" trzecia część przygód Belli wypada naprawdę rewelacyjnie i jestem świadoma tego, że gdybym nie miała porównania, moje wrażenia z lektury byłyby zgoła inne.

Muszę się jeszcze przyczepić do polskiego wydania. Naprawdę byłoby cudownie, gdyby wydawnictwo nie było tak łase na szybki zysk i wydawało książki Meyer z opóźnieniem, a pozostały czas przeznaczyło na porządną korektę i znalezienie kompetentnego tłumacza. Zarówno literówki jak i polski przekład raziły mnie i budziły niesmak (i to się tyczy całego cyklu).

"Zmierzch" przeczytałam, bo byłam ciekawa, dlaczego jest taki popularny; "Księżyc w nowiu", bo chciałam się przekonać, czy jest równie kiepski jak pierwsza część (i warunkiem było to, że nie wydałam na niego ani grosza ;)). Muszę jednak przyznać, że od końca drugiej części cyklu jestem irracjonalnie wciągnięta w przygody Belli - irracjonalnie, ponieważ ani nie sikam za Edwardem, ani nie utożsamiam się z główną bohaterką, ani nie kręcą mnie wampiry, ani Meyer talentem nie grzeszy, a i same wydarzenia są dość przewidywalne. I szczerze mówiąc, jestem lekko zniesmaczona tym moim wciągnięciem...
Nic to; pozostaje mi teraz tylko czekać na "Przed świtem" :)

niedziela, 01 marca 2009



Wprawdzie po lekturze "Zmierzchu" odgrażałam się, że być może sięgnę kiedyś po kolejne części bestsellerowego cyklu Stephenie Meyer, ale nie spodziewałam się, że to się stanie tak szybko :)


"Księżyc w nowiu" jest nieco lepszy od pierwszej części. Nie wiem, czy to dlatego, że tym razem wiedziałam, czego się spodziewać, czy może raczej autorka faktycznie zaczęła się powolutku rozwijać; chyba i to, i to. W każdym razie powieść czytało mi się dość przyjemnie.

Pierwsza połowa książki swoją rozlazłością i jęczeniem głównej bohaterki przypominała mi "Zmierzch", jednak w drugiej zarejestrowałam coś, czego tak bardzo brakowało mi wcześniej: akcję. Nie to, żeby zaczęła nagle galopować w zastraszającym tempie; nie, żeby powaliła zaskakującymi rozwiązaniami. Mimo to rozbudziła moją ciekawość na tyle, że ciężko było mi się oderwać od lektury.
Meyer wprowadziła do fabuły kilka interesujących wątków. Wprawdzie potencjał, jaki w nich drzemie, można by wykorzystać o wiele lepiej, ale i tak dobrze się stało, że autorka urozmaiciła nieco losy dwójki głównych bohaterów. Obok wielkiej miłości Belli do Edwarda pojawiły się też inne uczucia i emocje, dzięki czemu powieść nie była aż tak mdła. Zresztą samego Edwarda było tutaj mało, z czego się bardzo ucieszyłam, bo nie dość, że mnie drażni, to jeszcze ten zabieg pozwolił autorce na zminimalizowanie ilości zachwytów nad jego posągowym pięknem.

Nadal uważam, że choć Meyer pomysł na książkę miała niezły, to jej rola w całym tym przedsięwzięciu powinna zakończyć się właśnie byciu pomysłodawczynią. Ta kobieta, mówiąc wprost, nie radzi sobie z pisaniem, co objawia się w dość sztucznych dialogach i nieudolnych opisach (czego dowodem są takie kwiatki jak "Niezwykły galaretowatomleczny odcień skóry Ara przywodził na myśl wewnętrzne błony cebuli."). Przyznaję, że momentami miałam ubaw, choć niekoniecznie taki, jakiego życzyłaby sobie autorka :)

Jak już wspominałam, kluczem do czerpania radości z książki było chyba odpowiednie nastawienie. Przy "Zmierzchu" spodziewałam się, że będzie po prostu dobry; że w treści znajdę jakieś uzasadnienie jego ogromnej popularności. No i się przeliczyłam. Do drugiej części podeszłam natomiast jak do totalnego gniota, przygotowana na same najgorsze rzeczy, myśląc, że już gorzej być nie może. I spotkała mnie miła niespodzianka.
W każdym razie "Księżyc w nowiu" spodobał mi się na tyle, że zaraz po nim w porażającym tempie pochłonęłam "Zaćmienie". Ale o tym niedługo ;)

poniedziałek, 26 stycznia 2009



To ja możę zacznę w ten sposób: to to robi taki szał wśród młodzieży?

Nie spodziewałam się po tej książce zbyt wiele; podeszłam do niej z dość dużą dawką sceptycyzmu. Liczyłam - tylko - na lekką, barwną, wciągającą opowieść, od której trudno byłoby mi się oderwać. "Zmierzch" tym wymaganiom nie sprostał, a naprawdę nie wydaje mi się, by były wygórowane, zwłaszcza w obliczu popularności pisaniny pani Meyer.

Książka ma niewiele ponad 400 stron, z czego przez dosłownie 300 główni bohaterowie, Bella i Edward, poznają się stopniowo i zakochują w sobie. Akcja pojawia się dopiero później, ale nie dość, że jest kiepska, wymuszona i do bólu przewidywalna, to jeszcze autorka nie miała chyba pomysłu na to, jak dokładnie miał wyglądać moment kulminacyjny, więc sprytnie go ominęła.
Bohaterowie są płascy i jednowymiarowi, a ich relacje przerysowane i przesadzone. Ot, chociażby taka Bella, która przez całą powieść zachwyca się co chwilę pięknem młodego boga, Edwarda.
Odnoszę też wrażenie, że Meyer tak się zachłysnęła swoim pomysłem na fabułę, że zapomniała się porządnie przyłożyć do napisania książki. Efekt jest taki, że "Zmierzch" jest rażąco niedopracowany. Mnóstwo w nim nieścisłości, niedopowiedzeń, naciągania i niekonsekwencji.

Powieść przywodzi mi na myśl "Sagę o Ludziach Lodu" Margit Sandemo - w obu przypadkach umiejętności pisarskie autorek pozostawiają wiele do życzenia i w obu pojawiają się szalenie pociągające, z lekka nadprzyrodzone istoty. Co najważniejsze jednak, w sadze płomień pożądania zapalił się w niej, gdy znalazła się w jego drżących ramionach, w "Zmierzchu" zaś tylko jego piękna twarz była w stanie odciągnąć jej wzrok od jego doskonale wyrzeźbionego torsu... Czy jakoś tak ;)

Nie wykluczam jednak, że, gdy już minie mi niesmak po tej książkowej przygodzie, jakaś perwersyjna, masochistyczna ciekawość skłoni mnie do sięgnięcia po dalsze części losów Belli i Edwarda.
Wprawdzie prawdopodobieństwo jest nikłe, ale jest ;)
"Zmierzch" mogę chyba porównać do pilota serialu, który wprowadza nas w dany świat, przedstawia bohaterów, ale "dziać się" to dopiero będzie później - taką przynajmniej mam nadzieję. Więc jeśli kiedyś zdecyduję się przeczytać kolejną część, to w nadziei, że tym razem fabuła mnie porwie.