Ostatnie wpisy
Zakładki:
Przeczytane
Dla bibliofilów
Zaglądam
Kontakt
Tagi
![]() |
Wpisy z tagiem: Japonia
piątek, 14 stycznia 2011
Takie słowa słyszy od lekarza Ptak, gdy przyjeżdża do szpitala, do swego nowo narodzonego syna: organizmu na poziomie rośliny, nienormalnego noworodka z purpurową naroślą z tyłu głowy, potwora. Dla 27-letniego Ptaka takie dziecko jest zamachem na jego wolność, spokój, marzenia o wyjeździe do Afryki. Nie wyobraża sobie spędzić reszty życia z tym potworkiem na karku. - Dziecko świetnie ssie mleko i ma bardzo żwawe ruchy rąk i nóg.Żeby syn nie przybierał na sile, można mu zmniejszyć racje żywnościowe i zastąpić mleko wodą z cukrem. Nie warto operować, bo przecież nie ma gwarancji sukcesu. No i nie ma sensu nadawać mu imienia, skoro i tak powinno umrzeć. Podczas gdy jego żona leży w szpitalu i o niczym nie wie, Ptak kombinuje, jak by tu się pozbyć dziecka, mając jednocześnie czyste sumienie i unikając odpowiedzialności. Najlepiej by było, gdyby samo skonało z wycieńczenia w klinice. Przytłoczony wyrzutami sumienia i trudną sytuacją, Ptak ucieka w alkohol i ramiona dawnej przyjaciółki. I wyczekuje tego upragnionego, ostatniego telefonu ze szpitala, który ma mu przynieść ulgę i ukojenie. "Sprawa osobista" to oparte na wątkach autobiograficznych studium dojrzewania, bolesnej nauki odpowiedzialności oraz walki egoizmu z poczuciem obowiązku. Ōe napisał tę książkę w 1964 roku, rok po narodzinach swojego niepełnosprawnego syna. Choć rzecz jasna pojęcia nie mam, na ile autor wzorował bohatera na sobie, to podejrzewam, że poruszenie tak trudnego, osobistego tematu, wywlekanie na światło dzienne rzeczy, o których się nie mówi i do których nie wolno się głośno przyznawać, musiało wymagać z jego strony mnóstwa odwagi. Autor - co mnie zaskoczyło, bo spodziewałam się delikatniejszego stylu - operuje mocnym słownictwem bez cienia subtelności. Opisuje rzeczywistość w dobitny, lecz wyrafinowany sposób. I w takiej właśnie soczystej, intensywnej formie prowadzi nas przez mroczne, niewygodne ścieżki psychiki - nie tyle Ptaka, co człowieka w ogóle. W przerażająco ludzki sposób pokazuje, jak bardzo można okłamywać samego siebie w imię teoretycznie lepszego samopoczucia. I sugeruje, co chyba najsmutniejsze, że zawsze, także wobec największej tragedii, jesteśmy zdani tylko i wyłącznie na siebie, nawet pomimo obecności drugiego człowieka. Co ciekawe, nie wyrobiłam sobie zdania na temat postępowania Ptaka. Nie czułam do niego sympatii, ale też nie byłam w stanie go potępić. Porównywanie jego zachowań do rzeczywistości, jaką ja znam, byłoby zwyczajnie głupie: zupełnie różne czasy, inna mentalność, a i medycyna wraz ze świadomością ludzką zdążyły się trochę przez ten czas rozwinąć. Poza tym całkiem możliwe, że Ōe trafił w któryś z moich czułych punktów i podświadomie czuję, że zwyczajnie nie jestem upoważniona, by pierwsza rzucić kamieniem. Mocna książka. Polecam.
piątek, 17 grudnia 2010
Uczennica, jej korepetytor, prześladowca i policjantka - to bohaterowie opowiadania, czy może już raczej powieści, którą tworzą w świecie wirtualnym cztery japońskie nastolatki: zamknięta w sobie Sawako, Mayumi, niedoszła badmintonistka, która tak poświęca się dla przyjaciółki, że w zasadzie nie pamięta o własnych potrzebach i pragnieniach, Mai, która długo mieszkała w Nowym Jorku i nie może się teraz odnaleźć w japońskiej rzeczywistości oraz Yukari, o której nie wiemy nic poza tym, że jest inicjatorką całego przedsięwzięcia. Dziewczyny nie znają się, nigdy się nie spotkały, ale łączy je zagubienie i rozpaczliwe pragnienie ucieczki od nieprzyjaznej codzienności. Toteż gdy otrzymują tajemnicze e-maile z pytaniem, czy chcą stworzyć swój własny fikcyjny świat i choć przez chwilę być kimś innym, ochoczo się na to godzą. I przystępują do pisania, wcielając się w nowe role. Szybko jednak ta alternatywna rzeczywistość staje się dla nich ważniejsza od tej, która ich otacza, a granica między tymi dwoma światami robi się coraz cieńsza i nieprzyjemnie rozmyta. I mnie, nawiasem mówiąc, rozmywała się chwilami granica między fikcją a prawdą. Ishizaki tak sprawnie wczuł się w role nastolatek (poznajemy punkt widzenia każdej z nich i śledzimy bieg wydarzeń ich oczami), że momentami wydawało mi się, że czytam zupełnie niefikcyjne relacje dziewczyn z tworzenia historii o prześladowanej przez psychopatę uczennicy. "Chain Mail" to całkiem niebanalna, ponura, inspirowana Nietzschem opowieść, która tym bardziej się wstrzeliła w mój gust, że, jakkolwiek by to nie brzmiało, japońskie nastolatki fascynowały mnie od dawna. Jest w niej trochę grozy i mroku, choć oczywiście nie dorównują one zgniliźnie Natsuo Kirino, niemniej jednak niektóre rozwiązania wzbudzały we mnie niepokój. Ma szary, przygnębiający wydźwięk, mnóstwo w mniej samotności, zagubienia i smutku - głównie takich, nazwijmy to, nastoletnich (sama książka skierowana jest właśnie dla młodzieży), lecz z łatwością można je odebrać bardziej uniwersalnie. Mnie dość mocno udzieliły się nastroje dziewczyn - uczucie wyobcowania, gdy samotnie przemierzały ulice Tokio, niecierpliwość, z jaką włączały telefon, by sprawdzić, czy któraś ze współautorek opowiadania dopisała swoją partię po wielu dniach złowieszczego milczenia, lęki... Powieść trzyma w napięciu do samego końca. Przeczytałam ją bardzo szybko, bo ciągle byłam ciekawa, co się za chwilę wydarzy, przez co ciężko było mi się od niej oderwać. Bez wątpienia przyczynił się do tego fakt, że Ishizaki umiejętnie unikał utartych schematów i podążał własnymi intrygującymi ścieżkami, zaskakując mnie co jakiś czas i sprawiając, że wszelkie moje prognozy i przewidywania okazywały się zupełnie nietrafione. O rzeczach, do których na upartego można by się przyczepić, pisać nie będę. Nie zwróciłam na nie uwagi w trakcie czytania, dopiero po zakończeniu gdzieś mi tam niemrawo zamigotały, rozpływając się po chwili w całokształcie jak najbardziej pozytywnych wrażeń z lektury, toteż uważam je za nieistotne. Ogólnie rzecz biorąc - polecam. Nie jakoś wyjątkowo gorąco (chyba że miłośnikom japońskiej popkultury), bo "Chain Mail" to w zasadzie powieść do jednorazowego przeczytania i, być może, zapomnienia. Jednak sprawdza się doskonale, jeśli chcemy, jak jej bohaterki, uciec od codzienności.
czwartek, 06 maja 2010
![]() "Bicycle Days" to debiutancka powieść Schwartza, autora głośnej, zekranizowanej "Drogi do przebaczenia" oraz wydanej u nas niedawno "Plebejki". Na początku poznajemy Aleca, absolwenta Yale, który przyjeżdża do Japonii, kraju, który kusił i interesował go od dzieciństwa. Idzie do pracy, zamieszkuje u japońskiej rodziny. Jego początki w tym nowym świecie są dość ciekawe: lekkie zderzenie kultur, nieuniknione nieporozumienia, przyswajanie odmiennego toku myślenia. Jednak dość szybko dowiadujemy się, że "Bicycle Days" nie jest książką przygodach gaijina w Japonii i że nie o samą Japonię tutaj chodzi. Głównym wątkiem są nierozwiązane sprawy rodzinne, od których Alec próbuje się odciąć. Właśnie ta pogoń za wolnością, w tym od dawnych problemów, niezależnością i swoim miejscem w świecie przywiodła go do innego kraju, gdzie, otoczony obcymi ludźmi, może zacząć wszystko od nowa i ukształtować swoje życie w, jak mu się zdaje, dowolnym kierunku. Tylko czy tak się da? Jak już wspomniałam - zaczęło się ciekawie, ale gdy na wierzch zaczęły wyłazić nierozwiązane sprawy Aleca, zaczęłam się śmiertelnie nudzić. Nie chcę w żaden sposób bagatelizować takich spraw jak np. rozwód rodziców, ale prawda jest taka, że pewne rzeczy, choć trudne w życiu codziennym, są już nieco oklepane w świecie książek czy filmów. Żeby zainteresować nimi odbiorcę, trzeba je raczej ująć w jakiś nietypowy sposób, ukazać w nowym, ciekawym świetle, spleść z innymi elementami, albo chociaż szerzej zarysować kontekst. W przeciwnym razie dostajemy danie jednoskładnikowe, jałowe, bo niedoprawione, które, owszem, da się zjeść, tylko przyjemność z tego znikoma. (Chociaż może nie bez znaczenia jest tutaj fakt, że powieść ukazała się ponad dwadzieścia lat temu, w 1989 roku. Może wówczas pewne rzeczy postrzegało się inaczej, nie wiem; dziś jednak mogą wydać się nużące.) Postać Aleca drażniła mnie - był sfrustrowany, porywczy, lekko arogancki i snuł się, jakby nie wiedział, czego właściwie chce. Jego zachowania były momentami nieadekwatne do sytuacji, niedojrzałe i niezrozumiałe dla mnie. Bohaterowie drugoplanowi, jak np. para staruszków mieszkająca w odciętej od miejskiego zgiełku wiosce, byli o wiele ciekawsi od niego, jednak Schwartz nie poświęcił im wiele uwagi. A szkoda. "Bicycle Days" miała spory potencjał, który jednak został zmarnowany. Pomysł na całość był ciekawy, ale został kiepsko ujęty. Pozostaje mi mieć nadzieję, że kolejne powieści autora są lepsze od tego debiutu, bo jednak zamierzam w przyszłości sięgnąć po "Plebejkę".
środa, 21 kwietnia 2010
![]() Sadayakko (1871-1946) uwiodła Europę i Stany Zjednoczone na przełomie XIX i XX wieku. Nim jednak do tego doszło, była jedną z czołowych gejsz Japonii, piękną, popularną i zaskakująco - jak na Japonkę - temperamentną. Rozdziewiczył ją sam Ito Hirobumi, pierwszy premier Japonii, co było wówczas nie lada zaszczytem. W 1894 roku poślubiła kontrowersyjnego aktora o politycznych zapędach, Otojiro Kawakamiego, który wystawiał sztuki oparte na bieżących wydarzeniach i próbował tchnąć w skostniały japoński teatr potężną nutę realizmu (nawet jeśli wymagało to wzniecenia prawdziwego pożaru na scenie). W 1899 roku Sadayakko, Otojiro i jego trupa wyruszyli do San Francisco, by podbić tamtejszą widownię i nauczyć się czegoś o zachodnim teatrze. Byli pierwszą japońską grupą teatralną, która wybrała się za granicę. W Stanach szybko zdali sobie sprawę, że nikt nie wynajmie teatru samym mężczyznom (obecność kobiety na scenie była jeszcze wówczas wysoce niemoralna, a co za tym idzie - niespotykana), a nawet gdyby - takie zestawienie nie znalazłoby zwolenników, toteż postanowiono, że potrzebują aktorki. Sadayakko, jedna z dwóch kobiet w ich grupie (drugą była jedenastoletnia bratanica Oto), była oczywistym, i w sumie jedynym, wyborem: śliczna, zwinna i utalentowana. Poza tym zawód gejszy był w wielu aspektach zbliżony do aktorstwa, więc i doświadczenia jej nie brakowało. Początek w tym nowym dla nich świecie był ciężki. Trupie zabrakło solidnego przygotowania, konkretnego planu i znajomości tamtejszych realiów. Tułali się po Stanach, głodując i będąc na skraju wyczerpania, ale dzięki samozaparciu zaczęli odnosić sukcesy: najpierw małe, później coraz większe. I w końcu Sadayakko uwiodła Zachód. Stała się gwiazdą, japońską Bernhardt. Świat ją pokochał. Jednak do jej sukcesu przyczyniły się nie tylko jej liczne walory, ale też fakt, że znalazła się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Europa i Stany były spragnione Japonii. Ten odległy kraj wciąż stanowił dla nich tajemnicę, a tym samym fascynował. W takich okolicznościach możliwość zobaczenia japońskiego teatru z Japonką, w dodatku tak zmysłową, była prawdziwą gratką. Niektórych odpychał jej ciężki makijaż i "kocie" dźwięki, jednak większość była nią oczarowana. (Nawiasem mówiąc, niewielu wiedziało, że to, co widzą na scenie, to nie prawdziwy japoński teatr; trupa odgrywała to, co zachodnia widownia chciała zobaczyć, próbowała wstrzelić się w zachodnią wizję Japonii. Przyczyniło się to do podtrzymania istniejących oraz stworzenia nowych stereotypów.) Oczywiście w życiu aktorki działo się o wiele więcej niż to, co tutaj lakonicznie, tytułem wstępu, nakreśliłam. Praca nad tą książką musiała być nie lada wyzwaniem, głownie z tego względu, że Sadayakko była osobą tajemniczą. Nie zwierzała się z tego, co jej w duszy grało, nie rozpowiadała o swoich prywatnych sprawach, a gdy już coś mówiła - zdarzało jej się naginać rzeczywistość do swoich potrzeb, by (paradoksalnie, w świetle tego, co robiła) zachować twarz. Gdy ówczesna prasa donosiła, że gejsza jest po uszy zakochana w Kawakamim i wychodzi za niego z miłości (co byłoby niewybaczalne), ona sama po latach stwierdzała beztrosko, że ślub został jej narzucony, a o uczuciach nie mogło być mowy. Gdy krytycy rozpisywali się na temat pasji, z jaką grała, ona udawała posłuszną żonę, która wychodzi na scenę niejako z przymusu, na polecenie męża. Jak było naprawdę - można się dziś tylko domyślać, co też nader chętnie uczyniła w swojej książce Downer. I w tym miejscu pojawia się zgrzyt. Downer, mam wrażenie, starała się za wszelką cenę ukazać bohaterkę w dobrym, pozytywnym świetle. Na każdym kroku sugerowała, że cokolwiek Sadayakko uczyniła, prawdopodobnie robiła to z romantycznych i wzniosłych pobudek (co się zresztą kłóci z obrazem aktorki kreowanym przez współczesne jej gazety, ale te, z drugiej strony, również mogły mijać się z prawdą w pogoni za sensacją). Gdyby autorka przemyciła swoje poglądy w innej formie, powiedzmy w biografii fabularyzowanej, byłyby one lżejsze do przełknięcia, a być może i całkiem niezauważalne. W tym wypadku jednak były dość ciężkostrawne, a im bardziej Downer próbowała mnie przekonać do swoich racji, tym większy budził się we mnie opór, żeby je zaakceptować. W rezultacie skończyłam lekturę z takim mętlikiem w głowie, że nie zdołałam sobie zdania na temat Sadayakko wyrobić - a rzadko mi się to zdarza i zdecydowanie nie lubię takiego stanu rzeczy. Downer z godną podziwu dokładnością zebrała fakty na temat życia aktorki: relacje potomków, zdjęcia, wywiady, recenzje i plotki z gazet czy później powstałe prace naukowe. Mnóstwo z nich zacytowała w swojej książce - a było co cytować, gdyż życie Sadayakko było barwne i obfitujące w najrozmaitsze wydarzenia; na świecie było o niej głośno, a w jej ojczystym kraju tym bardziej. Lecz "Madame Sadayakko" to nie tylko portret kobiety, ale też portret epoki: Japonii, jej przemian społecznych, mentalności i wpływów z Zachodu, odbioru Japonii na świecie oraz świata w Japonii, a także zmian zachodzących w teatrze. Ówczesne realia były naprawdę fascynujące, a Downer zarysowała je z ogromną precyzją, w malowniczy, żywy sposób. Książka, pomimo pewnego zgrzytu, wciągnęła mnie i zauroczyła, a na koniec - jak większość historii o światach, których już nie ma (w tym inna powieść autorki, "Ostatnia konkubina") - pozostawiła w melancholijno-nostalgicznym nastroju. Jako ciekawostkę dodam, że Sadayakko gościła także i w Polsce. Można sobie o tym poczytać w czasopismach artystycznych: "Chimerze" oraz "Echu Muzycznym, Teatralnym i Artystycznym" z 1901 roku.
czwartek, 14 stycznia 2010
![]() Do Japonii, jeszcze dziewiczej i nieskażonej zbytnio Zachodem, przybywa Malcolm Struan, przyszły tai-pan spółki handlowej Noble House. Niestety, jego przygoda z tym krajem nie zaczyna się zbyt sympatycznie. Wszystkie cierpienia i niedogodności rekompensuje mu jednak młodziutka Francuzka, Angelique, obiekt westchnień wszystkich białych mężczyzn w Yokohamie i przyczyna późniejszych konfliktów Malcolma z matką, Tess, która kieruje firmą w Hongkongu. Tymczasem w Japonii źle się dzieje. Tajna organizacja shishi próbuje obalić shogunat i oddać władzę cesarzowi. Kraj jest rozdarty; wszędzie roi się od spiskowców i szpiegów, zaś obecność gai-jinów nie jest tam mile widziana. W powyższym wstępie ledwie liznęłam dwa z wielu, wielu wątków powieści. Bo romans Malcolma z Angelique to tylko jedna z historii, jaką opowiada nam Clavell, zaś rozłam w Japonii jest zaledwie tłem dla wielu wydarzeń. Mogłabym Wam jeszcze wspomnieć o młodym, ciapowatym shogunie, którym z wyrachowaniem kieruje żona, siostra cesarza, oraz o jego krewnym, Yoshim, który skrycie się wścieka, że to nie on pełni tę funkcję, choć zdecydowanie bardziej się do tego nadaje. O Yoshiwarze, kilku mama-san i ich dziewczętach, które, nierzadko skrywając ból i cierpienie, z uśmiechem wykonują swoją codzienną pracę. O wyrachowanym Francuzie, Poncinie, lubującym się w szantażach... Postaci jest tutaj mnóstwo, a każda z nich jest jedyna w swoim rodzaju, niemożliwa do zaszufladkowania. I każda ma coś ciekawego do opowiedzenia. Ilość wątków i ich wzajemne stopniowe zapętlanie się, spiski, zdrady, i tajemnice, niespodziewane zwroty akcji oraz korowód barwnych postaci, które sprawiają wrażenie, jakby żyły własnym życiem, niezależnie od pisarza - to wszystko nie może nie wciągnąć. Zwłaszcza jeśli jest opisane tak barwnym i dynamicznym językiem i osadzone w tak fascynujących realiach. Jeśli chodzi o te ostatnie - Clavell sam we wstępie przyznaje, że przetworzył historię na własny użytek. Choć postacie i wydarzenia są fikcyjne, to zostały - niektóre mniej, inne bardziej - zainspirowane faktami. Miejsce akcji to realistycznie i skrupulatnie nakreślona XIX-wieczna Japonia, stojąca u progu wielkich zmian. Tocząca się w tle, np., wojna secesyjna całkowicie już pozwala nam zapomnieć, że mamy do czynienia z fikcją literacką. Także ówczesna obyczajowość, zarówno Japończyków jak i gai-jinów przebywających w Yokohamie, została wiernie sportretowana. Clavell świetnie pisze o zderzeniu kultur - o Europejczykach, którzy próbują zrozumieć i przedrzeć się przez japońską mentalność i zasady, oraz o Japończykach, dla których zagraniczni goście są niczym innym jak bandą nieokrzesanych, śmierdzących barbarzyńców. Z zafascynowaniem śledziłam poczynania każdej ze stron wobec tej drugiej. Nikt nie potrafi tak połączyć czystej zabawy z wartościami poznawczymi jak Clavell. I niewielu potrafi sprawić, że ponad 1200-stronicową powieść czyta się równie szybko jak cieniutką książeczkę - a po zakończeniu i tak pozostaje uczucie ogromnego niedosytu. Polecam po stokroć! (I zaznaczam jednocześnie, że przed lekturą "Gai-jina" dobrze jest się zapoznać z "Tai-Panem".) Lepszej książki na rozpoczęcie nowego roku nie mogłam sobie wymarzyć :)
poniedziałek, 28 grudnia 2009
![]() Japonia, lata 60 XIX wieku. W małej górskiej wiosce, u swoich przybranych rodziców, mieszka Sachi, dziewczyna wyróżniająca się spośród innych wieśniaczek niezwykłą urodą. Pewnego dnia jej losy krzyżują się z losami księżniczki Kazu, młodszej siostry cesarza, która podróżuje właśnie z Kioto do Edo, by poślubić shoguna. Kazu, zachwycona urodą Sachi, postanawia zabrać ją ze sobą do ooku (pałacu kobiet), części Zamku Edo przeznaczonej tylko dla kobiet, niedostępnej dla wszystkich mężczyzn z wyjątkiem shoguna. Wkrótce Sachi spotyka szczególne wyróżnienie: zostaje konkubiną shoguna. Jednak zbliża się coś, co nieodwracalnie zmieni życie kobiet z ooku, brutalnie zakończy tysiące żyć i nada Japonii nowy porządek: wojna domowa Boshin. "Ostatnia konkubina" to urzekająca, fascynująca książka, łącząca w sobie historię z fikcją. Choć losy Sachi są całkowicie zmyślone, to okoliczności, w jakich się dzieją, już nie. Downer wiernie starała się oddać czasy upadku shogunatu i związanych z nim przemian, życie w pełnym intryg ooku, losy niefikcyjnych postaci (np. księżniczki Kazu) oraz ówczesną mentalność i styl życia. Udało jej się choć na chwilę wskrzesić XIX-wieczną Japonię. Nie tylko część historyczna i rewelacyjne odmalowanie tych fascynujących, burzliwych czasów wywołały u mnie zachwyty nad książką. Przyczynił się do nich także wątek Sachi o nieco baśniowo-przygodowym charakterze. Śledziłam jej losy z zapałem, zaciekawiona, co ją jeszcze spotka. Wraz z nią próbowałam poznać jej prawdziwe pochodzenie; jej oczyma obserwowałam rywalizację kobiet w ooku i gwałtowne przemiany w kraju. Patrzyłam, jak się zakochuje z charakterystyczną dla Japończyków powściągliwością. Razem z nią bałam się o to, co stanie się z jej bliskimi i Japonią oraz co przyniesie wyjątkowo niepewna i nieodgadniona przyszłość. Jednak, abstrahując już od wszelkich intryg i przygód, jest to dla mnie przede wszystkim powieść o dramatycznym końcu jednego świata, o ludziach, którzy zginęli tragiczną, bezsensowną śmiercią, a także o tych, którzy zostali wyrzuceni na bruk, bezradni, gdyż nie znali innego życia niż to, które wiedli dotychczas. "Ostatnia konkubina" to powieść tyleż urocza co wzruszająca. Wciąga, oczarowuje Japonią, ale w ostatecznym rozrachunku zasmuca. Nawiasem mówiąc, strasznie boli mnie tekst na okładce (Japońska wersja "Przeminęło z wiatrem"). Mogę się tylko domyślać, że owo porównanie miało zwiększyć sprzedaż, zachęcić ludzi do sięgnięcia po tę powieść. Ale czy pomysłodawcy mają czytelników za idiotów? Czy nie wiedzą, że po przeczytaniu książki wyjdzie na jaw, że porównanie jest żenująco nietrafione? I że może to wywołać uczucie niesmaku? "Ostatnia konkubina" sprawiła, że amatorsko zakręciłam się wokół tematu ooku. Udało mi się dorwać piąty sezon j-dramy pod tym samym tytułem, choć bardziej zależy mi na trzecim ze względu na czas akcji. Jeśli ktoś z Was zna jakieś tytuły (czegokolwiek - anime, seriali, książek, filmów) dotyczące pałacu kobiet, to ślicznie proszę o podzielenie się nimi ze mną :) A po lekturze tej książki naszła mnie ogromna ochota na "Gai-jina" Clavella. Nawet nie próbowałam z nią walczyć ;) | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||