Ostatnie wpisy
Zakładki:
Przeczytane
Dla bibliofilów
Zaglądam
Kontakt
Tagi
![]() |
Wpisy z tagiem: literatura polska
poniedziałek, 14 lutego 2011
![]() Grzegorz Bednar to przeciętny polski dresiarz: chodzi na siłkę, wystaje z chłopakami pod blokiem, spotyka się z jakąś panną, której chyba nawet nie lubi, i próbuje złapać jakąś robotę. Pewnego dnia, na skutek spotkania z dość nieprzyjemnymi typami, trafia do szpitala ze złamanym nosem. Tam poznaje Kurza, wiecznie zabieganego biznesmena, Marudę oraz pana Staszka, czyli Czwartego, najbardziej zagadkową postać, która czyni ów pobyt w szpitalu - delikatnie mówiąc - niezwykłym. Bo pan Staszek bez przerwy czyta Conrada (zna go właściwie już na pamięć) i jest szalenie skryty w kwestii swojego pozaszpitalnego życia. To ostatnie zmienia się jednak, gdy dopada go gorączka: wtedy zaczyna opowiadać towarzyszom niedoli historię swojego życia. A im dłużej ją opowiada, w tym większy koszmar irracjonalnie zamienia się rzeczywistość wokół nich. Cóż to za historia, co to za koszmar - nie zdradzę. Sama niewiele wiedziałam o tej książce, gdy zaczęłam ją czytać, i odkrywanie fabuły sprawiło mi nieprawdopodobną przyjemność. Stąd sprzeciwiam się wszelkim przejawom psucia takiej radochy innym. Małecki stworzył rzecz głęboko osadzoną w polskich realiach, bardzo swojską i naturalną. Od pierwszych stron czułam się jak u siebie, jakbym obserwowała świat zza okna lub rozglądała się na ulicy: proste, zwyczajne dialogi, odruchy i zachowania, młodych ludzi bez większych perspektyw żyjących z dnia na dzień, szarą codzienność przeciętnej polskiej rodziny. Autor zadbał nawet o takie drobiazgi jak umiłowanie Grzesia do jeżyków czy narzekanie na szpitalne jedzenie. A po części nawet i wizytę na pogotowiu po spotkaniu z odzianymi w dres młodzieńcami miałam okazję przerobić. Tak więc klimat książki siłą rzeczy był mi bliski, znajomy i urzekł mnie od samego początku (co dziwne, bo przecież od tej naszej rzeczywistości najczęściej mam ochotę uciekać, a "urzekająca" to ostatnie słowo, jakim mogłabym ją określić). Oczywiście ta swojskość nie jest jedyną zaletą powieści. Sama fabuła bezlitośnie wciąga, utrzymując równe dynamiczne tempo i odsłaniając przed czytelnikiem coraz więcej dziwów i tajemnic. Historię Grzesia przeplataną opowieściami Czwartego śledziłam z zapałem, choć nie od razu wiedziałam, o co w tym wszystkim chodzi i do czego Małecki zmierza. Dopiero z czasem zaczęła do mnie docierać wymowa powieści, jej symbolika i wielopłaszczyznowość, co było o tyle zaskakujące, że wcale się tam takich rzeczy nie spodziewałam. I okazało się, że tego klaustrofobicznego koszmaru, motywów żywcem wyjętych z jakiegoś horroru i innych demonów wcale nie trzeba odbierać dosłownie. Nagle "Dżozef" z jednowymiarowej powieści obyczajowej z elementami fantastyki przeistoczył się w rzecz zupełnie nieprzeciętną, głęboką, o konkretnym, silnym przesłaniu, które w innych okolicznościach mogłoby się wydawać troszkę zbyt naiwne, ale nie tutaj, nie w takim kontekście. I choć od kiedy skończyłam ją czytać minęło kilka dni, wciąż mnie zaskakuje, bo im więcej o niej myślę, tym więcej rzeczy odkrywam. Co tu dużo mówić; "Dżozef" to kawał solidnej prozy. Potrafi zachwycić, zaskoczyć i skłonić do myślenia. Historia pana Staszka na dobre zadomowiła się w mojej głowie i podejrzewam, że nieprędko o niej zapomnę. Polecam, oczywiście.
środa, 07 lipca 2010
![]() Sięgnięcie po tę książkę było lekko ryzykownym przedsięwzięciem. Tematycznie zdawała się tak odległa, jak tylko się da: mam sporą niedowagę, w życiu nie poświęciłam ani sekundy na liczenie kalorii ani nie musiałam sobie odmawiać kolejnego kawałka, dajmy na to, tortu. Uaktywniłam więc pokłady empatii, bo na ewentualnym doświadczeniu polegać w tym przypadku nie mogłam, i zasiadłam do lektury. Szybko się okazało, że treść "Baleronowej ponad wagą" jest mi jednak dość bliska. Nie jest to bowiem rzecz o żmudnym układaniu codziennego jadłospisu, ciągłym utyskiwaniu na zbędne kilogramy czy potencjalnym braku silnej woli i samozaparcia; na próżno szukać tu tabel kalorii i przepisów kulinarnych. Za to jest to zbiór migawek z życia przeciętnej kobiety, ujęty w zdecydowanie nieprzeciętny sposób, lawirujący wokół nie tyle nadwagi właśnie, co bardziej uniwersalnych tematów: uczenia się samoakceptacji oraz czerpania przyjemności z małych, zwyczajnych spraw. Powieść ta pierwotnie była podobno blogiem, stąd też wrażenie owych migawek. Przed oczami przemyka nam w krótkich rozdziałach codzienność: posiadówa z przyjaciółkami, zakupy, wizyta u sąsiadki. A i nie w każdym rozdziale Baleronowa jest główną bohaterką - czasami do głosu dochodzą takie cuda jak cebula czy nowy ciuch w szafie. I choć fabularnie książka nie wbija w fotel (w zasadzie trudno tu mówić nawet o fabule), to perypetie i przemyślenia Baleronowej są tak sympatyczne, że ciężko nie poddać się ich czarowi. Do owego uroku przyczynia się znacznie język powieści, miejscami poetycki, miejscami fikuśny. Autorka chętnie ucieka się do różnego rodzaju metafor, personifikacji i innych myków językowych. Ciekawie zestawia słowa, delikatnie bawi się składnią. Dzięki temu świat widziany oczami Baleronowej wydaje się ciekawszy, świeższy i bardziej niezwykły niż to, do czego przywykłam i co obserwuję na co dzień. I przyznam, że następnym razem chętnie zobaczyłabym Annę Ślęzak w wydaniu cięższego kalibru, bo zestawienie takiego stylu z zupełnie poważną, trudną tematyką mogłoby przynieść piorunujący efekt. Lekkość i świeżość języka czyni z "Baleronowej ponad wagą" idealną lekturę na wakacje (choć na jesienne smutki też mogłaby pomóc). Toteż zachęcam, czytajcie, póki lato w pełni :)
wtorek, 01 czerwca 2010
![]() Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Tytułowy Max Woodward to chłopiec wychowywany w toksycznej rodzinie: przez despotycznego ojca, który nie stronił od alkoholu, oraz uległą matkę, która nad samopoczucie syna przedkładała spokój w małżeństwie. Chłopak czuł się tak samotny, nieszczęśliwy i sfrustrowany, że w końcu postanowił rozstać się ze światem. Tym samym dołączył do grona dzieci, które próbowały popełnić samobójstwo, ale przeżyły. Zapadły jednak w wieloletnią śpiączkę, przenosząc się do równoległego świata, w którym ich umysłami kierował tajemniczy, ekscentryczny staruszek, Bober Banary. Pierwsze rozdziały pochłonęłam z zapartym tchem. Byłam ciekawa, co też ten Bober tam kombinuje, i z przejęciem obserwowałam zmagania Woodwarda z ojcem tyranem i alkoholikiem, źródłem większości jego problemów. Gdy jednak Max zapadł w śpiączkę i znalazł się w Krainie Pomylonego Dzieciństwa, zaczęły się schody, które były długie i kręte, biorąc pod uwagę, że owa Kraina zajmuje lwią część powieści. Otóż miałam wrażenie, że Jacek Roczniak pisał te rozdziały dla samej przyjemności pisania, dla czystej frajdy, jakby wpadł w trans, niejako zapominając tym samym o czytelniku. Niektóre rozdziały były według mnie dość chaotyczne w przekazie i nazbyt drobiazgowe w opisach, co powodowało pewne trudności w odbiorze. Czasami czułam się zmęczona lekturą, czasem czułam, jakby zalewała mnie masa słów, niosąca w sobie nieproporcjonalnie mniej treści i zdarzały się chwile, że ciężko było mi śledzić poczynania Maxa lub ogarnąć kontekst. Z tego też powodu uważam, że tę część, Krainę Pomylonego Dzieciństwa, swobodnie można byłoby skrócić o połowę, nie tylko bez szkody dla całości, ale i z pożytkiem. Z ulgą wydostałam się z Krainy, a zakończenie wydało się co najmniej równie ciekawe co początek i częściowo zrekompensowało mi wszelkie niedogodności. Powieść jest naszpikowana emocjami przeróżnej maści. Często bolesnymi, zwłaszcza w rozdziałach dotyczących sytuacji rodzinnej Maxa. Czasami pozytywnymi, jako że mnóstwo tu miłosnych wyznań i uniesień - zdarzało się jednak, że te bawiły mnie swoją podniosłością, choć przypuszczam, że nie był to zamierzony efekt. Sama Kraina, choć raczej nie przypadła mi do gustu, ma tę zaletę, że można ją interpretować i rozumieć na rozmaite sposoby. Podoba mi się pomysł na całą tę otoczkę, jaką stworzył autor: blogi (Jacek Roczniak oraz Kulisy) ze zdjęciami, rysunkami i oszczędnie dawkowanymi informacjami, które mają rozbudzić w czytelnikach ciekawość oraz podsycić ich pragnienie przeczytania kolejnych dwóch tomów, które ukażą się w przyszłości. Rzeczywiście można się nabrać i uwierzyć, że ta historia jest prawdziwa. Ja się nie dałam, ale i tak podziwiam autora za wysiłek i za ten dziwny, magiczny świat, w którym zdaje się tkwić. Na koniec jeszcze słówko o fizycznej stronie książki. Okładka jest świetna: zarówno dziwna, precyzyjnie narysowana twarz, jak i brak jakichkolwiek tekstów poza tytułem na grzbiecie przykuwają uwagę i wprowadzają aurę tajemniczości. Poraża natomiast ogromna ilość błędów, głównie interpunkcyjnych, oraz literówek. Przyznać muszę, że "Woodward" mnie trochę rozczarował, zwłaszcza że po lekturze innych blogowych recenzji, tak pełnych zachwytów, spodziewałam się, że powieść rzuci mnie na kolana. I może nawet by tak było, gdyby była bardziej zwarta, konkretna i gdyby świat realny przeważał ilościowo nad fantastycznym. Wobec powyższego (oraz podpinając się przy okazji pod Dzień Dziecka :)) chętnie przekażę swój egzemplarz dalej, żeby znalazł swoje miejsce w tym świecie, bo my zwyczajnie nie jesteśmy sobie przeznaczeni. Zgłoszenia zostawiajcie do końca najbliższego piątku w komentarzach pod notką. Jeśli będzie Was więcej, zrobię losowanie :)
środa, 15 lipca 2009
![]() Nie minęło wiele czasu, od kiedy przeczytałam "Radio Yokohama", a dopadło mnie tak silne pragnienie kontaktu z prozą Marcina Bruczkowskiego, że nie byłam w stanie z nim walczyć. Czytałam wówczas jakąś inną książkę, ale cały czas zerkałam ukradkiem na stojącą na półce "Bezsenność w Tokio". Ręce same mi się do niej wyrywały; myśli także biegły w jej kierunku, odmawiając skupienia się na lekturze. Nie było rady; musiałam owo pragnienie zaspokoić. "Bezsenność w Tokio" to zbiór migawek z dziesięcioletniego pobytu gaijina w Japonii. Pierwsza powieść autora i najbardziej ze wszystkich autobiograficzna. Bruczkowski w lekki, przystępny i błyskotliwy sposób spisał swoje spostrzeżenia na temat życia w Kraju Kwitnącej Wiśni, obalając przy okazji całą masę mitów. Stworzył fabularyzowaną autobiografię, powieść obyczajowo-przygodową oraz subiektywny przewodnik, zbiór informacji i ciekawostek o tej egzotycznej kulturze w jednym; książkę całkowicie niepowtarzalną i absolutnie czarującą! Największym chyba atutem powieści jest naturalność. Autor opisał ten odległy kraj, jakim go widział na co dzień - zwyczaje, jakie go otaczały, zjawiska, jakie zaobserwował i przeciwności losu, z jakimi musiał się zmagać jako obcokrajowiec. Nie bawił się w dogłębne analizy i snucie teorii; ot, zwyczajnie spisał przygody, jakie tam przeżył, i opatrzył je luźnymi refleksjami. Za to jakie to były przygody! Innymi słowy, Bruczkowski zarysował Japonię od tej drugiej strony, z reguły niedostępnej dla turystów, a przecież o wiele bardziej (przynajmniej dla mnie) fascynującej. "Bezsenność w Tokio" czyta się nieprawdopodobnie szybko. Zbyt szybko. Smutno mi było, gdy musiałam wraz z autorem opuścić ten niesamowity kraj. Gorąco Wam polecam tę książkę - nawet jeśli nie macie ciągot do Japonii. Już samo świetne poczucie humoru Bruczkowskiego i umiejętność snucia barwnych, pasjonujących opowieści sprawiają, że ciężko się od niej oderwać. I podobnie jak "Radio Yokohama" powoduje uśmiech. Szeroki. Jestem w "Bezsenności w Tokio" absolutnie, niezaprzeczalnie zakochana :)
piątek, 03 lipca 2009
![]() Znajomość z panem Bruczkowskim zaczęłam dość niestandardowo, bo nie od słynnej "Bezsenności w Tokio", tylko od "Radia Yokohama". Trochę się tego pierwszego spotkania obawiałam - i już teraz wiem, że zupełnie, ale to zupełnie niepotrzebnie. Martin, realizator dźwięku, Andrew, jego średnio doświadczony pomocnik, Amanda, początkująca malajska piosenkarka, Y2K, ekscentrycznie wyglądający zespół rockowy, dzielnie wspierany przez dwie lolitki i jedną gotkę, duch, cała masa zwierząt żywych lub mniej... Te i mnóstwo innych zróżnicowanych etnicznie postaci zasiedla rozgłośnię radiową, w której toczy się akcja powieści. Budynek rozgłośni (o zagadkowej zresztą przeszłości; pełen pogmatwanych korytarzy, dziwnych przejść i tajemniczych półpięter) to swoisty mikroklimat; zamknięty świat, rządzący się własnymi prawami. Tam bohaterowie pracują, śpią i spędzają cały swój wolny czas. Tam kiełkują nowe znajomości, zacieśniają się więzy; rodzą się konflikty i sposoby na ich rozwiązanie. Tam bohaterowie uczą się wzajemnie słuchać i rozumieć... W sposób tyleż fascynujący, co poruszający. Jestem oczarowana! Absolutnie zauroczona efektem współpracy Marcina Bruczkowskiego i Moniki Borek, która "dała głos" Amandzie. Sposób przedstawienia fabuły z dwóch różnych punktów widzenia, męskiego i kobiecego, okazał się niezwykle trafiony, pozwolił bowiem spojrzeć na dane wydarzenia z różnych, odmiennych perspektyw, a od czasu do czasu uzupełnił to i owo. "Radio Yokohama" to książka, którą się chłonie i połyka. Nie, żeby była w niej jakaś niesamowicie wartka akcja, którą śledziłoby się z zapartym tchem i kropelkami potu na twarzy. Nie. A mimo to się ją chłonie. Powieść przyciąga i hipnotyzuje swoją pozytywną energią; gdy raz się jej zasmakuje, trzeba sięgnąć po dokładkę - i tak się bierze te dokładki, łapczywie, aż do samego końca. Książka jest nadzwyczaj... przyjemna (choć nie jest to zbyt fortunne określenie). Taki balsam na poszarpane nerwy. Czyta się ją lekko (i stanowczo zbyt szybko), mnóstwo w niej fajnych, ciepłych fluidów. Gdy się do tego doda trafne, błyskotliwe spostrzeżenia na temat ludzkiej natury (mniej lub bardziej japońskiej), lekko absurdalne poczucie humoru i rewelacyjne zabawy językiem, wychodzi naprawdę świetna mieszanka. Gdy zaś ta mieszanka podszyta jest Życiem - efekt jest powalający. Przyznaję: podczas lektury robiło mi się ciepło na serduchu, a mięśnie twarzy, niczym niezależny byt, same wyginały się w potężnego banana. Nie ma takiej siły, która odwiodłaby mnie od zapoznania się z pozostałymi 75% książek Marcina Bruczkowskiego. Na pierwszy ogień pójdzie "Bezsenność w Tokio", bo tę już mam. A do tej tajemniczej rozgłośni radiowej na pewno jeszcze kiedyś wrócę; zwłaszcza wtedy, gdy świat będzie wyjątkowo szary i nieprzyjemny.
wtorek, 07 kwietnia 2009
![]() Bardzo smutna i poruszająca to książka. Trącająca te struny duszy, których wolałoby się nie tykać. "Dziewczyna z zapałkami" opowiada, że tak lakonicznie to ujmę, o byciu nieszczęśliwą. Narratorka, kobieta o niezwykłej wrażliwości, utknęła w małżeństwie, które z czasem zamieniło się w swojego rodzaju więzienie. Podczas wykonywania codziennych, rutynowych czynności, gdzieś pomiędzy wieszaniem prania a robieniem obiadu, zatraciła samą siebie. Zgubiła swoją tożsamość. Została zdegradowana do malutkiej części w ogromnej maszynerii świata, do bezosobowego organizmu biologicznego ("Zaludniłam świat... w pewnym sensie i w skromnej ilości... O to szło? Wyłącznie o to szło???"). Mąż, który miał być tym jedynym, okazał się nieczułym karierowiczem, zaś teściowa od początku jej nienawidziła. W końcu bohaterka uciekła w alkohol, czyniący milszym i przystępniejszym ten okrutny świat, oraz pisanie, częściowo pełniące funkcję terapeutyczną i pomagające jej uporządkować swoje życie. Niby znany temat, w końcu powstała cała masa powieści traktująca o nieszczęśliwych, stłamszonych kobietach. Jednakże w wydaniu Janko jest to coś zupełnie nowego. Pisarka stworzyła z czegoś zwykłego rzecz absolutnie niezwykłą, obok której nie można, po prostu nie można przejść obojętnie i której nie da się zapomnieć. Czyżby była to zasługa tego ogromnego ładunku emocjonalnego, jaki niesie ze sobą każda strona książki, każde zdanie? Janko bowiem nie stroni od szczerych wyznań. Z rozbrajającą otwartością rozkłada życie swojej bohaterki (swoje?) na czynniki pierwsze i dokładnie analizuje skutki popełnionego niegdyś błędu, jakim było wyjście za Pawła. Poznajemy myśli bohaterki, jej nagą, obnażoną duszę; wraz z nią przeżywamy jej emocje. Czasem nawet utożsamiamy się. Janko tym razem spróbowała swoich sił w pisaniu prozy, jednak podczas lektury nie można nie zauważyć, że autorka na ogół jest poetką. Język "Dziewczyny z zapałkami" jest bowiem niesamowicie poetycki, pełen lekkich fraz, poruszających metafor, trafnych porównań. Jednocześnie zaś doskonale współgra z gorzkim, realistycznym obrazem sytuacji bohaterki. "Dziewczyna z zapałkami" mnie zmiażdżyła. Choć nie mam dzieci, a z męża jestem całkiem zadowolona, wiele razy czułam, że Janko pisze także o mnie, w moim imieniu. Nie mogłam się od książki oderwać. Od mometu, gdy zaczęłam ją czytać, do samego końca nie istniało dla mnie nic innego. A teraz, choć już ją skończyłam, nie daje mi spokoju, przypomina o sobie, uwiera. Z pewnością wrócę do tej powieści, i to prawdopodobnie już niedługo - tym razem uzbrojona w małe, samoprzylepne karteczki, które dziś na tę okazję nabyłam. Lektura obowiązkowa! Od ilu już lat jest tak samo? Spać się kładę rozczarowana, pełna najgorszych myśli, że oto już nie ma szansy na polepszenie, że mój związek małżeński ma się ku końcowi. A rano? Gdy tylko otrzepię się z resztek snu, czuję, jak wypełnia mnie rześka nadzieja! No i czemu ja wczoraj tak rozpaczałam? Przecież wszystko się ułoży, wystarczy porozmawiać, nawiązać łączność, wytłumaczyć, objaśnić, nakłonić, dać przykład, mieć pod kontrolą... Co to za sztuka wstać z łóżka i robić "wszystko co do mnie należy". Robić to cały dzień. Zmęczyć to zmęczenie, z którym się wstało rankiem. Upić to zmęczenie, żeby nie wiedziało, na jakim świecie się żyje. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||