Ostatnie wpisy
Zakładki:
Przeczytane
Dla bibliofilów
Zaglądam
Kontakt
Tagi
![]() |
Wpisy z tagiem: Rosner & Wspólnicy
środa, 15 lipca 2009
![]() Nie minęło wiele czasu, od kiedy przeczytałam "Radio Yokohama", a dopadło mnie tak silne pragnienie kontaktu z prozą Marcina Bruczkowskiego, że nie byłam w stanie z nim walczyć. Czytałam wówczas jakąś inną książkę, ale cały czas zerkałam ukradkiem na stojącą na półce "Bezsenność w Tokio". Ręce same mi się do niej wyrywały; myśli także biegły w jej kierunku, odmawiając skupienia się na lekturze. Nie było rady; musiałam owo pragnienie zaspokoić. "Bezsenność w Tokio" to zbiór migawek z dziesięcioletniego pobytu gaijina w Japonii. Pierwsza powieść autora i najbardziej ze wszystkich autobiograficzna. Bruczkowski w lekki, przystępny i błyskotliwy sposób spisał swoje spostrzeżenia na temat życia w Kraju Kwitnącej Wiśni, obalając przy okazji całą masę mitów. Stworzył fabularyzowaną autobiografię, powieść obyczajowo-przygodową oraz subiektywny przewodnik, zbiór informacji i ciekawostek o tej egzotycznej kulturze w jednym; książkę całkowicie niepowtarzalną i absolutnie czarującą! Największym chyba atutem powieści jest naturalność. Autor opisał ten odległy kraj, jakim go widział na co dzień - zwyczaje, jakie go otaczały, zjawiska, jakie zaobserwował i przeciwności losu, z jakimi musiał się zmagać jako obcokrajowiec. Nie bawił się w dogłębne analizy i snucie teorii; ot, zwyczajnie spisał przygody, jakie tam przeżył, i opatrzył je luźnymi refleksjami. Za to jakie to były przygody! Innymi słowy, Bruczkowski zarysował Japonię od tej drugiej strony, z reguły niedostępnej dla turystów, a przecież o wiele bardziej (przynajmniej dla mnie) fascynującej. "Bezsenność w Tokio" czyta się nieprawdopodobnie szybko. Zbyt szybko. Smutno mi było, gdy musiałam wraz z autorem opuścić ten niesamowity kraj. Gorąco Wam polecam tę książkę - nawet jeśli nie macie ciągot do Japonii. Już samo świetne poczucie humoru Bruczkowskiego i umiejętność snucia barwnych, pasjonujących opowieści sprawiają, że ciężko się od niej oderwać. I podobnie jak "Radio Yokohama" powoduje uśmiech. Szeroki. Jestem w "Bezsenności w Tokio" absolutnie, niezaprzeczalnie zakochana :)
piątek, 03 lipca 2009
![]() Znajomość z panem Bruczkowskim zaczęłam dość niestandardowo, bo nie od słynnej "Bezsenności w Tokio", tylko od "Radia Yokohama". Trochę się tego pierwszego spotkania obawiałam - i już teraz wiem, że zupełnie, ale to zupełnie niepotrzebnie. Martin, realizator dźwięku, Andrew, jego średnio doświadczony pomocnik, Amanda, początkująca malajska piosenkarka, Y2K, ekscentrycznie wyglądający zespół rockowy, dzielnie wspierany przez dwie lolitki i jedną gotkę, duch, cała masa zwierząt żywych lub mniej... Te i mnóstwo innych zróżnicowanych etnicznie postaci zasiedla rozgłośnię radiową, w której toczy się akcja powieści. Budynek rozgłośni (o zagadkowej zresztą przeszłości; pełen pogmatwanych korytarzy, dziwnych przejść i tajemniczych półpięter) to swoisty mikroklimat; zamknięty świat, rządzący się własnymi prawami. Tam bohaterowie pracują, śpią i spędzają cały swój wolny czas. Tam kiełkują nowe znajomości, zacieśniają się więzy; rodzą się konflikty i sposoby na ich rozwiązanie. Tam bohaterowie uczą się wzajemnie słuchać i rozumieć... W sposób tyleż fascynujący, co poruszający. Jestem oczarowana! Absolutnie zauroczona efektem współpracy Marcina Bruczkowskiego i Moniki Borek, która "dała głos" Amandzie. Sposób przedstawienia fabuły z dwóch różnych punktów widzenia, męskiego i kobiecego, okazał się niezwykle trafiony, pozwolił bowiem spojrzeć na dane wydarzenia z różnych, odmiennych perspektyw, a od czasu do czasu uzupełnił to i owo. "Radio Yokohama" to książka, którą się chłonie i połyka. Nie, żeby była w niej jakaś niesamowicie wartka akcja, którą śledziłoby się z zapartym tchem i kropelkami potu na twarzy. Nie. A mimo to się ją chłonie. Powieść przyciąga i hipnotyzuje swoją pozytywną energią; gdy raz się jej zasmakuje, trzeba sięgnąć po dokładkę - i tak się bierze te dokładki, łapczywie, aż do samego końca. Książka jest nadzwyczaj... przyjemna (choć nie jest to zbyt fortunne określenie). Taki balsam na poszarpane nerwy. Czyta się ją lekko (i stanowczo zbyt szybko), mnóstwo w niej fajnych, ciepłych fluidów. Gdy się do tego doda trafne, błyskotliwe spostrzeżenia na temat ludzkiej natury (mniej lub bardziej japońskiej), lekko absurdalne poczucie humoru i rewelacyjne zabawy językiem, wychodzi naprawdę świetna mieszanka. Gdy zaś ta mieszanka podszyta jest Życiem - efekt jest powalający. Przyznaję: podczas lektury robiło mi się ciepło na serduchu, a mięśnie twarzy, niczym niezależny byt, same wyginały się w potężnego banana. Nie ma takiej siły, która odwiodłaby mnie od zapoznania się z pozostałymi 75% książek Marcina Bruczkowskiego. Na pierwszy ogień pójdzie "Bezsenność w Tokio", bo tę już mam. A do tej tajemniczej rozgłośni radiowej na pewno jeszcze kiedyś wrócę; zwłaszcza wtedy, gdy świat będzie wyjątkowo szary i nieprzyjemny. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||