Ostatnie wpisy
Zakładki:
Przeczytane
Dla bibliofilów
Zaglądam
Kontakt
Tagi
![]() |
Wpisy z tagiem: humor
czwartek, 04 marca 2010
![]() "Księgi nomów" to niegdyś wydana osobno, a teraz zebrana do kupy (świetny pomysł, nawiasem mówiąc) trylogia, na którą składa się "Księga wyjścia", "Księga kopania" i "Księga odlotu". Opowiada ona o nomach, maleńkich istotkach, które żyją dość krótko, acz intensywnie, i które próbują znaleźć swoje miejsce w ogromnym świecie, który dziwnym zbiegiem okoliczności sprawia wrażenie, jakby zrobiony był na ludzki wymiar. W pierwszej części poznajemy Masklina i jego przyjaciółkę Grimmę, którzy - jako jedyni w grupie młodzi, sprawni i silni - opiekują się kilkorgiem marudnych staruszków. Warunki bytowe są kiepskie - Masklinowi jest coraz trudniej zdobyć pożywienie, by wykarmić całą gromadę. W dodatku jest mokro i zimno, i zgasł im ogień. To ostatnie przepełnia czarę goryczy i nomy wyruszają w podróż ku lepszemu życiu. W ten sposób trafiają do Sklepu zamieszkałego przez tysiące innych nomów. Mali mieszkańcy Sklepu nigdy nie byli na Zewnątrz; ba, nie wierzą nawet, że ono istnieje i podchodzą do przybyszy nieufnie. Jednak gdy dowiadują się, że Sklep zostanie zlikwidowany, to właśnie Masklinowi muszą zaufać w kwestii znalezienia innego miejsca zamieszkania - zresztą nie mają większego wyboru. Masklin natomiast musi zaufać Rzeczy - czarnemu niemrawemu sześcianowi, który towarzyszył nomom od pokoleń. O Rzeczy zawsze było wiadomo tylko tyle, że jest ważna, ale dopiero w Sklepie, okazuje się, jak bardzo. I tak rozpoczyna się przygoda małych nomów w wielkim świecie, która rozciąga się na dwie kolejne części: "Księgę kopania" oraz "Księgę odlotu". Przyznaję, że z niejaką obawą sięgnęłam po moją pierwszą nieświatowodyskową powieść autora, ale nie minęło wiele stron, gdy zrobiło mi się zwyczajnie łyso. "Księgi nomów" okazały się rewelacyjne. To nadal jest Pratchett, jakiego znam i lubię - z jego ciekawymi spostrzeżeniami na temat świata, pomysłem na fabułę z obowiązkowym drugim dnem, a przede wszystkim z genialnym, ciętym poczuciem humoru. Co się tyczy wspomnianego drugiego dna, Pratchett porusza tutaj kilka ważnych kwestii, które sprawiają, że "Księgi nomów" można potraktować jako coś więcej niż tylko szalone przygody maleńkich stworków. Przede wszystkim na przykładzie nomów sklepowych pokazuje, że warto poznawać świat, bo ten nie kończy się tam, gdzie sięga nasz wzrok, i znajdują się w nim przeróżne dziwy, których warto doświadczyć. Przypomina też (w dość niestandardowy, trzeba przyznać, sposób), od czego zależy punkt widzenia. Wrażliwsi czytelnicy mogą się podczas lektury zadumać nad rozpanoszeniem się człowieka w świecie i jego zgubnym wpływem na środowisko. Jednak mój ulubiony motyw z "Ksiąg nomów" to konflikt między nauką a wiarą - na niekorzyść (choć może to tylko moje odczucie, bo chciałam tę niekorzyść zobaczyć) tej drugiej. Pojawiły się jednak dwa zgrzyty. Pierwszy z nich to odwetowe zarżnięcie lisa przez grupkę nomów. Choć była to zaledwie króciutka wzmianka, a nie szczegółowy opis, pogryzło mi się to z sympatycznym, pociesznym klimatem książki. Drugi zgrzyt, już nie z winy pisarza, to ilość nieprzetłumaczalnych żartów, o których informuje nas w licznych przypisach tłumacz. Niby z jednej strony dobrze jest wiedzieć takie rzeczy, ale z drugiej zdecydowanie przeszkadzają one w odbiorze książki i gdyby zostały umieszczone w bardziej dyskretnym miejscu, gdzieś na ostatniej stronie na przykład, nie czułabym podczas lektury takiego niesmaku. A czułam i nawet zezłościłam się na siebie, że tak rzadko sięgam po książki w języku angielskim. Ogólnie rzecz biorąc, chyba nikt tak jak Pratchett nie potrafi w równie udany sposób połączyć rozrywki z ukrytymi przesłaniami najróżniejszej maści i pożywką dla umysłu. Tak genialnie, tak sprytnie, że nie wiem, czy wymyślone przez niego historie są tylko pretekstem do przekazania pewnych prawd, ukazania ich w innym świetle, wyostrzenia niektórych ich aspektów, czy raczej na odwrót - te ważniejsze rzeczy są raczej przyjemnym skutkiem ubocznym fantazji autora. I nawet jeśli momentami wydają się zbyt oczywiste - nie szkodzi. O nich też trzeba przypominać, żeby nie zgubiły nam się w codzienności.
środa, 15 lipca 2009
![]() Nie minęło wiele czasu, od kiedy przeczytałam "Radio Yokohama", a dopadło mnie tak silne pragnienie kontaktu z prozą Marcina Bruczkowskiego, że nie byłam w stanie z nim walczyć. Czytałam wówczas jakąś inną książkę, ale cały czas zerkałam ukradkiem na stojącą na półce "Bezsenność w Tokio". Ręce same mi się do niej wyrywały; myśli także biegły w jej kierunku, odmawiając skupienia się na lekturze. Nie było rady; musiałam owo pragnienie zaspokoić. "Bezsenność w Tokio" to zbiór migawek z dziesięcioletniego pobytu gaijina w Japonii. Pierwsza powieść autora i najbardziej ze wszystkich autobiograficzna. Bruczkowski w lekki, przystępny i błyskotliwy sposób spisał swoje spostrzeżenia na temat życia w Kraju Kwitnącej Wiśni, obalając przy okazji całą masę mitów. Stworzył fabularyzowaną autobiografię, powieść obyczajowo-przygodową oraz subiektywny przewodnik, zbiór informacji i ciekawostek o tej egzotycznej kulturze w jednym; książkę całkowicie niepowtarzalną i absolutnie czarującą! Największym chyba atutem powieści jest naturalność. Autor opisał ten odległy kraj, jakim go widział na co dzień - zwyczaje, jakie go otaczały, zjawiska, jakie zaobserwował i przeciwności losu, z jakimi musiał się zmagać jako obcokrajowiec. Nie bawił się w dogłębne analizy i snucie teorii; ot, zwyczajnie spisał przygody, jakie tam przeżył, i opatrzył je luźnymi refleksjami. Za to jakie to były przygody! Innymi słowy, Bruczkowski zarysował Japonię od tej drugiej strony, z reguły niedostępnej dla turystów, a przecież o wiele bardziej (przynajmniej dla mnie) fascynującej. "Bezsenność w Tokio" czyta się nieprawdopodobnie szybko. Zbyt szybko. Smutno mi było, gdy musiałam wraz z autorem opuścić ten niesamowity kraj. Gorąco Wam polecam tę książkę - nawet jeśli nie macie ciągot do Japonii. Już samo świetne poczucie humoru Bruczkowskiego i umiejętność snucia barwnych, pasjonujących opowieści sprawiają, że ciężko się od niej oderwać. I podobnie jak "Radio Yokohama" powoduje uśmiech. Szeroki. Jestem w "Bezsenności w Tokio" absolutnie, niezaprzeczalnie zakochana :)
piątek, 03 lipca 2009
![]() Znajomość z panem Bruczkowskim zaczęłam dość niestandardowo, bo nie od słynnej "Bezsenności w Tokio", tylko od "Radia Yokohama". Trochę się tego pierwszego spotkania obawiałam - i już teraz wiem, że zupełnie, ale to zupełnie niepotrzebnie. Martin, realizator dźwięku, Andrew, jego średnio doświadczony pomocnik, Amanda, początkująca malajska piosenkarka, Y2K, ekscentrycznie wyglądający zespół rockowy, dzielnie wspierany przez dwie lolitki i jedną gotkę, duch, cała masa zwierząt żywych lub mniej... Te i mnóstwo innych zróżnicowanych etnicznie postaci zasiedla rozgłośnię radiową, w której toczy się akcja powieści. Budynek rozgłośni (o zagadkowej zresztą przeszłości; pełen pogmatwanych korytarzy, dziwnych przejść i tajemniczych półpięter) to swoisty mikroklimat; zamknięty świat, rządzący się własnymi prawami. Tam bohaterowie pracują, śpią i spędzają cały swój wolny czas. Tam kiełkują nowe znajomości, zacieśniają się więzy; rodzą się konflikty i sposoby na ich rozwiązanie. Tam bohaterowie uczą się wzajemnie słuchać i rozumieć... W sposób tyleż fascynujący, co poruszający. Jestem oczarowana! Absolutnie zauroczona efektem współpracy Marcina Bruczkowskiego i Moniki Borek, która "dała głos" Amandzie. Sposób przedstawienia fabuły z dwóch różnych punktów widzenia, męskiego i kobiecego, okazał się niezwykle trafiony, pozwolił bowiem spojrzeć na dane wydarzenia z różnych, odmiennych perspektyw, a od czasu do czasu uzupełnił to i owo. "Radio Yokohama" to książka, którą się chłonie i połyka. Nie, żeby była w niej jakaś niesamowicie wartka akcja, którą śledziłoby się z zapartym tchem i kropelkami potu na twarzy. Nie. A mimo to się ją chłonie. Powieść przyciąga i hipnotyzuje swoją pozytywną energią; gdy raz się jej zasmakuje, trzeba sięgnąć po dokładkę - i tak się bierze te dokładki, łapczywie, aż do samego końca. Książka jest nadzwyczaj... przyjemna (choć nie jest to zbyt fortunne określenie). Taki balsam na poszarpane nerwy. Czyta się ją lekko (i stanowczo zbyt szybko), mnóstwo w niej fajnych, ciepłych fluidów. Gdy się do tego doda trafne, błyskotliwe spostrzeżenia na temat ludzkiej natury (mniej lub bardziej japońskiej), lekko absurdalne poczucie humoru i rewelacyjne zabawy językiem, wychodzi naprawdę świetna mieszanka. Gdy zaś ta mieszanka podszyta jest Życiem - efekt jest powalający. Przyznaję: podczas lektury robiło mi się ciepło na serduchu, a mięśnie twarzy, niczym niezależny byt, same wyginały się w potężnego banana. Nie ma takiej siły, która odwiodłaby mnie od zapoznania się z pozostałymi 75% książek Marcina Bruczkowskiego. Na pierwszy ogień pójdzie "Bezsenność w Tokio", bo tę już mam. A do tej tajemniczej rozgłośni radiowej na pewno jeszcze kiedyś wrócę; zwłaszcza wtedy, gdy świat będzie wyjątkowo szary i nieprzyjemny.
środa, 17 czerwca 2009
![]() Rewelacja! Książka absolutnie niebanalna, wyjątkowa i wciągająca jak diabli :) Anglia, XIX wiek. Magii się już podobno nie praktykuje, zostali sami teoretycy. Do Londynu przybywa więc, by obalić ten mit, Gilbert Norrell, jedyny praktykujący mag. I przy okazji zamierza też wspomóc kraj w niełatwej walce z Napoleonem. Niechcący jednak sprowadza do stolicy dżentelmena o włosach jak puch ostu, który ma pewne niecne plany i ani myśli zostawić Anglików - przynajmniej niektórych - w spokoju. A sprawy dodatkowo się komplikują, gdy do Norrella dołącza ambitny uczeń, Jonathan Strange... Susanna Clarke stworzyła coś naprawdę niepowtarzalnego. Z powodzeniem zestawiła magię z bitwą pod Waterloo, ludzi z mrocznymi elfami, Byrona z dżentelmenem o włosach jak puch ostu, Anglię z królestwami Króla Kruków, światło z mrokiem i dowcip z grozą, łącząc to wszystko w bardzo spójną całość, jedyną w swoim rodzaju, nietuzinkową. Najbardziej rzuciło mi się w oczy to, że pisarka rezygnowała z wydeptanych ścieżek i podążyła swoimi własnymi. W powieści nie znajdziemy więc utartych, wyświechtanych schematów. Dotyczy to nie tylko wykreowanego przez Clarke świata czy fabuły, ale też bohaterów - a ci są tutaj barwni, nieszablonowi i zdają się żyć własnym życiem. I pomimo ich licznych wad nie sposób ich nie polubić. Nawet czarnych charakterów. Choć "Jonathan Strange i pan Norrell" skrzy się od magii i niezupełnie naturalnych zjawisk, kunszt pisarki sprawia, że nietrudno zapomnieć o tym, że jest to fikcja. Powodów jest wiele. Począwszy od tego najbardziej oczywistego, czyli historii wmieszanej w fabułę, poprzez absolutnie wiarygodne splecenie magii z życiem codziennym i rewelacyjne oddanie realiów XIX-wiecznej Anglii, nawiązania do (fikcyjnych) dzieł literackich i niemal dwieście przypisów zgłębiających pewne tematy, aż po genialny dobór miejsca i czasów. Bo czyż można wyobrazić sobie bardziej pasujące do praktykowania magii miejsce, niż Anglia z jej tajemniczymi mgłami, wszechobecną szarością i posępnymi dżentelmenami w ciemnych frakach? Język książki jest równie niebanalny co fabuła; na tyle, że trudno go opisać. Niezwykle barwny i plastyczny. Pozornie poważny powagą XIX-wiecznych dżentelmenów, a jednak podszyty tak uwielbianym przeze mnie subtelnym ironicznym humorem. Myślę, że gdyby spotkali się Terry Pratchett, Jane Austen i Charles Dickens i spróbowali napisać powieść z elementami gotyku i fantasy, to wyglądałaby ona właśnie tak :) [marudzenie]Polskie wydanie wydało mi się średnio satysfakcjonujące. Książkę, w oryginale jednotomową, rozdzielono na trzy osobne części, przy czym pierwsza, jeśli się o powyższym fakcie nie wie, może się wydać nieco zniechęcająca. Ponadto zabrakło rewelacyjnych, klimatycznych ilustracji Portii Rosenberg, które ukazały się w angielskim wydaniu. Szkoda.[/marudzenie] Podsumowując, podobało mi się w tej powieści chyba wszystko (już mniejsza o wydanie). Fabuła mnie porwała, bohaterowie wzbudzili sympatię, a język oczarował. Przyjemności z lektury miałam co niemiara :) Polecam gorąco - nawet osobom, które nie mają ciągot do fantastyki. Szkoda by było przegapić taką perełkę. Poniżej jedna z ilustracji Portii Rosenberg. Więcej znajduje się tutaj, na stronie autorki. ![]()
sobota, 11 kwietnia 2009
![]() Główna bohaterka powieści, Alice Chaplin, jest matką trójki dzieci. Świat, który ją otacza, pełen jest niebezpieczeństw i zasadzek, przed którymi Alice musi chronić swoje pociechy o każdej porze dnia i nocy. Jednym z takich niebezpieczeństw są egzaminy wstępne do elitarnego gimnazjum, do których już niedługo będzie musiała podejść Molly, jej córka. Wszystko jednak wskazuje na to, że dziewczynka sobie z nimi nie poradzi. Tak przecież być nie może, w końcu wszystkie jej koleżanki wybierają się do tej szkoły, a poza tym Molly zasługuje na wszystko co najlepsze, a co za tym idzie, najbardziej ekskluzywne. W takiej sytuacji Alice postanawia zakasać rękawy i pójść na te egzaminy, udając własną jedenastoletnią córkę. A jest to dopiero początek przygody... W swojej powieści O'Farrell przedstawia obraz hermetycznego środowiska należącego do angielskiej klasy średniej, w którym rodzice cierpią na przerost ambicji wobec własnych dzieci. Próbują uczynić z nich chodzące ideały i zawsze wiedzą lepiej, co dla nich najlepsze. Organizują im każdą wolną godzinę - szermierka, kółko literackie, korepetycje - byle tylko ich własna pociecha była w jak najbardziej wyedukowana, rozwinięta i osiągała najwyższe wyniki. Wszystko to, oczywiście w imię jak najlepszej przyszłości. Bałam się, że gdy Jamie wkroczy w okres dojrzewania, zacznie olewać szkołę i będzie się całymi dniami wałęsał po podziemiach metra w towarzystwie innych wykolejeńców, jeżdżąc w górę i w dół po ruchomych schodach i przylepiając gumę do żucia do sutków modelek na billboardach z reklamami biustonoszy. A wszystko dlatego, że nie zapisaliśmy go w porę na lekcje klarnetu.Przedstawiony w książce problem jest przejaskrawiony; rodzice w swym zachowaniu nierzadko przekraczają granice absurdu. Więc chociaż pewne wydarzenia trudno traktować poważnie, to zagadnienia poruszane przez O'Farrella mogą czasem dać do myślenia, zaś takie zabiegi jak ironia czy przerysowanie tylko podkreślają co istotniejsze kwestie. "Może zawierać orzeszki" napisana jest lekkim, humorystycznym językiem. Zdarzyło mi się nawet podczas lektury kilka razy roześmiać ;) Jednak mniej więcej w drugiej połowie pisarz uderzył w sentymentalno-moralizujący ton i zepsuł mi nieco radochę z czytania. Po pierwsze dlatego, że zwyczajnie takich wycieczek nie lubię, a po drugie, było to absolutnie zbędne. I bez tego przekaz książki był jasny i zrozumiały. Mimo wszystko polecam, ot tak, dla relaksu :)
środa, 24 grudnia 2008
Od dawna planowałam sobie, że w okresie świątecznym przeczytam "Wiedźmikołaja". No i udało mi się :) Czy to możliwe, że są takie istoty, które chciałby pozbyć się (a w zasadzie "doprowadzić do końca") Wiedźmikołaja, tego poczciwego grubasa w czerwonym wdzianku, z workiem prezentów? Jak się okazuje, jest to możliwe, czego wyrazem jest zlecenie, które lord Downey, przewodniczący Gildii Skrytobójców, dostaje przed Nocą Strzeżenia Wiedźm. Najodpowiedniejszą osobą do wykonania tego zlecenia jest pan Herbatka, wiecznie uśmiechnięty, błyskotliwy i odważny, a zarazem budzący grozę i chyba nie do końca zrównoważony skrytobójca: Pratchett, moim zdaniem, pisze książki bardzo dobre i dość zakręcone. "Wiedźmikołaj" jest wyjątkowo dobry i mocno zakręcony. Czytało mi się go wyśmienicie. Jednakże, w przeciwieństwie do innych powieści o Świecie Dysku, z jakimi dotychczas miałam okazję obcować, ta momentami była wzruszająca i przeszywająco smutna, pomimo wszechobecnego ciętego dowcipu i błyskotliwych żartów. Pisarz znany jest ze swojego zamiłowania do parodiowania popularnych osób, zjawisk czy idei. Tym razem wziął na tapetę Boże Narodzenie, a ściślej mówiąc sposób, w jaki ludzie traktują dzisiaj świąteczne tradycje. Obraz, jaki przedstawił w "Wiedźmikołaju", jest dość przygnębiający: komercjalizacja, prezenty i obficie zastawiony stół jako główne (jeśli nie jedyne) elementy świąt, brak wrażliwości, empatii i chęci dzielenia się z innymi oraz zanik magii i wiary w cuda. Ponadto, Pratchett dał na przykładzie Śmierci do zrozumienia, że pomoc najuboższym i najbardziej potrzebującym nie musi kosztować wiele wysiłku, a może zdziałać niewyobrażalnie wiele. Paradoksalnie, ze wszystkich istot w Świecie Dysku to właśnie Śmierć okazał się najbardziej ludzki.
Sam film mogę określić mianem psychodelicznego. Gnom Kurzajka, Wróżka Wypadających Włosów, pożeracz skarpetek... Wielka, straszna, mordercza szafa, Nożycoręki i inne koszmary nawiedzające małe dzieci... Skrytobójcy, Śmierć, alkohol... A to wszystko, m.in., w Zamku Wróżki Zębuszki ;) Taka "Alicja w Krainie Czarów" połączona z Monty Pythonem :) Nie polecam jednak filmu osobom, które nie miały do czynienia ze Światem Dysku. Jest w nim mnóstwo elementów, które mogą okazać się niezrozumiałe dla osób niezaznajomionych z prozą Pratchetta, a co za tym idzie - mogą zirytować widza i sprawić, że frajda z oglądania filmu będzie mniejsza. | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||