...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

,

statystyka
czwartek, 19 sierpnia 2010



Larry Weller to mężczyzna, jakich wiele. Niczym szczególnym się nie wyróżnia. Wiedzie dość pospolite życie - przypadkowo wybiera karierę, przypadkowo odkrywa swoją pasję (choć trzeba przyznać, że ta jest całkiem oryginalna), żeni się, płodzi dziecko, bierze rozwód, choruje, starzeje się. Ma pospolite pragnienia, pospolite obawy i pospolite problemy. W zasadzie nie ma nawet o czym gadać.

Historię tego pospolitego człowieka, od młodości po tytułowe przyjęcie w późnych latach jego życia, poznajemy w kilkunastu sprytnie skonstruowanych rozdziałach. Każdy z nich zbudowany jest bowiem w oparciu o jeden istotny dla bohatera motyw (rodzina, penis, tweedowa marynarka od Harrisa) i w nawiązaniu do niego odkrywa przed nami życiorys Larry'ego: kolejne mniej lub bardziej przełomowe momenty z jego życia, migawki z dnia codziennego, istotne zmiany, rutynę.

Istotą tej powieści nie jest fabuła, a to, co sami z niej wydobędziemy. Ciężko tu nawet mówić o interpretacji, bo przesłanie Shields wydaje mi się dość jasne. Nie bez powodu uczyniła Larry'ego budowniczym labiryntów, wielkich mozaik, po których człowiek błądzi, gubi się, traci nadzieję, wątpi, aż w końcu dociera do celu, w którym czeka miła nagroda za dotychczasowe trudy. Analogia do ludzkiego życia jest tutaj oczywista. No więc nie o interpretację chodzi, a o rodzaj emocji, jakie powieść może wywołać, o sposób, w jaki się na nią spojrzy. Jak z tą szklanką, do połowy pełną lub do połowy pustą.
Nie wiem, czy to Shields była pesymistką i w takim właśnie duchu stworzyła tę powieść, czy to kwestia mojej wrodzonej ponurości, czy raczej wybrałam na lekturę "Przyjęcia u Larry'ego" wyjątkowo smętny okres mojego życia - w każdym razie zdołowała mnie ona okrutnie.
Ta świadomość, że części składowe naszego życia to pierdoły, na pozór nieistotne, ale to przecież one nas kształtują. Świadomość, że na masę rzeczy nie mamy wpływu, a naszym losem kieruje często przypadek. Świadomość żuczkowatości w tym wielkim, nie zawsze przyjaznym świecie; ulotności chwili, bólu przemijania, tęsknoty za przeszłością i niepewności jutra. Fakt, że niby wszyscy zmagamy się z podobnymi problemami, mógłby być w pewnym stopniu pocieszający, gdyby nie to, że w gruncie rzeczy każdy z nas prowadzi swą walkę samotnie. No i ten cholerny labirynt, tak podstępny w swym zagmatwaniu.
A także świadomość setki innych rzeczy, których nie odważę się tutaj wymienić.

Jednak pomimo tego doła, który z każdym rozdziałem stawał się coraz głębszy i ciemniejszy, powieść czytało mi się nadzwyczaj przyjemnie. Shields rewelacyjnie operowała słowem, była z niej znakomita obserwatorka ludzkich zachowań, bystra i wnikliwa. Dość nietypowo podchodziła do niektórych zagadnień, a rzeczywistość opisywała w sposób szczery, otwarty, a także lekki, z humorem i domieszką delikatnego sarkazmu.
"Przyjęcie u Larry'ego" jest w dużej mierze podobne do "Kroniki rytej w kamieniu" - podobna idea, wnikliwość i dowcip, podobny przekaz. Jednak w najmniejszym stopniu nie miałam wrażenia, że mam do czynienia z czymś wtórnym.

W 1998 roku "Przyjęcie u Larry'ego" zostało uhonorowane Orange Prize.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Ledwo człowiek daje radę blogaska ogarnąć, a tu go Boo łańcuszkiem molestuje ;)


Wypadłam na jakiś czas z blogowego świata (głównie na skutek awarii laptopa - kombinowałam jak koń pod górkę i w końcu odzyskałam dane z dysku, ale nim do tego doszło, długo nie miałam dostępu do swoich zakładek) i z książkowego (tutaj winę ponosi absolutnie fenomenalny! "True Blood" oraz troszeczkę PS3).


Wracając do łańcucha:

1) Do jakiego kraju, miasta chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą?
Do głowy przychodzi mi Barcelona, która zachwyciła mnie w "Tajemnicy Gaudiego".

2) Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania w wakacje?
To samo co w niewakacje ;) Łóżko, ewentualnie kanapa (a mamy nowe, bardzo wygodne do czytania! :)). W miejscach publicznych za bardzo się rozpraszam: a to ludzie kwiczą, a to wiatr zawieje, tu robal usiądzie, tam coś zatrąbi...

3) Poleć mi jedną książkę do przeczytania na wakacje.
Myślę i myślę, ale do jednej nie potrafię się ograniczyć.

4) Jaka jest Twoja najnowsza lektura? Co zaczęłaś czytać?
Dostałam ostatnio i niemal natychmiast zaczęłam czytać "Prawdziwy świat" Natsuo Kirino. I zawiodłam się trochę, bo to nie jest Kirino, jaką znam i uwielbiam.

Imiennie nikogo nie wybiorę, ale chętnych jak najbardziej zapraszam do odpowiedzi :)

środa, 07 lipca 2010



Sięgnięcie po tę książkę było lekko ryzykownym przedsięwzięciem. Tematycznie zdawała się tak odległa, jak tylko się da: mam sporą niedowagę, w życiu nie poświęciłam ani sekundy na liczenie kalorii ani nie musiałam sobie odmawiać kolejnego kawałka, dajmy na to, tortu. Uaktywniłam więc pokłady empatii, bo na ewentualnym doświadczeniu polegać w tym przypadku nie mogłam, i zasiadłam do lektury.


Szybko się okazało, że treść "Baleronowej ponad wagą" jest mi jednak dość bliska. Nie jest to bowiem rzecz o żmudnym układaniu codziennego jadłospisu, ciągłym utyskiwaniu na zbędne kilogramy czy potencjalnym braku silnej woli i samozaparcia; na próżno szukać tu tabel kalorii i przepisów kulinarnych. Za to jest to zbiór migawek z życia przeciętnej kobiety, ujęty w zdecydowanie nieprzeciętny sposób, lawirujący wokół nie tyle nadwagi właśnie, co bardziej uniwersalnych tematów: uczenia się samoakceptacji oraz czerpania przyjemności z małych, zwyczajnych spraw.

Powieść ta pierwotnie była podobno blogiem, stąd też wrażenie owych migawek. Przed oczami przemyka nam w krótkich rozdziałach codzienność: posiadówa z przyjaciółkami, zakupy, wizyta u sąsiadki. A i nie w każdym rozdziale Baleronowa jest główną bohaterką - czasami do głosu dochodzą takie cuda jak cebula czy nowy ciuch w szafie. I choć fabularnie książka nie wbija w fotel (w zasadzie trudno tu mówić nawet o fabule), to perypetie i przemyślenia Baleronowej są tak sympatyczne, że ciężko nie poddać się ich czarowi.
Do owego uroku przyczynia się znacznie język powieści, miejscami poetycki, miejscami fikuśny. Autorka chętnie ucieka się do różnego rodzaju metafor, personifikacji i innych myków językowych. Ciekawie zestawia słowa, delikatnie bawi się składnią. Dzięki temu świat widziany oczami Baleronowej wydaje się ciekawszy, świeższy i bardziej niezwykły niż to, do czego przywykłam i co obserwuję na co dzień. I przyznam, że następnym razem chętnie zobaczyłabym Annę Ślęzak w wydaniu cięższego kalibru, bo zestawienie takiego stylu z zupełnie poważną, trudną tematyką mogłoby przynieść piorunujący efekt.

Lekkość i świeżość języka czyni z "Baleronowej ponad wagą" idealną lekturę na wakacje (choć na jesienne smutki też mogłaby pomóc). Toteż zachęcam, czytajcie, póki lato w pełni :)

piątek, 18 czerwca 2010



Film ten (którego polski tytuł brzmi "Bojaźń i drżenie") oparty na autobiograficznej książce Amélie Nothomb wydanej u nas jako "Z pokorą i uniżeniem", leciał sobie jakiś czas temu w telewizji. (Swoją drogą - czy branże książkowa i filmowa nie mogą się jakoś zgrać z tymi tytułami?!) Gdy do niego zasiadłam, byłam przekonana - nie bezpodstawnie zresztą - że oto za chwilę obnażone zostaną przede mną prawdy dotyczące funkcjonowania japońskiej korporacji, z jej hierarchicznym porządkiem, egzotyczną, specyficzną atmosferą i niezrozumiałymi dla gaijinów niuansami. O tym miał być ten film. Dlatego poczułam się oszukana, gdy zdałam sobie sprawę, że "Bojaźń i drżenie" to przede wszystkim opowieść o pewnej, wybaczcie tę bezpośredniość, kretynce, zaś japońska korporacja jest tu zaledwie tłem do wydarzeń, a zderzenie kultur sprawą drugorzędną.


Rozdrażnił mnie ten film jak mało co. Główna bohaterka, Amélie, przyjeżdża do Japonii, by pracować w tamtejszej korporacji, i nie wkłada najmniejszego wysiłku w to, by poznać panujące tam zwyczaje i zasady. Najmniejszego. Zachowuje się, jak gdyby wciąż była w Europie (zresztą z takim nastawieniem powinna była w niej zostać) i dziwi się, że nie podoba się to współpracownikom. Jest niemożliwie zuchwała. Zero pokory, zero wrażliwości - zamiast tego całe pokłady arogancji i ignorancji ukryte pod cieniutką warstewką wątpliwej jakości poczucia humoru (które rozpoznałam raczej intuicyjnie). Ta lekceważąca postawa Amélie, jej kpiący stosunek do japońskiej obyczajowości, głupkowate zachowanie oraz ogólne nierozgarnięcie umysłowe (miała na przykład problem z dopilnowaniem, by w kilku toaletach na krzyż nie brakowało papieru) tak mnie zirytowały, tak przysłoniły całą resztę filmu, że poza ogólnym rozdrażnieniem niewiele z niego wyniosłam. Do końca dobrnęłam tylko dzięki sile woli i samozaparciu.
I jeśli cała ta historia rzeczywiście oparta jest na faktach, to ja panią Nothomb pozdrawiam serdecznie...

Książki "Z pokorą i uniżeniem" nie czytałam (i nie mam zamiaru), ale podobno ekranizacja jest jej wierna. Z autorką miałam zresztą do czynienia tylko raz (wymęczyłam "Słownik imion własnych" dawno temu) i za dalsze tego typu przygody dziękuję. Utwory tej pani - jej sposób postrzegania świata, owo wątpliwe poczucie humoru, jej z lekka groteskowe i mocno specyficzne ścieżki rozumowania - to zdecydowanie nie moja bajka. Nothomb to jedna z tych pisarek, których popularności jakoś nie potrafię zrozumieć.

poniedziałek, 07 czerwca 2010

Wycwaniłam się i do losowania wykorzystałam znaleziony w sieci program o zaskakującej nazwie Losuj ;) (Metoda może i mało widowiskowa, ale za to skuteczna.)


Najpierw wklepałam nicki osób, które zgłosiły chęć posiadania "Woodwarda":




Następnie kliknęłam w odpowiedni przycisk.
Książkę otrzyma...




Marobas! :)

Serdecznie gratuluję i proszę o kontakt pod germini(at)gazeta.pl.

wtorek, 01 czerwca 2010



Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Tytułowy Max Woodward to chłopiec wychowywany w toksycznej rodzinie: przez despotycznego ojca, który nie stronił od alkoholu, oraz uległą matkę, która nad samopoczucie syna przedkładała spokój w małżeństwie. Chłopak czuł się tak samotny, nieszczęśliwy i sfrustrowany, że w końcu postanowił rozstać się ze światem. Tym samym dołączył do grona dzieci, które próbowały popełnić samobójstwo, ale przeżyły. Zapadły jednak w wieloletnią śpiączkę, przenosząc się do równoległego świata, w którym ich umysłami kierował tajemniczy, ekscentryczny staruszek, Bober Banary.


Pierwsze rozdziały pochłonęłam z zapartym tchem. Byłam ciekawa, co też ten Bober tam kombinuje, i z przejęciem obserwowałam zmagania Woodwarda z ojcem tyranem i alkoholikiem, źródłem większości jego problemów. Gdy jednak Max zapadł w śpiączkę i znalazł się w Krainie Pomylonego Dzieciństwa, zaczęły się schody, które były długie i kręte, biorąc pod uwagę, że owa Kraina zajmuje lwią część powieści.
Otóż miałam wrażenie, że Jacek Roczniak pisał te rozdziały dla samej przyjemności pisania, dla czystej frajdy, jakby wpadł w trans, niejako zapominając tym samym o czytelniku. Niektóre rozdziały były według mnie dość chaotyczne w przekazie i nazbyt drobiazgowe w opisach, co powodowało pewne trudności w odbiorze. Czasami czułam się zmęczona lekturą, czasem czułam, jakby zalewała mnie masa słów, niosąca w sobie nieproporcjonalnie mniej treści i zdarzały się chwile, że ciężko było mi śledzić poczynania Maxa lub ogarnąć kontekst. Z tego też powodu uważam, że tę część, Krainę Pomylonego Dzieciństwa, swobodnie można byłoby skrócić o połowę, nie tylko bez szkody dla całości, ale i z pożytkiem.
Z ulgą wydostałam się z Krainy, a zakończenie wydało się co najmniej równie ciekawe co początek i częściowo zrekompensowało mi wszelkie niedogodności.

Powieść jest naszpikowana emocjami przeróżnej maści. Często bolesnymi, zwłaszcza w rozdziałach dotyczących sytuacji rodzinnej Maxa. Czasami pozytywnymi, jako że mnóstwo tu miłosnych wyznań i uniesień - zdarzało się jednak, że te bawiły mnie swoją podniosłością, choć przypuszczam, że nie był to zamierzony efekt. Sama Kraina, choć raczej nie przypadła mi do gustu, ma tę zaletę, że można ją interpretować i rozumieć na rozmaite sposoby.

Podoba mi się pomysł na całą tę otoczkę, jaką stworzył autor: blogi (Jacek Roczniak oraz Kulisy) ze zdjęciami, rysunkami i oszczędnie dawkowanymi informacjami, które mają rozbudzić w czytelnikach ciekawość oraz podsycić ich pragnienie przeczytania kolejnych dwóch tomów, które ukażą się w przyszłości. Rzeczywiście można się nabrać i uwierzyć, że ta historia jest prawdziwa. Ja się nie dałam, ale i tak podziwiam autora za wysiłek i za ten dziwny, magiczny świat, w którym zdaje się tkwić.

Na koniec jeszcze słówko o fizycznej stronie książki. Okładka jest świetna: zarówno dziwna, precyzyjnie narysowana twarz, jak i brak jakichkolwiek tekstów poza tytułem na grzbiecie przykuwają uwagę i wprowadzają aurę tajemniczości. Poraża natomiast ogromna ilość błędów, głównie interpunkcyjnych, oraz literówek.

Przyznać muszę, że "Woodward" mnie trochę rozczarował, zwłaszcza że po lekturze innych blogowych recenzji, tak pełnych zachwytów, spodziewałam się, że powieść rzuci mnie na kolana. I może nawet by tak było, gdyby była bardziej zwarta, konkretna i gdyby świat realny przeważał ilościowo nad fantastycznym.

Wobec powyższego (oraz podpinając się przy okazji pod Dzień Dziecka :)) chętnie przekażę swój egzemplarz dalej, żeby znalazł swoje miejsce w tym świecie, bo my zwyczajnie nie jesteśmy sobie przeznaczeni. Zgłoszenia zostawiajcie do końca najbliższego piątku w komentarzach pod notką. Jeśli będzie Was więcej, zrobię losowanie :)