...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

,

statystyka
piątek, 24 września 2010



Nie przepadam za opowiadaniami. Ich długość często nie pozwala mi na porządne zadomowienie się w stworzonym przez autora świecie, na bliższe poznanie bohaterów. Często wydają się jakby wyrwane z kontekstu, niczym strzępki czegoś większego, pełniejszego, czego - ku mojej irytacji - nigdy przecież nie poznam.

W zasadzie to samo mogę powiedzieć o "Nocturnes: Five Stories of Music and Nightfall", zbiorze opowiadań Kazuo Ishiguro: są niczym okruchy jakiejś tajemniczej całości, niedopowiedziane, z minimalnie zarysowanym kontekstem. Ale mimo to całkowicie mnie urzekły i rozkochały w sobie.

Tomik składa się z pięciu opowiadań, w których kluczowym, wspólnym elementem jest muzyka. Poznajemy w nich gitarzystę grywającego w Wenecji do kotleta, który pewnego dnia spotyka sławnego piosenkarza i pomaga mu zorganizować niespodziankę dla jego małżonki. Poznajemy życiowego nieudacznika, który odwiedza parę przyjaciół z czasów młodości (z którymi spędził niejedną godzinę przy magnetofonie i przeprowadził niejedną żarliwą dyskusję na temat muzyki) i pomaga im uratować ich rozpadające się małżeństwo. Niespełnionego muzyka, który przyjeżdża na angielską prowincję, by pomóc siostrze i jej mężowi prowadzić restaurację, a w międzyczasie komponować piosenki; brzydkiego saksofonistę, który poddaje się operacji plastycznej, by jego nowy wygląd pomógł mu zrobić karierę. I wreszcie wiolonczelistę, któremu pewna tajemnicza, niezwykła Amerykanka pomaga udoskonalić warsztat.

Może z tych moich lakonicznych opisów nie da się tego wywnioskować, ale Ishiguro stworzył przejmujące historie o dużym ładunku emocjonalnym. Każda z nich żyła we mnie na tyle intensywnie, że musiałam ją sobie na spokojnie przetrawić i nie byłam w stanie od razu przeskoczyć do kolejnej, dlatego dawkowałam sobie po jednej dziennie. Szalenie smutne, choć momentami odrobinkę absurdalne. Pełne silnie działających na wyobraźnię niedopowiedzeń. Melancholijne i tak bardzo jesienne, ponieważ cały tomik sprowadza się w zasadzie do kilku rzeczy: konfrontacji marzeń i planów - zwłaszcza tych młodzieńczych - z rzeczywistością, przemijania i upływu czasu, zdolności do poświęceń dla najbliższych i dla pasji oraz cieniutkiej granicy między pasją a koniecznością.
Dodam, że pomimo melancholijnego oddźwięku, książka jest całkiem dynamiczna. Pisarz po mistrzowsku stopniował napięcie tak, że oderwanie się od lektury w połowie każdego opowiadania było prawie niemożliwością i z zapartym tchem czekałam na moment kulminacyjny.

"Nocturnes" to idealna lektura na jesienną przygnębiającą niepogodę. Myślę, że Ishiguro się tymi opowiadaniami zrehabilitował po średnio według mnie udanym "Nie opuszczaj mnie". Polecam!

sobota, 18 września 2010



Czy z połączenia wampirów, pary mnichów ze świętej wyspy, płatnego mordercy wystylizowanego na Elvisa, mafii, czarnoskórego detektywa, emerytowanego policjanta, wróżki i innych indywiduów może wyjść coś dobrego? O dziwo - może!


Rzecz dzieje się w Santa Mondega, amerykańskiej mieścinie, w której pięć lat wcześniej tajemniczy Bourbon Kid dokonał rzezi. Zbliża się zaćmienie, a w miasteczku zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Masa osób zaczyna gorączkowo szukać cennego kamienia, Oka Księżyca. Jessica, której udało się przeżyć masakrę sprzed kilku lat, wybudza się ze śpiączki. W związku z kolejnymi morderstwami na miejsce przybywa detektyw Jensen z Wydziału Śledczego do Spraw Nadprzyrodzonych i nawiązuje współpracę z emerytowanym, zdziwaczałym policjantem, który za cel swojego życia obrał sobie dorwanie Bourbon Kida. Również tytułowa książka bez tytułu anonimowego autora zdaje się odgrywać w tym wszystkim niemałą rolę.
Trup ściele się gęsto, Sanchez, właściciel miejscowej speluny, znowu musi biegać z mopem, wycierać litry krwi i sprzątać zwłoki, a im bliżej zaćmienia, tym bardziej wszyscy są poddenerwowani...

"Księga bez tytułu" to miks gatunków i stylów. Niemal w całości składa się ona z klisz i bardziej znanych motywów z popkultury. Takich odwołań jest tutaj masa (i jestem ciekawa, ilu nie skojarzyłam). Mamy tu "Desperado", mały przekrój filmów Tarantino, Bonnie i Clyde, którzy nagle zamieniają się w Langdona i Neveu, "The Ring" (co już zresztą widać w całej marketingowej otoczce) i mnóstwo innych rzeczy. Co chwilę można się natknąć na jakiś znajomy motyw i poczuć się swojsko, lecz fabuła jest tak zagmatwana, nieprzewidywalna i naszpikowana zwrotami akcji, że pomimo swej swojskości - wciąga i mocno zaskakuje. Oraz, co chyba najważniejsze, bawi, i to mocno.

Powieść, pomimo wszechobecnego absurdu, który mógłby nasuwać skojarzenia z żenująco niskim poziomem, jest naprawdę sprawnie i dobrze napisana. Język (obfitujący w wulgaryzmy oraz niewybredne opisy ohydztw, toteż książka nie nadaje się dla wrażliwców) i poczucie humoru momentami przypominały mi Christophera Moore'a. Nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że to właśnie on ją napisał. Zresztą w internecie krążą najróżniejsze plotki co do autora. Trafiłam nawet na
informację, że jest nim Tarantino (w co osobiście nie wierzę, głównie dlatego, że za twórczością tego pana nie przepadam, a książka przecież mi się spodobała ;)).


Dodam jeszcze, że "Księga bez tytułu" wydała mi się o tyle fascynująca, że przecież jest zbyt absurdalna, by potraktować ją poważnie, a zarazem napisana ze zbyt wielkim zaangażowaniem i bez wyraźnych wskazówek co do swej pastiszowej konwencji, by zasiać ziarenko niepewności, czy to aby na pewno tylko żart.

Naprawdę miło wspominam czas spędzony z tą powieścią. Polecam ją wszystkim, którym wszelkie dziwactwa i wynaturzenia są nie straszne i którzy lubią czasem spędzić czas nad czymś lekkim i niekoniecznie mądrym :)

sobota, 11 września 2010

Skromny, ale cieszy ;)




Przygnębiającego "Niebieskiego ptaka", melancholijną "Sprawę osobistą" oraz kiepski "Prawdziwy świat" już przeczytałam i wkrótce napiszę o nich coś więcej.
"Nocturnes" właśnie zaczęłam - swoją drogą upolowałam tę książkę na BookMoochu i byłam przekonana, że zaginęła w akcji, ale po kilku miesiącach zrobiła mi przemiłą niespodziankę, trafiając do mojej skrzynki :)

"Dom duchów" to mój najświeższy nabytek. Nie mogłam znaleźć tej powieści w żadnym sklepie (choć przyznaję, że "odkryłam" Allende dopiero w tym roku, więc książka miała prawo się rozejść w ciągu ok. dwóch lat od wznowienia trylogii). A że o kolejnym wznowieniu nie wiedziałam, to prawie zeszłam śmiertelnie z radości, gdy dostrzegłam ją na półce w księgarni. Złapałam szybko, pobiegłam ze zdobyczą do kasy i wróciłam do samochodu, zaglądając po drodze co chwilę do worka, żeby sprawdzić, czy na pewno nic mi się nie przywidziało i czy to na pewno "Dom duchów" właśnie ;)
"Klucz Sary" oraz "Czas celibatu" wypatrzyłam w rewelacyjnej taniej księgarni w Poznaniu (której szalenie poznaniakom zazdroszczę!).
"Krucha jak lód" będzie jak znalazł na cięższe czasy, "Ostatnią cesarzową" porównam sobie z wariacją na temat życia Cixi autorstwa Pearl S. Buck, "Malowany ptak" musi sobie dojrzeć na półce, a na "Miasto Śniących Książek" już zacieram rączki :)


A tak poza tym znowu laptop mi umarł i zaczynam to już traktować jako pewnik, stały punkt w moim życiu. Może się walić i palić, najbliżsi mogą mnie zdradzić i opuścić, ale na laptopa, że się zepsuje, najwyraźniej zawsze mogę liczyć ;) (Dodam tylko, że czuję się jakby sprowokowana. Zawsze dotąd potrafiłam ewentualne komputerowe usterki naprawić albo chociaż zlokalizować, ta mnie jednak na razie robi w konia, nie pozwalając się odnaleźć, więc traktuję to jako swego rodzaju wyzwanie.)

No i ciągle mi zimno. Spółdzielnia zamula z ogrzewaniem, toteż muszę się wspomagać herbatą (ale nie jakąś smakową, owocową, tylko porządnym, gorzkim earl greyem, od którego jestem chyba uzależniona) i piję kubek za kubkiem (a mam taki fajny 750ml :)). Prognozy pogody na zimę (że niby ma być ostrzejsza i mroźniejsza od poprzedniej) jakoś też nie nastrajają.
Nie nastraja również remont ulicy nieopodal, z którym genialni drogowcy się nie wyrobili i teraz naparzają po nocach młotami pneumatycznymi i innymi egzotycznymi dla mnie maszynami.
A skoro już tak wyliczam nienastrajające rzeczy, to napomknę jeszcze o służbie zdrowia. Do poradni neuro już na ten rok nie zapisują w moim mieście, a na nowy - jeszcze nie. Od ręki załatwiają tylko przypadki, w których istnieje bezpośrednie zagrożenie życia lub zdrowia. Ale czasem trzeba zrobić badania, żeby owo zagrożenie stwierdzić, prawda? Po raz kolejny się przekonuję, że trzeba być w naprawdę fatalnym stanie, żeby zostać przyjętym - a i wtedy trzeba najpierw jakieś osiem godzin odsiedzieć w poczekalni.
No, to się wygadałam.

00:11, germini , kupki
Link Komentarze (18) »
piątek, 10 września 2010

 

Czas mija podejrzanie szybko. Choć żyłam w przekonaniu, że jestem
w trakcie czytania cyklu Diany Gabaldon (raczej z większymi przerwami pomiędzy tomami, ale nadal w trakcie), właśnie przed chwilą spojrzałam w archiwum bloga i odkryłam, że drugą część przygód Jamiego i Claire, "Uwięzioną w bursztynie", czytałam rok temu. No zgroza normalnie. (I znowu obudzę się w grudniu lub styczniu przy jakimś podsumowaniu, że przecież Pratchetta miałam w tym roku nadrobić, po kolejną Axelsson sięgnąć, z Toni Morrison się wreszcie zapoznać...)

No, mniejsza.

"Podróżniczce" udało się zdziałać coś, co wydawało mi się przed jej lekturą niemal niemożliwe: wyrwała mnie z potężnego czytelniczego marazmu. Bo powieść wywołuje emocje - te najprostsze, najbardziej podstawowe (żadne tam wielkie, wzniosłe i wzbogacające duchowo czy intelektualnie), ale silne. Wciąga jak diabli, angażuje i, co najistotniejsze, dostarcza rozrywki. Zachwyca drobiazgową znajomością osiemnastowiecznych realiów, wyrazistymi postaciami, które uwielbiam, i wartką akcją. Przykuwa do siebie pojawiającymi się o czasu do czasu sprawdzonymi trickami (coś jak cliffhangery, dajmy na to), które jednak w tym konkretnym przypadku absolutnie nie sprawiają wrażenia tanich czy tandetnych. Książka jest tak absorbująca, tak dobrze napisana, że wcale nie czuć, że liczy sobie prawie tysiąc stron.

Powieść czytało mi się świetnie, choć odrobinę gorzej od poprzednich rewelacyjnych tomów, ponieważ Gabaldon nieco nawydziwiała z fabułą: piraci, Karaiby i statki to jednak nie do końca moja bajka. Brakowało mi trochę bajecznej Szkocji, do której przyzwyczaiła mnie autorka. (Oczywiście - co kto lubi, bo ogólnie rzecz biorąc "Podróżniczka" trzyma poziom swoich poprzedniczek.) Wszystko jednak wskazuje na to, że kolejne części cyklu sprawią mi tyle samo radochy co poprzednie, akcja bowiem przeniesie się do kolonizowanej Ameryki, czyli czegoś, co lubię, i to bardzo.
Książka jest też lżejsza od "Uwięzionej w bursztynie" - tu mamy szalone, niebezpieczne przygody, tam byli Szkoci idący na pewną śmierć, przygotowujący się do bitwy pod Culloden. Nie uważam tego za wadę, raczej za miłą odmianę, ale mam nadzieję, że w kolejnych tomach wrócą tego typu poważniejsze tony (i znowu: po kierunku, w jakim rozwija się fabuła, wnioskuję, że właśnie tak będzie).

"Obca" to naprawdę przesympatyczny, rewelacyjnie napisany cykl. Polecam, zwłaszcza na wszelkie doły, marazmy i inne nieprzyjemne dziwy.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Czasem są to drobiazgi, takie małe psikusy, jak balsam do ciała Garniera, ten w czerwonym opakowaniu, który sprytnie podszywa się pod ketchup i z dziką radością pozwala się wycisnąć na pizzę. Albo sztyft ochronny do ust, który udaje klej i cieszy się złośliwie, gdy coraz bardziej poirytowany człowiek próbuje nim coś
(oczywiście bezskutecznie) przykleić.
Czasami sprawa jest poważniejsza, a dotyczy to głównie płynów. Kawa lubi się wylewać na laptopa, piwo na komórkę, a wrzątek na mnie (ten ostatni nie odniósł dotąd większych sukcesów w tej materii, ale wierzę, że uparciuch będzie próbował dalej).
Zauważyłam jednak, że im większa* rzecz, tym bardziej i groźniej się na mnie zasadza. Weźmy na przykład taki samochód. Albo opuści klapę od bagażnika, gdy ja akurat po coś do niego sięgam, albo, współpracując z zamkiem centralnym, zatrzaśnie drzwi, podczas gdy fragment mnie nadal tkwi w środku (a dokładniej rzecz ujmując, mój lewy kciuk, który nie zdążył wysiąść).

Jednak do najbardziej niebezpiecznych rzeczy należą mieszkania (tak, tak!) - z tymi swoimi czającymi się na każdym kroku futrynami, cwanymi narożnikami i innymi wrednymi zakamarkami. Po raz pierwszy przekonałam się o tym dobrych kilka lat temu, gdy ościeżnica przywaliła mi w biodro. Długo nie mogłam się poruszać, kość była pęknięta; do dziś odczuwam skutki tego uderzenia. Obraziłam się na tamto mieszkanie i zmieniłam na takie, które wyglądało życzliwiej i sympatyczniej.
Pozory oczywiście mylą. Jakieś dwa lata temu z hakiem ościeżnica przyrąbała mi w głowę, w dodatku bardzo sprytnie, bo zgodnie z zasadą "bij tak, żeby nie było śladów". Poza maleńkim zadrapaniem, które zniknęło na drugi dzień, rzeczywiście nie było nic widać; żadnego guza, rozcięcia czy siniaka. A mimo to wylądowałam w szpitalu ze wstrząśnieniem mózgu i pękniętą czaszką.

I kolejne mieszkanie, aktualne. Długo się na mnie zasadzało (czym mnie zmyliło, bo zaczęłam się już cieszyć, że może ma przyjazne nastawienie), aż w końcu wybrało odpowiedni moment. Tym razem zaatakował mnie narożnik - i to nie byle jaki, bo wyłożony twardymi płytkami. Mało jednak, widać, doświadczony, bo guz wyskoczył mi od razu, i to spory. Wprawdzie szpitala jeszcze nie odwiedziłam, ale istnieje prawdopodobieństwo, że będę musiała.

Siedzę teraz w tym wstrętnym mieszkaniu, moim teoretycznym azylu, najbezpieczniejszym podobno miejscu, i coraz bardziej lękam się o własne życie. I zastanawiam się, co ja takiego tym rzeczom martwym uczyniłam, bo złośliwość złośliwością, ale coś takiego to już mi bardziej pod szczerą nienawiść, ewentualnie poważne zaburzenia psychiczne podchodzi.

A tak nawiasem mówiąc - ciekawa jestem, kiedy jakaś opieka społeczna postanowi przyjrzeć się bliżej mojemu mężowi ;)



* lub droższa - wciąż jeszcze mam za mało doświadczenia na tym polu, żeby być całkowicie pewną.
wtorek, 24 sierpnia 2010
("Cukiereczki")



Na stronie Merlin.pl ktoś napisał o tej książce: Dla silnych psychicznie. Nadzwyczaj trafna uwaga. Rzeczywiście trzeba być twardzielem, żeby przebrnąć przez taką dawkę irracjonalności.

Ja wymiękłam.

"Candy", a przynajmniej ta jej część, którą dałam radę przeczytać (czyli mniej więcej 1/3), to beznamiętna wyliczanka nieszczęść i na poły buntowniczych, na poły stukniętych poczynań młodziutkiej bohaterki i jej znajomych. Takie BPD w czystej postaci: problemy z kontrolowaniem gniewu, silnie autodestrukcyjne zachowania, chwiejność emocjonalna, intensywne, niestabilne związki i lęk przed odrzuceniem. W praktyce - namiętny, "przepełniony miłością" związek z osobą, która nie przepada za monogamią, narkotyki oraz dzikie, bezsensowne awantury z nożem w akcji. BPD, o którym mogłabym czytać z najwyższym zaciekawieniem, gdyby autorka pokusiła się o jakiś wgląd w duszę, psychikę bohaterki, a nie tylko sucho relacjonowała jej wyczyny - które, wobec braku powyższego, stanowiły dla mnie swego rodzaju bełkot. (Oczywiście o samym BPD w powieści nie ma mowy - to tylko moje luźne skojarzenie.)
Tła obyczajowego, zapewne fascynującego (i mówię to bez ironii) przez to moje poirytowanie, wielkie WTF?! wymalowane na twarzy podczas nieudolnych prób zrozumienia postępowania bohaterki oraz, momentami, znudzenie - nie zaobserwowałam.

Znacie zapewne to uczucie, które pojawia się, gdy po całym dniu chodzenia w wyjątkowo niewygodnych butach, zaczynacie je wreszcie zdejmować. No więc coś podobnego towarzyszyło mojej decyzji o przerwaniu lektury "Candy" :]

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40