...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      



,

statystyka
wtorek, 04 stycznia 2011

1)
Miniony rok bardzo szybko mi zleciał; miałam tyle "kulturalnych" planów, nie tylko książkowych, a zrealizowałam tak niewiele.

Może 2011 będzie lepszy.

2) Wypadłam niejako z książkowej blogosfery, jeszcze bardziej ograniczając się do cichych obserwacji i pielęgnując swoją milkliwość.

3) Swojego własnego bloga też zaniedbałam, zupełnie jakbym z dnia na dzień popadła w jakieś otępienie, jakby moje i tak znikome umiejętności formułowania myśli zamarły całkowicie.
Jedenaście książek czeka na własne notki (na samym początku obiecałam sobie, że napiszę o każdej). Daję sobie czas do końca stycznia. Jeśli mi się nie uda, potraktuję to jako swojego rodzaju znak.

4) Nie wiem, jak to się stało, że przeczytałam tak mało książek. I nawet nie mam zamiaru przyznawać się publicznie, że tylko czterdzieści jeden. Nie przebrnęłam natomiast przez od jednej do trzech (do dwóch może jeszcze wrócę, stąd ta niejasna liczba).
W dodatku w tych swoich nielicznych wyborach kierowałam się często w stronę utworów lekkich i bezbolesnych. Lektur mądrych i ważnych było niewiele. Na pierwszym miejscu zdecydowanie "Niewiedza" Kundery.
Odkryciem roku była niewątpliwie Isabel Allende. Zaczęło się od egzemplarza recenzenckiego "Sumy naszych dni", który Muza mi podstępnie podesłała, a potem samo poszło. Jeśli jeszcze nie czytaliście żadnej książki tej autorki - nie ma co zwlekać. Naprawdę :)

5) Zaczęłam sobie tumblrować. Dla mnie osobiście fajna sprawa, mogę tam trzymać w kupie różne pierdoły. Dla osób postronnych - pewnie nudy ;)
Gdybym jeszcze wiedziała, jak wstawić mikrobloga w boczną szpaltę na Bloxie, byłabym odrobinę szczęśliwsza ;)

czwartek, 30 grudnia 2010



Im bardziej coś mnie poruszyło, tym mniej potrafię o tym mówić (jak na złość, bo przecież chciałabym jak najwięcej, jak najczęściej, żeby podzielić się tym z innymi).

O "Niewiedzy" nie potrafię mówić niemal wcale. Siedzi we mnie głęboko, intensywnie daje się we znaki; czuję ją przez cały czas, lecz każda próba nazwania, sprecyzowania tych uczuć nieuchronnie kończy się porażką. No nie da rady i już. Zresztą to i tak zbyt osobiste, żeby publicznie wywlekać, nawet gdybym umiała.
Pokrążę zatem wokół tematu, mając nadzieję, że ktoś się jednak dzięki mnie skusi na "Niewiedzę", i dementując przy okazji pogłoskę, jakoby Kundera był autorem jednej tylko powieści, "Nieznośnej lekkości bytu" ;)

Poznajcie Irenę i Josefa, parę czeskich emigrantów, którzy zmuszeni byli opuścić ojczyznę po wydarzeniach 1968 roku. Ona wyjechała do Francji, on do Danii. To te kraje stały się ich nowym domem, tam ułożyli sobie życie, śniąc zarazem, jak wszyscy w podobnej sytuacji, jeden sen emigranta:
Ten sam reżyser podświadomości, który za dnia przesyłał jej jako obrazy szczęścia fragmenty ojczystego pejzażu, w nocy organizował przerażające powroty do tego samego kraju. Dzień rozświetlało piękno opuszczonego kraju, a noc rozjarzało przerażenie powrotu do niego. Dzień ukazywał jej raj, który utraciła, a noc piekło, z którego uciekła.
Gdy po dwudziestu latach otwiera się przed nimi możliwość powrotu do Pragi, korzystają z niej, choć nieufnie, niepewnie i bardziej na skutek nalegań ze strony otoczenia niż rzeczywistego wewnętrznego pragnienia. I po to tylko, by odkryć, że nikt tam na nich nie czeka. W historii ich powrotu nie ma miejsca na radość, łzy szczęścia i gorączkowe nadrabianie dwudziestu lat zaległości. Zamiast tego doświadczają bolesnego odrzucenia i ignorancji:
Najpierw kompletnym brakiem zainteresowania tym, co przeżyła za granicą, amputowały dwadzieścia lat jej życia. Teraz swym przesłuchaniem usiłują zszyć jej przeszłe życie z obecnym. Tak jakby amputowały jej przedramię i przyszyły dłoń bezpośrednio do łokcia; tak jakby amputowały łydki i połączyły stopy z kolanami.
Ścieżki Ireny i Josefa skrzyżowały się już kiedyś w Pradze, przed ponad dwudziestu laty. Teraz, gdy łączą ich podobne doświadczenia i problemy, mają skrzyżować się ponownie.

Poza tym, co napisał Kundera, nie wiem nic o bólu "emigranta z konieczności" (a nie tego popularnego dziś rodzaju emigranta, który jedzie do pracy do Anglii i tęsknotę za domem na co dzień zaspokaja na Skype, a gdy przyjeżdża na święta, z otwartymi ramionami czeka na niego rodzina). Ojczyzna nie zafundowała mi jak dotąd żadnego koszmaru (żarty o politykach sobie odpuszczę) i nie musiałam z niej uciekać. Toteż ten wątek tutaj pominę (w żaden sposób nie próbując go jednak zbagatelizować), bo jest zbyt ważny, bym chciała choćby spróbować się do niego odnieść, nie mając z bohaterami, z samym pisarzem wspólnych doświadczeń w tym temacie.

Jednak "Niewiedza" nie jest tylko i wyłącznie opowieścią o emigracji i bólu powrotu do obcej już ojczyzny. Być może jest to nadinterpretacja z mojej strony, ale odebrałam tę książkę o wiele bardziej uniwersalnie, skupiając się na powtarzającym się w wielu różnych formach motywie niewiedzy:
Tej celowej, która jest świadomym wyborem, i tej nieświadomej, gdy rzeczywiście (masło maślane) nie wiemy, że o czymś nie wiemy. O nieznajomości jutra, która pozwala nam działać dzisiaj w taki a nie inny sposób. O jednej sytuacji, która przez dwie - nawet bliskie sobie - osoby może zostać odebrana w skrajnie różne sposoby, i poczuciu obcości, jaką ta świadomość może wywołać. O nieświadomym wpływie na innych ludzi, w tym o krzywdach im wyrządzonych, o których nigdy się nie dowiemy. I o groteskowo wybiórczej, niesprawiedliwie nietrwałej pamięci.

Powyższe kwestie, które tak lakonicznie tylko wymieniłam, a także mnóstwo innych, o których nie wspomniałam, siedzą we mnie już od kilku miesięcy; mam wrażenie, że z każdym dniem coraz silniej. Analizuję je i odnoszę do swoich doświadczeń i wspomnień, do wydarzeń, jakie miały miejsce w moim życiu, i poznanych osób i zaczynam dostrzegać coraz więcej rzeczy. "Niewiedza" otworzyła mi oczy na wiele spraw, jednak wiele jeszcze przede mną. Bo chociaż wskazała drogę, to później zgasiła światło i pozostawiła samej sobie.
Myślę, że swobodnie mogę zaliczyć tę powieść do jednej z najważniejszych w moim życiu. Idealnie trafiła w moją wrażliwość i ogromnie poruszyła. Ciężko mi wyrazić, jak bardzo.

Na koniec dodam jeszcze, że obcowanie z prozą Kundery - jego uważnym doborem słów, sugestywnymi opisami, oficjalnym tonem oraz matematyczną precyzją języka, jest najczystszą z przyjemności.

piątek, 24 grudnia 2010
piątek, 17 grudnia 2010



Uczennica, jej korepetytor, prześladowca i policjantka - to bohaterowie opowiadania, czy może już raczej powieści, którą tworzą w świecie wirtualnym cztery japońskie nastolatki: zamknięta w sobie Sawako, Mayumi, niedoszła badmintonistka, która tak poświęca się dla przyjaciółki, że w zasadzie nie pamięta o własnych potrzebach i pragnieniach, Mai, która długo mieszkała w Nowym Jorku i nie może się teraz odnaleźć w japońskiej rzeczywistości oraz Yukari, o której nie wiemy nic poza tym, że jest inicjatorką całego przedsięwzięcia.

Dziewczyny nie znają się, nigdy się nie spotkały, ale łączy je zagubienie i rozpaczliwe pragnienie ucieczki od nieprzyjaznej codzienności. Toteż gdy otrzymują tajemnicze e-maile z pytaniem, czy chcą stworzyć swój własny fikcyjny świat i choć przez chwilę być kimś innym, ochoczo się na to godzą. I przystępują do pisania, wcielając się w nowe role. Szybko jednak ta alternatywna rzeczywistość staje się dla nich ważniejsza od tej, która ich otacza, a granica między tymi dwoma światami robi się coraz cieńsza i nieprzyjemnie rozmyta.

I mnie, nawiasem mówiąc, rozmywała się chwilami granica między fikcją a prawdą. Ishizaki tak sprawnie wczuł się w role nastolatek (poznajemy punkt widzenia każdej z nich i śledzimy bieg wydarzeń ich oczami), że momentami wydawało mi się, że czytam zupełnie niefikcyjne relacje dziewczyn z tworzenia historii o prześladowanej przez psychopatę uczennicy.

"Chain Mail" to całkiem niebanalna, ponura, inspirowana Nietzschem opowieść, która tym bardziej się wstrzeliła w mój gust, że, jakkolwiek by to nie brzmiało, japońskie nastolatki fascynowały mnie od dawna.
Jest w niej trochę grozy i mroku, choć oczywiście nie dorównują one zgniliźnie Natsuo Kirino, niemniej jednak niektóre rozwiązania wzbudzały we mnie niepokój. Ma szary, przygnębiający wydźwięk, mnóstwo w mniej samotności, zagubienia i smutku - głównie takich, nazwijmy to, nastoletnich (sama książka skierowana jest właśnie dla młodzieży), lecz z łatwością można je odebrać bardziej uniwersalnie. Mnie dość mocno udzieliły się nastroje dziewczyn - uczucie wyobcowania, gdy samotnie przemierzały ulice Tokio, niecierpliwość, z jaką włączały telefon, by sprawdzić, czy któraś ze współautorek opowiadania dopisała swoją partię po wielu dniach złowieszczego milczenia, lęki...

Powieść trzyma w napięciu do samego końca. Przeczytałam ją bardzo szybko, bo ciągle byłam ciekawa, co się za chwilę wydarzy, przez co ciężko było mi się od niej oderwać. Bez wątpienia przyczynił się do tego fakt, że Ishizaki umiejętnie unikał utartych schematów i podążał własnymi intrygującymi ścieżkami, zaskakując mnie co jakiś czas i sprawiając, że wszelkie moje prognozy i przewidywania okazywały się zupełnie nietrafione.

O rzeczach, do których na upartego można by się przyczepić, pisać nie będę. Nie zwróciłam na nie uwagi w trakcie czytania, dopiero po zakończeniu gdzieś mi tam niemrawo zamigotały, rozpływając się po chwili w całokształcie jak najbardziej pozytywnych wrażeń z lektury, toteż uważam je za nieistotne.

Ogólnie rzecz biorąc - polecam. Nie jakoś wyjątkowo gorąco (chyba że miłośnikom japońskiej popkultury), bo "Chain Mail" to w zasadzie powieść do jednorazowego przeczytania i, być może, zapomnienia. Jednak sprawdza się doskonale, jeśli chcemy, jak jej bohaterki, uciec od codzienności.
 

piątek, 10 grudnia 2010



O Charlotte Link, mam wrażenie, zrobiło się ostatnio dość głośno w blogosferze. Entuzjastyczne notki kusiły obietnicą wyśmienitej zabawy, pełne zachwytów opinie nawoływały do zatopienia się w te porywające historie. Nie sposób było się oprzeć, toteż sięgnęłam w końcu po "Dom sióstr", podobno najlepszą powieść pisarki, w której przeszłość miesza się z teraźniejszością w przesiąkniętym tajemnicami starym angielskim domu.

Z przejęciem i już nie tyle nadzieją, co stuprocentową pewnością, że oto dzierżę w dłoniach Książkę Doskonałą, zatopiłam się w lekturze.
I wtedy pojawił się zgrzyt. Zignorowałam drania, nic jeszcze nie podejrzewając. Ale wtedy pojawił się następny. A za nim kolejne. I coraz więcej i więcej, aż w końcu zlały się w jeden gigantyczny Zgrzyt, niczym te urocze stworzonka w "Critters" (gdyby ktoś nie wiedział, polecam zerknąć tutaj, zwłaszcza od 49 sekundy). I wtedy musiałam spojrzeć prawdzie w oczy: to, czego się spodziewałam, i to, co miałam przed sobą, dzieliła gigantyczna, przerażająca przepaść.

Zanim jednak przejdę do wyjaśnień, zarysuję krótko fabułę.
Laura, starsza, zdziwaczała kobieta, wynajmuje posiadłość Westhill małżeństwu z Niemiec, Barbarze i Ralphowi, sama zaś wyjeżdża na ten czas do siostry. Para ma nadzieję na podreperowanie ich rozpadającego się związku, a malownicze zakątki północnej Anglii i oddalenie od rodziny mają temu sprzyjać.
Zima jednak okazuje się wyjątkowo sroga i dosłownie odcina dom od całego świata. Nie ma prądu, nie ma zapasów żywności i Barbara i Ralph muszą stawić czoła nie tylko tym trudnym warunkom, ale także problemom w ich związku, których w tej sytuacji nie da się już dłużej unikać. Barbara ucieka jednak w przypadkowo znalezione sekretne zapiski, autobiografię Frances Gray, jednej z sióstr, do których kiedyś należała posiadłość. I to Frances właśnie jest tu główną bohaterką, a jej pełne przygód i tajemnic życie wychodzi na pierwszy plan, zostawiając problemy małżeńskie Barbary niejako w tle.

Zapowiadało się cudownie: Anglia, stary dom i tajemnice odkrywane w półmroku przy świecach wydają się idealnym przepisem na barwną, wciągającą powieść, od której nie można się oderwać. Jednak "Dom sióstr" to powieść-oszustka; przebiegła cwaniara, która mydli czytelnikom oczy i w swych najważniejszych elementach stylizuje się na coś, czym zdecydowanie nie jest.
Po pierwsze (i najważniejsze), udaje, że Frances to taka złożona i skomplikowana postać, która rozwija się wraz z każdą stroną i dojrzewa na naszych oczach. Otóż prawda wygląda zupełnie inaczej. Wszystko co najistotniejsze, co pozwoliłoby nam samym wyrobić sobie zdanie na jej temat, znajdujemy nie w najbardziej odpowiednim do tego miejscu, czyli w rozdziałach o Frances, w jej czynach, myślach i słowach - a w ustach Barbary. Gdy ta snuje swoje podziwy dla uporu Frances, gdy rozwodzi się nad jej umiejętnościami radzenia sobie z przeciwnościami losu i wymienia liczne jej, najczęściej zacne, przymioty, gotowi jesteśmy spontanicznie pokiwać przy tym głową. Ze zrozumieniem, a być może nawet i entuzjazmem. A przecież wystarczy się dokładniej przyjrzeć tej autobiograficznej części, by dostrzec, że tak naprawdę ciężko w niej znaleźć potwierdzenie dla słów Barbary. Innymi słowy, autorka wysłużyła się jedną główną bohaterką, by bezpośrednio scharakteryzować drugą, gdyż sama chyba nie potrafiła zbudować interesującej, bogatej osobowości, złożonej postaci ze wszystkimi zawiłościami psychologicznymi i przemianami, które siłą rzeczy powinny się w niej przez całe życie dokonać. I w dodatku niczym tej podanej czytelnikowi na tacy charakterystyki nie potrafiła poprzeć.
Najbardziej mnie tu rozczulił udział Frances w ruchu feministycznym. Z trzymanego pod kloszem, niewiele wiedzącego o świecie podlotka ot tak, z dnia na dzień dosłownie, przetransformowała się w bojowniczkę o prawa kobiet, nieustraszoną aktywistkę. Bez poszerzania horyzontów, bez dojrzewania społeczno-politycznego, bez choćby minimalnej wiedzy w tym temacie, a nawet bez konkretnych przekonań. Link z powodzeniem mogłaby w miejsce sufrażystek wstawić klub miłośniczek haftu krzyżykowego lub koło sympatyków orłosępów brodatych - Frances była na tyle bezpłciowo skonstruowana, że wpasowałaby się wszędzie.
Inni bohaterowie są zresztą równie płascy, jednowymiarowi i tym samym niewiarygodni. Podobnie jak ich emocje (ach, te siostry Gray, kiszące się przez całe życie we wzajemnej nienawiści!) i dialogi (zwłaszcza te prowadzone przez Barbarę i jej męża, żywcem wyjęte z taniego romansu). Na próżno szukać tutaj odcieni szarości. W prostym świecie Charlotte Link najwidoczniej istnieją tylko dwa kolory, biel i czerń; wszystko inne, co pomiędzy, najwyraźniej nie ma racji bytu. Tyle że łatwo to przegapić w wartkiej fabule.

Odnośnie fabuły - jak już wspominałam, "Dom sióstr" to oszustka. Łatwo się zatem zachwycić bogactwem wydarzeń w tym najpozytywniejszym możliwym znaczeniu, podczas gdy w rzeczywistości to wcale nie jest bogactwo, a zwykły bezmyślny natłok. Link nawciskała do opowieści Frances, ile tylko się dało. Aż ciśnie mi się na usta: naciapała, ile wlezie. Bez większej kreatywności w dodatku, bo większość rzeczy dało się przewidzieć, część z nich brzmiała znajomo (momentami zajeżdżało mi nawet moim ukochanym "Przeminęło z wiatrem"), część zaś zdawała się nie mieć większego znaczenia w całej tej historii. Można wpaść w pułapkę i dać się porwać fabule, bo Link nie daje tu czytelnikowi ani chwili wytchnienia, lecz ja tego uniknęłam. Tak zupełnie na trzeźwo, poddając książkę suchej analizie, niewiele rzeczy trzyma się tu kupy, większość jest naciągana.

Tyle o oszustwach, które w dodatku dotyczą dwóch najważniejszych składników powieści: bohaterów i fabuły. Ale to jeszcze nie koniec wad, o nie.

W języku powieści, teoretycznie poprawnym, znalazłam coś niezgrabnego, lecz bliżej nieokreślonego. Mimo że jest on prosty i nieskomplikowany, a i nad samą treścią nie trzeba się mocno skupiać, kartki przewracałam wolniej niż zwykle, choć czytałam w zwykłym dla siebie tempie. Tkwi w nim pewna niezauważalna gołym okiem, ale zdecydowanie wyczuwalna toporność. I nie mam tu nawet na myśli udramatyzowanych dialogów ani uwierającego nadmiaru wykrzykników, poupychanych przez pisarkę gdzie popadnie (głównie w miejscach najmniej do tego pasujących), które nadają powieści tani posmak tandety. Po prostu coś z nim jest nie tak, brak mu pewnej płynności.
I na koniec - punkt kulminacyjny. Tak wydumany, tak przekombinowany, że w pewnym momencie zrobiłam to. No cóż.

Mówiąc absolutnie szczerze (nie żeby to jakaś nowość była na tym blogu, ale na wszelki wypadek warto dodać ;)), nie znalazłam w tej powieści żadnego światełka w mroku, nic pozytywnego, nic, co mogłoby mi sprawić choć odrobinę przyjemności podczas czytania. Właściwie to nie wiem, jakim cudem dobrnęłam do końca.
Wiem natomiast, że już więcej po panią Link nie sięgnę.

Na koniec pozwolę sobie zalinkować notkę Bsmietanki, która jest niczym miód na moje zbolałe (po tym jak moje rozrośnięte do niebotycznych rozmiarów oczekiwania roztrzaskały się o smutną rzeczywistość) serce i raduje mnie niezmiernie, ilekroć ją czytam.

środa, 08 grudnia 2010

    


Po książki Notaro sięgnęłam w gwałtownym przypływie silnej potrzeby poobcowania z jakimś chick litem. (Wprawdzie w trakcie lektury okazało się, że może niekoniecznie są one wzorowymi przedstawicielkami tego gatunku; nie wiem nawet, czy w ogóle do niego należą, ale z pewnością mocno się o niego ocierają). Tytuł pierwszej z nich, "Klub idiotek", wzbudził we mnie spory niesmak (który wcale nie ulotnił się w trakcie lektury, o nie; trzymał mnie dzielnie do samego końca drugiej książki, ale o tym za chwilę). Bo w porównaniu do "głupola" czy "sieroty" (jak zdarza mi się nazywać samą siebie w tych - rzadkich ;) - chwilach napadu nieuzasadnionej bezmyślności), którym nie można odmówić lekko żartobliwego czy nawet odrobinę czułego zabarwienia, "idiotka" to zupełnie inna bajka. Wywołuje zdecydowanie negatywne skojarzenia, jest silne i mocne w wyrazie i w mojej hierarchii epitetów stoi zaraz obok "kretynki" i "debilki". Jakie więc mogę mieć zdanie o osobie, która sama siebie w ten sposób określa?

Ale już mniejsza z tym.

Obie książki to zbiór felietonów Laurie Notaro pierwotnie publikowanych w The Arizona Republic, krótkich (docelowo pewnie zabawnych) historii - albo silnie autobiograficznych, albo przynajmniej inspirowanych wydarzeniami z życia autorki.
Książkowa Laurie to ostatnia, totalna fleja, przez którą autentycznie robiło mi się momentami niedobrze, co z kolei wywoływało pewną niezdrową fascynację i chęć kontynuowania lektury. Otóż Laurie otwarcie opowiadała o walających się po jej domu kocich kupach, które odkrywała dopiero po wdepnięciu w nie bosą stopą. Nie szczędziła opisów swoich nieogolonych pach wydzielających zapach cebuli, niechęci do majtek (i rozebraniu się u lekarza do samych tylko rajstop z dziurą w kroku), czy paradowania pół dnia z resztką pokarmu bądź gilem na twarzy. A to dopiero początek.
W "Klubie idiotek" perypetie bohaterki ograniczają się głównie do chlania na umór, palenia papierosów i spania do późnego popołudnia. W "Autobiografii grubej panny młodej" Laurie wychodzi za mąż i choć już nie pali i pije zdecydowanie mniej, nadal jest tą samą fleją z pierwszej części. Tytuł jest mylący, ponieważ samych przygotowań do ślubu jest w książce tylko kilka rozdziałów - zdecydowana jej większość opowiada już o flejowatym życiu z mężem.

Nie podejmuję się analizy, na ile te książki, na ile sama Notaro jest w swych zwierzeniach prawdziwie amerykańska. Do myślenia jednak dały mi wysokie oceny i entuzjastyczne recenzje, jakie pisarka zebrała w swoim kraju - że jej teksty są zabawne i tak prawdziwe, że ciężko się z nimi nie zidentyfikować.
Cóż. Ja się nie zidentyfikowałam.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40