...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      



,

statystyka
czwartek, 20 stycznia 2011



Agentka FBI obdarzona przedziwnymi umiejętnościami widzenia zmarłych i czytania w myślach. Egzorcysta o nadzwyczaj rozwiniętym zmyśle powonienia. Ewangelia według Szatana, najstraszniejszy dokument jaki widziała ludzkość, zawierająca szokujące, niebezpieczne informacje - do XIV wieku skrzętnie ukrywana przez Kościół, później zaginiona. Tajne stowarzyszenie od wieków próbujące obalić chrześcijaństwo. Pustelnice, demony, opętane dusze, rytualne mordy i wszechobecna śmierć.

Przedziwne połączenie Mastertona z Brownem.

Fabuły zarysowywać nie będę, bo myślę, że obraz, jaki wyłania się z powyższego, jest dość oczywisty. Poza tym podpowiem, że budowa powieści jest  banalna i mocno schematyczna: jest sobie całkiem potężny, groźny dla świata spisek religijny. Prawi ludzie chcą go zdemaskować i znaleźć dowody, a spiskowcy depczą im po piętach i próbują im przeszkodzić. Trup ściele się gęsto. Czyli w sumie nic nowego.
A mimo to Grahamowi udało się w moim małym prywatnym rankingu książek z tego gatunku stanąć na jego czele, zaraz obok - a może nawet wyprzedając - samego miszcza, Dana Browna.

Jeszcze niedawno, pisząc o Koontzu, narzekałam na brak mocnych wrażeń. No i proszę, Graham pospieszył mi z pomocą, z powodzeniem zaspokajając moje potrzeby w tym zakresie. "Ewangelia według Szatana" nie jest bowiem książką dla ludzi o słabych nerwach. Złe istoty zadają tu swym wrogom najwymyślniejsze, najbardziej wyrafinowane z tortur; wnętrzności nie przestają wypływać, kości łamać się, a krew tryskać z każdego zakamarka. Rozpaczliwe wrzaski pobrzmiewają echem jeszcze długo po śmierci ofiar. Jatka, jednym słowem. Lecz nie same flaki budzą tutaj grozę. Równie często można się natknąć na zmory powstałe z grobów, siły nieczyste, niewytłumaczalne naukowo zjawiska i mordercę, którego nie da się pozbawić życia - albo może da się, na chwilę, a on i tak powróci.
I właśnie te chwile grozy to najmocniejsza strona powieści; może większość z nich była niesmaczna albo mało wyszukana, ale mi się szalenie spodobały (możliwe, że po części też dlatego, że dawno nie czytałam porządnego horroru). Pisarz zbudował naprawdę świetną atmosferę. Gdy wędrowałam z bohaterami po piwnicach i ukrytych komnatach rozmaitych budynków sakralnych, gdy razem z nimi badałam zimne mury klasztorów pustelnic przy niekoniecznie zdrowych zmysłach, miewałam gęsią skórkę. Bo nie wiedziałam, czy coś mi za chwilę nie wyskoczy zza węgła, a jeśli wyskoczy - czy będzie to prawda czy tylko jedna z wizji agentki FBI. Było kilka momentów, które zapamiętam prawdopodobnie do końca życia. Innymi słowy, miałam fun. I chętnie widziałabym Grahama w roli pisarza horrorów, bez poruszania nieco już nudnawej tematyki spisków religijnych. Sama powieść natomiast to świetny materiał na film.

"Ewangelia według Szatana", jak wszystkie chyba pozycje tego typu, ma swoje słabe strony - bywa naciągana w wielu aspektach, przewidywalna, wtórna. Ale i tak wciąga jak diabli. I potrafi nastraszyć :)
Zatem jeśli nie podobał Wam się "Kod Leonarda da Vinci", omijajcie Grahama szerokim łukiem. Jeśli natomiast lubicie ten gatunek i nie jesteście przy tym zbyt wrażliwi - ta powieść to pozycja obowiązkowa.

poniedziałek, 17 stycznia 2011



Skończyłam czytać tę książkę zaledwie kilka dni temu, a już prawie nie pamiętam, o co w niej chodziło. Niczego z niej nie wyniosłam, nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia; równie dobrze mogłaby nie istnieć. Tak bluzgałam niedawno na pisaninę Laurie Notaro, ale przynajmniej w jakiś sposób zapadła mi ona w pamięć. Natomiast jeśli "W ruchu" - sam tytuł - zostanie mi jakimś cudem w głowie, to prawdopodobnie jako jedna z najbardziej nijakich, bezpłciowych powieści, z jakimi miałam do czynienia. Dlatego ta notka będzie równie beznamiętna co temat, którego dotyczy.


Helene Thatcher pracuje w opiece społecznej, wśród ludzkich nieszczęść i stert dokumentów. Jest rzeczowa i opanowana, więc nadzwyczaj dobrze radzi sobie ze swoimi obowiązkami - z petentami, którzy wiecznie mają o coś pretensje bądź są w niesamowicie trudnej sytuacji. Kiepsko jej się za to powodzi w sferze prywatnej: od kilku lat tworzy otwarty związek z ćpunem, sypia z narzeczonym swojej dobrej koleżanki i daje się prześladować choremu psychicznie mężowi najlepszej przyjaciółki.
Helene żyje w ciągłym ruchu - to jej sposób na przetrwanie. Działa impulsywnie, nie zastanawia się nad tym, co robi, nie zatrzymuje się, żeby pomyśleć. Najważniejsza jest dla niej wolność, a do tej zalicza się między innymi przygodny, niebezpieczny seks, który podnosi jej samoocenę i pewność siebie. Życie Helene to nieustające pasmo samozniszczenia.
I w zasadzie tyle.

"W ruchu" to dla mnie opowieść o niedorzecznie postępujących ludziach (i nie mam tu na myśli bohaterki, bo ta w swojej samozagładzie jest jeszcze dość wiarygodna, lecz jej otoczenie) i ucieczce przed życiem. Ten ostatni temat, sam w sobie przecież fascynujący i mający spory potencjał, Martin potraktowała powierzchownie, mdło i nijako. Zrobiła z niego suchą wyliczankę destrukcyjnych zachowań i problemów (chociaż nie wykluczam, że ponad trzydzieści lat temu nawet podany w takiej formie mógł budzić inne - jakiekolwiek - emocje; dziś już takie sprawy nie szokują).
I wierzcie mi, chciałabym podać jakieś konkrety, wymienić i uzasadnić części składowe mojej oceny, ale po prostu nie jestem w stanie. W sumie tylko narracja przychodzi mi do głowy - tak pospieszna, że aż męcząca. Jakby Martin miała dość swojej powieści, zanim jeszcze ją zaczęła; jakby chciała ją jak najprędzej skończyć. Inne rzeczy wyleciały mi z głowy szybciej, niż zdołałam je przyswoić.

piątek, 14 stycznia 2011


- Czy chce pan najpierw zobaczyć rzecz?
Takie słowa słyszy od lekarza Ptak, gdy przyjeżdża do szpitala, do swego nowo narodzonego syna: organizmu na poziomie rośliny, nienormalnego noworodka z purpurową naroślą z tyłu głowy, potwora.
Dla 27-letniego Ptaka takie dziecko jest zamachem na jego wolność, spokój, marzenia o wyjeździe do Afryki. Nie wyobraża sobie spędzić reszty życia z tym potworkiem na karku.
     - Dziecko świetnie ssie mleko i ma bardzo żwawe ruchy rąk i nóg.
     Po kiego diabła pije to mleko i ćwiczy ruchy? - o mało nie spytał z wyrzutem Ptak, ale się powstrzymał.
Żeby syn nie przybierał na sile, można mu zmniejszyć racje żywnościowe i zastąpić mleko wodą z cukrem. Nie warto operować, bo przecież nie ma gwarancji sukcesu. No i nie ma sensu nadawać mu imienia, skoro i tak powinno umrzeć.
Podczas gdy jego żona leży w szpitalu i o niczym nie wie, Ptak kombinuje, jak by tu się pozbyć dziecka, mając jednocześnie czyste sumienie i unikając odpowiedzialności. Najlepiej by było, gdyby samo skonało z wycieńczenia w klinice.
Przytłoczony wyrzutami sumienia i trudną sytuacją, Ptak ucieka w alkohol i ramiona dawnej przyjaciółki. I wyczekuje tego upragnionego, ostatniego telefonu ze szpitala, który ma mu przynieść ulgę i ukojenie.

"Sprawa osobista" to oparte na wątkach autobiograficznych studium dojrzewania, bolesnej nauki odpowiedzialności oraz walki egoizmu z poczuciem obowiązku.
Ōe napisał tę książkę w 1964 roku, rok po narodzinach swojego niepełnosprawnego syna. Choć rzecz jasna pojęcia nie mam, na ile autor wzorował bohatera na sobie, to podejrzewam, że poruszenie tak trudnego, osobistego  tematu, wywlekanie na światło dzienne rzeczy, o których się nie mówi i do których nie wolno się głośno przyznawać, musiało wymagać z jego strony mnóstwa odwagi.

Autor - co mnie zaskoczyło, bo spodziewałam się delikatniejszego stylu - operuje mocnym słownictwem bez cienia subtelności. Opisuje rzeczywistość w dobitny, lecz wyrafinowany sposób. I w takiej właśnie soczystej, intensywnej formie prowadzi nas przez mroczne, niewygodne ścieżki psychiki - nie tyle Ptaka, co człowieka w ogóle. W przerażająco ludzki sposób pokazuje, jak bardzo można okłamywać samego siebie w imię teoretycznie lepszego samopoczucia. I sugeruje, co chyba najsmutniejsze, że zawsze, także wobec największej tragedii, jesteśmy zdani tylko i wyłącznie na siebie, nawet pomimo obecności drugiego człowieka.

Co ciekawe, nie wyrobiłam sobie zdania na temat postępowania Ptaka. Nie czułam do niego sympatii, ale też nie byłam w stanie go potępić. Porównywanie jego zachowań do rzeczywistości, jaką ja znam, byłoby zwyczajnie głupie: zupełnie różne czasy, inna mentalność, a i medycyna wraz ze świadomością ludzką zdążyły się trochę przez ten czas rozwinąć. Poza tym całkiem możliwe, że Ōe trafił w któryś z moich czułych punktów i podświadomie czuję, że zwyczajnie nie jestem upoważniona, by pierwsza rzucić kamieniem.

Mocna książka. Polecam.

wtorek, 11 stycznia 2011



Choć obiecałam sobie nie brać na razie udziału w żadnym wyzwaniu, to
Litera zorganizowała takie, obok którego nie mogłam przejść obojętnie.

Zasady są proste: w ciągu roku trzeba przeczytać minimum trzy książki, po jednej z każdego okresu: do 1868 roku, od 1868 do 1980 i od 1980. Szczegóły tutaj.
 
Choć do literatury japońskiej teoretycznie nie trzeba mnie jakoś szczególnie zachęcać, to tak się jakoś składa, że częściej sięgam po książki o niż z Japonii. Czas to zmienić. Liczę też na to, że wyzwanie zmobilizuje mnie w końcu do zapoznania się z czymkolwiek co powstało przed Meiji.

Ewentualnych niezdecydowanych gorąco zachęcam do wzięcia udziału! :)

20:44, germini , wyzwania
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 10 stycznia 2011

W sprawie najwyższego wymiaru kary dla morderców psa rasy Husky.

(Która przecież i tak niczego nie zmieni, ale co nam innego pozostaje.)

Podaję linka na wszelki wypadek, gdyby ktoś jeszcze jakimś cudem o niej nie wiedział: KLIK.

sobota, 08 stycznia 2011



Jeśli nie przekażesz tego listu policji i ich w to nie zaangażujesz, zabiję uroczą blond nauczycielkę gdzieś w okręgu Napa. Jeśli przekażesz ten list policji, zabiję zamiast tego starszą panią zaangażowaną w działalność charytatywną.

Przed takim wyborem staje Billy, barman i niespełniony pisarz. Jak się wkrótce okazuje, to wcale nie jest żart. I jest to dopiero początek mało zabawnej gry, w którą wciąga go jakiś tajemniczy psychol.

"Prędkość" to powieść, o której w zasadzie nie ma co pisać. Taka totalnie bezbolesna, niezapadająca w pamięć i nie wnosząca niczego do czegokolwiek. I raczej średnio wciągająca.

Myślałam, że Koontz (z którym zetknęłam się tutaj po raz pierwszy) to taki drugi Coben, o którym wprawdzie szybko się zapomina i tytuły po pewnym czasie zaczynają zlewać się w jeden, ale za to na tę jedną chwilę między pierwszą i ostatnią stroną jego powieści człowiek zapomina o całym świecie, daje się wciągnąć, porwać, a nawet podekscytować. A tu nie. Wprawdzie nie zmuszałam się do przewracania kolejnych kartek, ale też nie robiłam tego z dzikim entuzjazmem. Ot, czytadło.
Czytadło, które - gdyby się skupić - może śmieszyć mało racjonalnymi poczynaniami głównego bohatera. Billy nie zachowuje się, jak by to uczynił (jak sobie wyobrażam) zwykły, przeciętny człowiek, tylko znajduje w sobie nagle niewyobrażalne pokłady odwagi, by igrać z prześladowcą, i siły, by tajniacko targać zwłoki po miasteczku i ukrywać je w rozmaitych mrocznych zakamarkach. Dodatkowo rozbawił mnie sposób, w jaki usuwał ślady (taką krew na przykład), ale to już moje całkowicie prywatne spaczenie wynikające ze spędzenia wielu godzin w towarzystwie Dextera Morgana.
Tytułowej prędkości podczas lektury nie odczułam. Może dlatego, że nie umierałam z ciekawości, co się za chwilę wydarzy, tylko ciupałam sobie książeczkę w raczej umiarkowanym tempie.
Główny motyw - stawianie bohatera przed takimi wyborami jak ten, o którym pisałam na początku, mógłby być lepiej wykorzystany. Dałoby się z niego zbudować naprawdę mroczny, porąbany, mrożący krew w żyłach i tyrający psychikę czytelnika thriller, ale pisarz poszedł jednak w dużo lżejszym, nieco oklepanym kierunku. No szkoda, ale co zrobić...

Ogólnie rzecz ujmując, nie było tragicznie; dało się czytać, a i umysł odpoczął. Wierzę jednak, że Koontz Koontzowi nierówny i że kolejna jego powieść, po którą sięgnę, będzie bardziej porywająca. W końcu skądś się ta popularność musiała wziąć.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40