...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

,

statystyka
sobota, 19 lutego 2011



Przerażająca książka. Przerażająca, bo oparta na faktach - i gdyby nie to, potraktowałabym ją jako wyjątkowo niesmaczną wyliczankę tortur i upokorzeń, jakie można zadać drugiemu człowiekowi, stworzoną przez chorą wyobraźnię sfrustrowanego pisarza. Jednak prawdziwa historia, śmierć Sylvii Likens, która posłużyła Ketchumowi za kanwę powieści, drastycznie zmienia odbiór "Dziewczyny z sąsiedztwa". (I sprawia przy okazji, że okładka polskiego wydania, która byłaby w porządku w przypadku każdego fikcyjnego thrillera, tu jest szalenie nie na miejscu.)


USA, lata 50. Spokojna okolica, gdzie każdy każdego zna. Sielanka z maślanką.
Dwunastoletni David, narrator powieści, poznaje starszą od siebie Meg - śliczną dziewczynę, która właśnie straciła rodziców i razem z dziewięcioletnią siostrą, praktycznie unieruchomioną po wypadku, przyjechała zamieszkać z ciotką Ruth i kuzynami.
Ruth jest nieco zdziwaczała, ale David ją lubi, bo daje dzieciakom swobodę, czasem piwo postawi, nie wtrąca się. Jest zdecydowanie bardziej wyluzowana niż jego własna matka.
Tylko że Ruth z jakiegoś powodu nie cierpi swoich dwóch nowych podopiecznych. I z pomocą dzieciaków (i swoich, i znajomych) daje im to odczuć w niewyobrażalnie makabryczny sposób.

"Dziewczyna z sąsiedztwa" przeraża na kilku poziomach: otoczką, opisami tortur (choć autor twierdzi, że z tych najbardziej drastycznych zrezygnował, pod koniec i tak musiałam robić sobie przerwy, żeby nie zwymiotować) oraz portretami ludzkiej psychiki i zła w najczystszej postaci.

Czytałam i byłam bezradna. Nie mogłam tego ogarnąć, nie rozumiałam. Bywały momenty, że chciałam cisnąć książkę w kąt, bo to przecież musi być stek bzdur.  Negowałam, zaprzeczałam, nie przyjmowałam do wiadomości. Chwilami nie wierzyłam w to co czytam. Rzeczy kompletnie abstrakcyjne, które przecież nie mogły mieć miejsca. Myślałam: tym razem przegiął pan, panie Ketchum. Chyba jednak poniosła pana wyobraźnia; nie kupuję tego. Jak na przykład to, że dzieciaki z sąsiedztwa zaczęły się schodzić, żeby torturować Meg. Jedna patologiczna rodzina? - okay. Ale cała ulica? A później doczytałam, że i tego autor nie wymyślił, że coś takiego właśnie miało miejsce w przypadku Sylvii.

Im dłużej czytałam, tym większa bezsilność we mnie narastała. I wściekłość - o dziwo, głównie na Davida. Być może dlatego, że pozostali byli tak wykolejeni, że nie widziałam już dla nich szansy (odizolować takich od społeczeństwa, zamknąć w getcie, żeby się tam wzajemnie powyrzynali, i tyle). A David miotał się i był rozdarty. Miał wątpliwości, które nie miały prawa się pojawić u chłopca z porządnej rodziny; teoretycznie powinien był zareagować w jedynie słuszny sposób. Ketchum sugeruje jednak, że bierną postawę chłopca, mechanizmy rządzące jego psychiką, można racjonalnie wytłumaczyć.
Po pierwsze, David był świadkiem tej historii od samego początku. Zaczęło się od niegroźnych incydentów, które według niego nie wymagały interwencji: "Zastanawiałem się, czy ona w ogóle potrzebowała pomocy. Mimo wszystko dzieci bito w twarz. Dzieci były popychane." Jednak stopniowo na jego oczach działy się rzeczy coraz gorsze, coraz ohydniejsze, przekraczające cienką granicę między codziennością a wynaturzeniem, do których chłopak się niejako przyzwyczajał. A później wynaturzenie stało się dla niego codziennością.
Po drugie, czy mogło być w tym coś złego, skoro wszyscy cały czas byli pod opieką osoby dorosłej? "Nie zastanawiałem się, dlaczego nadal utożsamiałem obecność Ruth z nadzorem. Po prostu to robiłem." Przecież nie znęcali się nad Meg po kryjomu, tylko pod czujnym okiem Ruth, która sama zresztą wydawała im coraz bardziej makabryczne polecenia. Więc czy była to tylko kwestia ufania dorosłym i posłuszeństwa? Czy może raczej jedno przyzwolenie uwolniło w tych dzieciakach bestie, które tkwiły w nich od zawsze?
Lecz choć jego zachowanie dałoby się rzeczowo wyjaśnić, ja tych wyjaśnień nie przyjmuję do wiadomości. Bo to oznaczałoby usprawiedliwianie - a pewnych rzeczy usprawiedliwić się po prostu nie da.

Mocna książka.
Nie mogę powiedzieć, żebym ją polecała w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Po prostu sięgnijcie po nią, jeśli sądzicie, że macie siły.

czwartek, 17 lutego 2011

   


Amanda Hocking to żywy przykład tego, że można zaistnieć w świecie książek bez udziału tradycyjnych wydawnictw.

Amanda w wolnym (od niezwiązanej z pisarstwem pracy) czasie popełniła jak dotąd siedemnaście powieści (część z nich z tak popularnego ostatnio nurtu young adult paranormal romance), nie mogła jednak znaleźć wydawcy, który zechciałby opublikować choć jedną z nich. Wybawieniem i ostatnią deską ratunku okazał się dla niej Amazon i prężnie rozwijający się w USA rynek ebooków. Tak oto zdeterminowana pisarka postanowiła się self-publish.
Pierwsza papierowa książka ukazała się w marcu ubiegłego roku, dając początek cyklowi o wampirach, "My Blood Approves". W kwietniu wyszedł pierwszy ebook. Od tego czasu Hocking opublikowała pozostałe cztery części cyklu, trylogię "Trylle Trilogy" (o której napiszę za chwilę) oraz post-apokaliptyczne "Hollowland". W zeszłym roku sprzedała 164.000 książek, a w samym styczniu już prawie pół miliona, z czego ponad 99% w formie elektronicznej (na swoim blogu wspomina, że sprzedaż ruszyła z kopyta dopiero po kilku pozytywnych recenzjach na blogach książkowych). Obecnie "Trylle Trilogy" znajduje się w pierwszej dwudziestce najlepiej sprzedających się ebooków na Amazonie - obok Larssona czy Pattersona, a Amanda przymierza się do zakupu swojego pierwszego domu. Za gotówkę.
(Nie zgłębiałam za bardzo tematu self-publishingu, ale wiem, że Hocking nie jest odosobnionym przypadkiem zrobienia kariery w taki niezależny sposób. Tego typu przypadki zdecydowanie dają do myślenia na temat kierunku rozwoju rynku wydawniczego.)

A wracając do tematu notki: główną bohaterką "Trylle Trilogy" jest siedemnastoletnia Wendy, żyjąca pod opieką ciotki i starszego nadopiekuńczego brata. Gdy poznaje zabójczo przystojnego, tajemniczego Finna, jej życie ulega diametralnej zmianie. Okazuje się bowiem, że Wendy nie jest zwykłym człowiekiem, tylko... trollem. I to nie byle jakim, o nie, bo następczynią tronu w jednym z trollowych plemion, Trylle. Dziewczyna wraca z Finnem do królestwa. I nagle musi stawić czoła rzeczom, z których istnienia nie zdawała sobie nawet sprawy. A takie drobiazgi jak to, że jej rodzona matka okazuje się zimna i nieprzystępna, że zakochała się w niewłaściwej osobie i że wrogie plemię z jakiegoś powodu na nią czyha, wcale jej tego nie ułatwiają.

Omijałam dotychczas książki z tego gatunku (nie licząc krótkiej przygody ze Stephenie Meyer), zwłaszcza że takich paranormalnych młodzieżowych wytworów wychodzi teraz masa, a im więcej słyszę o upadłych aniołach i innych wampirach, tym bardziej się im opieram. Te trzy powieści jednak zawróciły mi w głowie ślicznymi okładkami, intrygowały, więc musiałam w końcu sięgnąć po pierwszą z nich, "Switched".
Nie spodziewałam się po niej wiele; pewnie jak wielu z Was podświadomie podejrzewam, że skoro żadne wydawnictwo nie chce danej książki wydać i autor ucieka się do self-publishingu, to musi to być jakaś grafomania, kiepska pisanina. (W obliczu zachodzących na rynku wydawniczym zmian postanowiłam, że muszę to przekonanie jakoś z siebie wykorzenić.) Hocking mnie jednak pozytywnie zaskoczyła - na tyle, że jednym ciągiem przeczytałam też dwa kolejne tomy, "Torn" i "Ascend".

Przede wszystkim miała przesympatyczny pomysł na fabułę i na poprowadzenie akcji, choć dwie pierwsze części wypadają dość blado przy trzeciej, w której siłą rzeczy dzieje się najwięcej. Zaskoczyła mnie niektórymi rozwiązaniami, zwrotami akcji, a nawet wątkiem romansowym, w którym machnęła zdecydowany czworokąt, nie ograniczając się do oklepanego trójkąta (a ostateczny wybór Wendy mnie usatysfakcjonował, co jest godne odnotowania, bo wszelkie -kąty z reguły kończą się nie tak, jak bym sobie tego życzyła).
Oczywiście nie brak tu niedociągnięć. Stworzony przez pisarkę świat aż się prosił o większy, konkretny rozmach, więcej detali, bogatsze zarysowanie kontekstu. Fajny był, a trochę się zmarnował; szkoda. Bohaterowie czasem irytowali naiwnością albo wybieraniem skomplikowanych opcji zamiast tych najprostszych, które od razu rzucały się w oczy. Rozwój głównej bohaterki był interesujący, ale odrobinkę koślawy; Wendy nie dojrzewała i nie zmieniała się stopniowo, tylko "skokami" (no ale cieszę się, że w ogóle dojrzewała, bo pisarze często o takim drobiazgu zapominają).
Całość jednak wypada na plus, zwłaszcza że jej głównym zadaniem jest wciągnięcie czytelnika i dostarczenia jakiejś tam porcji frajdy podczas lektury. Choć nie rzuca na kolana, jako proste, nieskomplikowane czytadło sprawdza się naprawdę nieźle (a i nie ma pretensji do bycia czymś więcej).

Pomimo wszystkich wcześniej wymienionych uprzedzeń spędziłam z trylogią kilka bardzo miłych godzin. Najpewniej sięgnę po inne książki - i autorki, której karierę będę śledziła z zainteresowaniem, i z tego gatunku.

poniedziałek, 14 lutego 2011



Grzegorz Bednar to przeciętny polski dresiarz: chodzi na siłkę, wystaje z chłopakami pod blokiem, spotyka się z jakąś panną, której chyba nawet nie lubi, i próbuje złapać jakąś robotę. Pewnego dnia, na skutek spotkania z dość nieprzyjemnymi typami, trafia do szpitala ze złamanym nosem. Tam poznaje Kurza, wiecznie zabieganego biznesmena, Marudę oraz pana Staszka, czyli Czwartego, najbardziej zagadkową postać, która czyni ów pobyt w szpitalu - delikatnie mówiąc - niezwykłym. Bo pan Staszek bez przerwy czyta Conrada (zna go właściwie już na pamięć) i jest szalenie skryty w kwestii swojego pozaszpitalnego życia. To ostatnie zmienia się jednak, gdy dopada go gorączka: wtedy zaczyna opowiadać towarzyszom niedoli historię swojego życia. A im dłużej ją opowiada, w tym większy koszmar irracjonalnie zamienia się rzeczywistość wokół nich.

Cóż to za historia, co to za koszmar - nie zdradzę. Sama niewiele wiedziałam o tej książce, gdy zaczęłam ją czytać, i odkrywanie fabuły sprawiło mi nieprawdopodobną przyjemność. Stąd sprzeciwiam się wszelkim przejawom psucia takiej radochy innym.

Małecki stworzył rzecz głęboko osadzoną w polskich realiach, bardzo swojską i naturalną. Od pierwszych stron czułam się jak u siebie, jakbym obserwowała świat zza okna lub rozglądała się na ulicy: proste, zwyczajne dialogi, odruchy i zachowania, młodych ludzi bez większych perspektyw żyjących z dnia na dzień, szarą codzienność przeciętnej polskiej rodziny. Autor zadbał nawet o takie drobiazgi jak umiłowanie Grzesia do jeżyków czy narzekanie na szpitalne jedzenie. A po części nawet i wizytę na pogotowiu po spotkaniu z odzianymi w dres młodzieńcami miałam okazję przerobić. Tak więc klimat książki siłą rzeczy był mi bliski, znajomy i urzekł mnie od samego początku (co dziwne, bo przecież od tej naszej rzeczywistości najczęściej mam ochotę uciekać, a "urzekająca" to ostatnie słowo, jakim mogłabym ją określić).

Oczywiście ta swojskość nie jest jedyną zaletą powieści. Sama fabuła bezlitośnie wciąga, utrzymując równe dynamiczne tempo i odsłaniając przed czytelnikiem coraz więcej dziwów i tajemnic. Historię Grzesia przeplataną opowieściami Czwartego śledziłam z zapałem, choć nie od razu wiedziałam, o co w tym wszystkim chodzi i do czego Małecki zmierza. Dopiero z czasem zaczęła do mnie docierać wymowa powieści, jej symbolika i wielopłaszczyznowość, co było o tyle zaskakujące, że wcale się tam takich rzeczy nie spodziewałam. I okazało się, że tego klaustrofobicznego koszmaru, motywów żywcem wyjętych z jakiegoś horroru i innych demonów wcale nie trzeba odbierać dosłownie. Nagle "Dżozef" z jednowymiarowej powieści obyczajowej z elementami fantastyki przeistoczył się w rzecz zupełnie nieprzeciętną, głęboką, o konkretnym, silnym przesłaniu, które w innych okolicznościach mogłoby się wydawać troszkę zbyt naiwne, ale nie tutaj, nie w takim kontekście. I choć od kiedy skończyłam ją czytać minęło kilka dni, wciąż mnie zaskakuje, bo im więcej o niej myślę, tym więcej rzeczy odkrywam.

Co tu dużo mówić; "Dżozef" to kawał solidnej prozy. Potrafi zachwycić, zaskoczyć i skłonić do myślenia. Historia pana Staszka na dobre zadomowiła się w mojej głowie i podejrzewam, że nieprędko o niej zapomnę.
Polecam, oczywiście.

niedziela, 06 lutego 2011
("Chłopiec w pasiastej piżamie")




"Chłopiec w pasiastej piżamie" to chyba jedna z tych książek, wobec których trudno pozostać obojętnym. Jednych zachwycił, innych zirytował naginaniem prawdy. O sobie mogę powiedzieć, że jakoś tak dziwnie pasuję do obu tych grup.


Tematyka książki wzbudziła we mnie pewną nieufność, nim jeszcze wzięłam ją do ręki. Bo prawda jest taka, że połączenie dzieci i obozów koncentracyjnych musi wzruszać, mniej lub bardziej w zależności od jakości historii. A jeśli nie ma się w tym zakresie nic konkretnego do powiedzenia, to jest to dla mnie granie na emocjach, którego nie lubię.
A później zaczęłam czytać. I wpadłam.

Boyne znakomicie wczuł się w postać chłopca, dziewięcioletniego Brunona, który zmuszony jest opuścić ukochany Berlin i przenieść się z rodziną na jakieś obce mu wygwizdajewo, bardzo daleko od przyjaciół, ukochanych dziadków, znajomych ulic i wielkiego domu z niezliczonymi zakamarkami do eksplorowania. Chłopca, który jest nieświadomy wszystkiego, co się wokół niego dzieje: kim jest ten ważny człowiek "The Fury", który przyjeżdża do nich na kolację, skąd się wzięła nazwa nowego miejsca, "Out-With", i dlaczego ci śmieszni ludzie za ogrodzeniem noszą takie same ubrania.
Pewnego nudnego dnia Bruno postanawia wybadać okolicę. W ten sposób poznaje swojego rówieśnika, Shmuela, chłopca w pasiastej piżamie. Daje to początek ich sekretnej i bardzo niezwykłej przyjaźni.

Historia tych dwóch chłopców wywołała u mnie sporo emocji najróżniejszej maści. Ich głównym źródłem był niewątpliwie sprytny zabieg, do którego uciekł się Boyne: to, że czytelnik wie o wiele więcej niż Bruno i zmuszony jest obserwować dziecięcą niewinność wśród takiego ogromu zła. Bezkrytyczną ufność w rodziców oraz otaczający go świat i, co za tym idzie, brak potrzeby kwestionowania pewnych zachowań i wydarzeń. Naiwną nieświadomość przechodzącą czasem w irytującą ignorancję (przez co Bruno momentami solidnie działał mi na nerwy). Boyne sprawił, że na chwilę zapomniałam, że zdecydowanie bliżej mi do "Władcy much" Goldinga niż bezwarunkowej wiary w czystość dziecięcych serduszek.
Urzekła mnie ta książka, nie mogło być inaczej. Okoliczności, jakie opisywała, i kontrast między dwiema stronami wiadomego ogrodzenia były niesamowicie poruszające, ale też i drażniące. A coś złowieszczego, co czaiło się między wierszami i sygnalizowało, że ta historia nie może zakończyć się inaczej jak tylko w jeden sposób, nie pozwalało mi się oderwać od lektury.
Takie właśnie uczucia towarzyszyły mi w trakcie czytania.

A później, po lekturze, przestałam ją czuć i zaczęłam o niej myśleć.
Przede wszystkim wyszło to, czego obawiałam się na początku: samo połączenie dzieci i obozu musi budzić silne emocje, choćby nie wiem, ile miało wad. A to trochę ich miało. Mogłabym się przyczepić do kilku dość istotnych rzeczy: czy dziewięciolatek, w dodatku syn kogoś wysoko postawionego, naprawdę mógł nie wiedzieć, kim był "The Fury"? Czy mógł być na tyle nierozgarnięty, by nie zdawać sobie sprawy z beznadziejnego położenia swojego przyjaciela; z tego, co ogólnie się wokół niego działo? Na serio nikt mu jeszcze nie zdążył wszczepić nienawiści do Żydów?
Do tego Boyne podszedł do tematyki obozu odrobinę zbyt lekko, sugerując np., że Shmuel mógł się każdego dnia swobodnie wymykać na spotkania z Brunonem. Jakie daje to wyobrażenie o okropnościach obozów koncentracyjnych tym, którzy nie mają o nich najmniejszego pojęcia?
Być może przesadzam; być może Boyne chciał tylko chwycić czytelników za serce a nie zasypywać ich faktami. Ale ciężko mi (choć nie jest to niemożliwe) traktować "Chłopca w pasiastej piżamie" jako czystą fikcję, skoro jest osadzona w konkretnym czasie, w konkretnym miejscu - w dodatku tak niemożliwie trudnym do zaakceptowania. W takim świetle książka wydaje się niemal kiepskim żartem.

Tego podziału na "serce i rozum" nie dokonałam z premedytacją; sam się pojawił. W związku z nim powieść mogę uznać za rewelacyjną tylko wtedy, gdy oddzielę historię Brunona od kontekstu historycznego. Gdy o nim myślę, działa mi na nerwy, choć i wówczas nie wydaje mi się zupełnie do niczego, bo przecież urzekła mnie między innymi prostotą fabuły i języka. Innymi słowy, mam dość ambiwalentne odczucia.

I tylko ostatnie słowa (których nie da się zapomnieć) mnie niepokoją: "Of course all this happened a long time ago and nothing like that could ever happen again. Not in this day and age." Mam nadzieję, że słusznie myślę, że to ironia a nie nieświadomość autora.

sobota, 29 stycznia 2011



W zasadzie zamiast rozpisywać się na temat "Kruchej jak lód" mogłabym tylko podać linka do (trochę gorszej) "Zagubionej przeszłości" i to by w dużej mierze załatwiło sprawę. Bo pisać o jednej książce Picoult to pisać o całym jej dorobku. W tym przypadku nie można już mówić o własnym niepowtarzalnym stylu; to już jest pisanie na jedno kopyto. Kopyto jednak, muszę przyznać, silnie wciągające.


Ogółem rzecz biorąc, powieści Picoult nie wzruszają mnie i nie skłaniają do refleksji. Mnóstwo w nich emocji, ale te nie udzielają mi się w najmniejszym stopniu, w całości pozostając na kartach książki. Zupełnie jakbym oglądała je przez szybę. Dlaczego? Bo są nierozerwalnie związane z lekko kiczowatymi zabiegami, które sprawiają, że ciężko mi brać te teoretycznie dramatyczne historie na serio.
Autorka najwyraźniej wyznaje zasadę, że im więcej tym lepiej. Dlatego gromadzi w jednym miejscu wszystkie możliwe problemy, które mogłyby wystąpić w opisywanej sytuacji (i którymi można by spokojnie obdarować kilka powieści), lekką ręką rozdaje nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, przeróżnej maści nieszczęścia i zwroty akcji. Jej bohaterowie postępują impulsywnie, nie szukając rozwiązań w rozmowach z bliskimi, i często niezbyt racjonalnie. A do tego każdy po swojemu, co powinno zapewne zaangażować czytelnika, zmuszając go do opowiedzenia się po jednej ze stron.

Nie inaczej jest właśnie w "Kruchej jak lód".
Szczęśliwe małżeństwo O'Keefe decyduje się na drugie dziecko. Pomimo pewnych problemów Charlotte udaje się zajść w ciążę. Córka rodzi się chora: cierpi na OI, wrodzoną łamliwość kości, typ III. To oznacza, że będzie żyła w bólu i męczarniach, bo byle co, nawet głupie kichnięcie, może powodować kolejne złamania, które z kolei mogą mieć inne nieprzyjemne (poza oczywistymi) skutki. Życie rodziny O'Keefe już zawsze ma się kręcić wokół kruchej, delikatnej Willow.

Mija kilka lat. Na skutek rozmaitych okoliczności rodzice dziewczynki konsultują się z prawnikiem. Ten doradza im wniesienie pozwu z tytułu niedobrego urodzenia. Z jednej strony gdyby wygrali, mogliby podnieść komfort życia Willow, bo na razie im się nie przelewa. Z drugiej oznacza to publiczne wyznanie, że gdyby odpowiednio wcześnie wiedzieli o chorobie, mogliby się zdecydować na usunięcie ciąży. Sprawa komplikuje się o tyle (bo jakże by inaczej), że osobą, która powinna była rozpoznać OI, jest najlepsza przyjaciółka Charlotte, Piper.
I od tego dnia wszystko się zmienia. Rodzina O'Keefe zaczyna się rozpadać: matka idzie w jedną stronę, ojciec w drugą (przy okazji niemal wcale się ze sobą nie komunikując; ze zdezorientowaną Piper też zresztą nie). Starsza córka popada w bulimię i szereg innych autodestrukcyjnych zachowań, a Willow targana jest olbrzymimi wyrzutami sumienia (niebywale dojrzałymi jak na jej wiek). Pani prawnik natomiast, która prowadzi sprawę, czuje się szczególnie dotknięta pojęciem niedobrego urodzenia, bo przedziwnym zbiegiem okoliczności była adoptowana.
Tragedia goni tragedię. (A zakończenie to już w ogóle majstersztyk. Podejrzewam, że autorka padłaby trupem, gdyby nie mogła zamknąć tej historii w tonie najmelodramatyczniejszym z możliwych.)

Tania sensacyjna otoczka oraz "całe mnóstwo wszystkiego" sprawiają jednak, że książki Picoult wsuwa się gładko i nadzwyczaj przyjemnie. Bez emocjonalnego zaangażowania, ale za to z pewnym zapałem podszytym silną potrzebą dowiedzenia się, jak się dana historia dalej potoczy.
Przyzwyczaiłam się już, że powieści tej pani nie należy za bardzo analizować w trakcie lektury. Nie ma sensu zastanawiać się nad każdym naciąganym zdarzeniem, każdym przejawem niewiarygodności bohaterów, każdą bzdurką. "Kruchej jak lód" od samego początku pozwoliłam się tak po prostu porwać, bez większego zagłębiania się w jej treść. Zaowocowało to cudownym oderwaniem się od rzeczywistości i - jakkolwiek to zabrzmi w odniesieniu do tematyki - dobrą zabawą.

Reasumując, Picoult nie sprawdza się jako autorka głębokich, poruszających powieści obyczajowych (a mam wrażenie, że do takich właśnie dąży), za to czytadła wychodzą jej naprawdę niezłe. I mam zamiar od czasu do czasu sobie po nie sięgać.

sobota, 22 stycznia 2011



Po lekturze "Ewangelii według Szatana" zachciało mi się grozy. Mój wybór padł na "Miasteczko Salem" - a upolowałam swego czasu wypasione urodzinowe wydanie ze zdjęciami Uelsmanna i dodatkowymi materiałami, które ukazało się w 2005 roku, w trzydziestolecie powstania książki.

To nie był dobry wybór.

Ostrzegam - będę marudzić.

Nim przejdę do sedna, muszę wtrącić, że w napisanym przez autora wstępie wyczytałam, że powieść pierwotnie miała się nazywać "Drugie przyjście". Żona jednak stwierdziła, że trzeba to zmienić, bo za bardzo kojarzy się z religią. W anglojęzycznych źródłach znalazłam jednak informację, że nie tyle z religią, co z... seksem (co jest jak najbardziej zrozumiałe, biorąc pod uwagę oryginalny tytuł, "Second Coming"). W najbardziej podstawowym rozumieniu obu terminów, religię i seks dzieli pewna przepaść. Dwie różne bajki, moim skromnym zdaniem.
Więc czy przesadzę, mówiąc, że taka ingerencja tłumacza w treść jest niedopuszczalna? Czy ewentualne trudności w przekładzie usprawiedliwiają takie przeinaczanie faktów? Jak mam się nie zastanawiać podczas lektury, czy i w fabule tłumacz sobie czegoś nie zmienił, bo tak było wygodniej? (Na szczęście powieść przełożył ktoś inny, ale niesmak pozostał.)

Ale mniejsza.
O samej powieści nie wiedziałam kompletnie nic poza tym, że jest ogólnie znana i lubiana. Moja ignorancja doprowadziła do tego, że King zrobił mi psikusa. No bo z czym może kojarzyć się Salem jak nie z czarownicami? A tu proszę, słowa o czarownicach w książce nie ma. (Zdumiewające: tysiące dostępnych nazw, a pisarz uparł się właśnie na tę jedną...)
Są za to inne dziwy, które ujawniają się, gdy do Jerusalem, znanego powszechnie jako Salem, przyjeżdża po latach nieobecności pisarz Ben Mears. Ben postanawia zmierzyć się z demonami przeszłości, które występują pod postacią posępnego domiszcza, Domu Marstenów. Mniej więcej w tym samym czasie do miasteczka przybywa dwóch tajemniczych jegomości. I nagle zaczynają ginąć mieszkańcy mieściny, jeden po drugim, w przedziwnych okolicznościach. Wkrótce okazuje się, że Salem opanowały wampiry. Któż więc stawi im czoła, jeśli nie nasz dzielny Ben i garstka jego znajomych?

Nigdy nie podzielałam zachwytów nad twórczością Kinga. Określenie "mistrz grozy" wydawało mi się mocno naciągane, choć doceniam jego wkład w popkulturę. Sympatycznie czytało mi się jego książki, ale żadna nie rzuciła mnie na kolana. Jedne lubiłam bardziej (moim faworytem jest pochłonięte kilkanaście lat temu "To"), inne mniej (słaby "Chudszy" np.); nie było dla mnie tajemnicą, że pisał nierówno. Jednak tego, czego doświadczyłam na tych przeszło czterystu stronach, nigdy bym się nie spodziewała - ani po pisarzu o takiej renomie, ani po tak znanym tytule.

"Miasteczko Salem" bowiem okazało się przeraźliwie nudne, a tym samym męczące. Od pewnego momentu brnęłam przez nie od niechcenia i lekko po łebkach, niemrawo popychana do przodu złudzeniami o sprytnym, ciekawym zakończeniu (którego w końcu nie dostałam). Zawiodło mnie chyba na wszystkich polach. Pozwolę sobie wymienić:
Zirytowała mnie ilość bohaterów, z którymi King postanowił mnie zapoznać, nim rozpoczął w ogóle jakąkolwiek akcję. Mnóstwo nazwisk, tak do siebie podobnych, które - mimo wysiłków pisarza - nawet w połowie lektury sprawiały mi jeszcze problemy i nie zawsze dawały się dopasować do odpowiedniej osoby. Sucha wyliczanka dość mdłych postaci, które tak desperacko starałam się zapamiętać, spodziewając się fascynująco zagmatwanej, wielowątkowej fabuły. A później już tylko poczułam się intelektualnie zgwałcona, gdy okazało się, że rola większości z nich w zasadzie sprowadzała się tylko do padania jak muchy.
Znużyły mnie dialogi i opisy. Połowa z nich okazała się śmiertelnie nudna i kompletnie nic nie wniosła do fabuły. Powieść jest zdecydowanie przegadana. Druga połowa, w której rzeczywiście dzieje się coś istotnego, nie wypada w sumie lepiej - bo co mi po akcji, która jest tak banalna i przewidywalna jak to tylko możliwe? Słowo daję, podobnych historii powstało mnóstwo. No dobra, podejrzewam, że w 1975 roku "Miasteczko Salem" było powiewem świeżości, może nawet czymś całkowicie oryginalnym, ale z całą pewnością nie przetrwało próby czasu.
Wampiry w wykonaniu Kinga kompletnie nie przypadły mi do gustu. Okazały się tępymi, ograniczonymi krwiożerczymi bestiami, które nie potrafiły się nawet porządnie wysłowić. Dłuższych konwersacji, inteligentnych zagrywek na próżno tu szukać. A taka charakterystyka pasuje przecież do zombie, nie do wampirów. (Nadmienię, że wynalazków w stylu lśnienia migotliwym blaskiem również nie aprobuję. Idealnymi przedstawicielami tego, hm, gatunku są bohaterowie "Wywiadu z wampirem" - przynajmniej wersji filmowej, bo z książką się nie zapoznałam.) Jedynie ich szef był trochę bardziej rozgarnięty, jednak nie na tyle, by zakończyć historię solidną bitwą umysłów.
I na koniec: groza. Nie odczułam ani odrobiny. Klimatu również. Pisarz wyznał w posłowiu, że lubi w tej powieści "poczucie narastającego zagrożenia". Tylko się uśmiechnęłam, widząc te słowa.

Po przeczytaniu "Miasteczka Salem" czułam się, jakby wytarło mną podłogę, solidnie wyżymało i na koniec przetrzepało na balkonie. Toteż odpuściłam sobie lekturę usuniętych scen oraz dwóch związanych z powieścią opowiadań, które znajdują się w tym wydaniu.

Wątpię, żebym chciała zbliżyć się jeszcze do Kinga w ciągu kilku najbliższych lat. Na razie wystarczy mi wrażeń.



Uwaga - spojlery w komciach!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40