...fascynacje, frustracje i fantazje
| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    



,

statystyka
czwartek, 28 kwietnia 2011



Nie sądziłam, że da się połączyć mitologię grecką, zniszczony Nowy Orlean i paranormalne dziwy w taki sposób, żeby trzymało się to kupy, a co dopiero było przyjemne w odbiorze. A jednak! Kelly Keaton ze składników na pozór do siebie nie pasujących stworzyła rzecz spójną i intrygującą.


Aristanae Selkirk miała cztery lata, gdy matka oddała ją pod opiekę państwa. Teraz, po trzynastu latach, dziewczyna postanawia odnaleźć swoje korzenie i dowiedzieć się czegoś o rodzicach. Poszukiwania zaczyna od posępnego szpitala psychiatrycznego, gdzie trafiła i - jak się okazuje - wkrótce potem popełniła samobójstwo jej matka, zostawiając po sobie tajemniczy list adresowany do córki. List, który daje początek lawinie pytań i (paradoksalnie, bo miał ją przed tym uchronić) prowadzi Ari do Nowego Orleanu, miejsca jej urodzenia.
Nie bez znaczenia jest tutaj fakt, że Nowy Orlean przeszedł trzynaście lat wcześniej lekką metamorfozę i stał się własnością prywatną: po fali kataklizmów, jakie nawiedziły miasto, rząd nie kwapił się do jego odbudowy, toteż dziewięć najstarszych rodzin z tamtych okolic zawarło sojusz i wykupiło je na własny użytek. Wieść gminna niesie, że Nowy 2, jak teraz nazywa się miasto, stał się schronieniem dla odmieńców i siedliskiem przedziwnych zjawisk nadprzyrodzonych.
Ari zamierza początkowo wpaść tam tylko na chwilę, by zdobyć swój akt urodzenia i, jeśli szczęście dopisze, poznać nazwisko ojca. Zmuszona jest jednak zweryfikować swoje plany, gdy okazuje się, że ktoś czyha na jej życie, a sojusz zdaje się wiedzieć coś o jej pochodzeniu. A pewien przystojny młodzieniec, garść niezwykłych osobników i ekscentryczny tryb życia, jaki prowadzą, sprawiają, że dziewczyna szybko się tam zadomawia.

Najmocniejszą stroną powieści jest bohaterka - odważna, spontaniczna dziewucha, która nie boi się walczyć o swoje. W kryzysowych sytuacjach Ari się nie patyczkuje - jest nawet w stanie zwymyślać swojego śmiertelnego wroga, przed którym inni się trzęsą, a i tyłek komuś skopie, jeśli zajdzie potrzeba. Do tego potrafi wdać się w romans z osobnikiem, którego zna dosłownie chwilę - bez tęsknego wzdychania, umierania z miłości i tym podobnych cukierkowych uniesień. Zdecydowanie nie dogadałaby się z rozmemłaną Bellą, a nawet Edward wygląda przy niej jak przedszkolak.

Spodobał mi się też pomysł na miejsce akcji - zniszczony Nowy Orlean z jego ponurymi mieszkańcami, tajemnicami, historią. I wielobarwnym Mardi Gras tak cudownie kontrastującym z mrocznymi cmentarzami, po których grasują złodzieje (a później sprzedają znaleziska nieświadomym ich pochodzenia turystom). To miasto, zwłaszcza w takiej formie, ma spory potencjał i nie obrażę się, jeśli autorka poświęci mu więcej uwagi w kolejnych częściach cyklu.

"Z ciemnością jej do twarzy" czyta się szybko i sprawnie; sama nie wiem, kiedy dotarłam do ostatniej strony. Przyczyniły się do tego wartki język, krótkie, naturalne dialogi i pędząca akcja. Co się tyczy tego ostatniego, wszystko dzieje się tak szybko, że może nawet ociera się to o przesadę. Keaton nie daje czytelnikowi chwili wytchnienia, tylko zasypuje go kolejnymi informacjami i wciąga w łańcuch wydarzeń. Osobiście wolałabym, żeby zatrzymała się czasem na chwilę, szerzej zarysowała kontekst, uczucia bohaterki czy co tam jeszcze, jednak jestem pewna, że docelowa grupa odbiorców, czyli młodzież, będzie z takiego tempa zadowolona.

Jednak pomimo tej galopującej akcji, książka sprawia wrażenie zaledwie prologu, wprowadzenia do tego, co będzie się działo w kolejnych tomach (czy też może raczej kolejnym tomie; nie wiem, z ilu części ma się składać cykl). Jestem ciekawa, jak autorka postanowiła pokierować dalszymi losami Ari i mam nadzieję, że będę mogła je poznać w przyszłym roku (anglojęzyczna oryginalna wersja ma wyjść w lutym).

Oficjalna premiera "Z ciemnością jej do twarzy" odbędzie się 5 maja.
Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Znak. A wszystkich zainteresowanych informacjami o serii i promocjami zachęcam gorąco do odwiedzenia oficjalnego profilu na FB: Z ciemnością nam do twarzy.




sobota, 16 kwietnia 2011



Czy wiecie, że 6 kwietnia odbyła się premiera miniserialu produkcji BBC, "The Crimson Petal and the White"? Na podstawie genialnej zresztą powieści Michela Fabera o tym samym tytule? Bo ja do tej pory nie wiedziałam, natknęłam się teraz na tę informację zupełnie przypadkiem :)


Serial składa się z czterech odcinków. W roli Sugar wystąpiła Romola Garai.

Tutaj możecie zobaczyć krótką zapowiedź.

sobota, 09 kwietnia 2011



Cóż mogę rzecz: Mordimer Madderdin podbił moje serce.


O pierwszej części cyklu, "Słudze Bożym", słyszałam wcześniej to i owo i choć miałam dość konkretne podejrzenia, że jego klimat może mi przypaść do gustu, to jednak rzeczy, których nie słyszałam, a które sama sobie nie wiadomo z jakiego powodu dopowiedziałam, sprawiły, że ciężko było mi po niego sięgnąć. Innymi słowy, spodziewałam się po nim czegoś zgoła innego i nawet nie przyznam się czego, bo aż mi wstyd, jak dalece rozminęłam się w swych domysłach z prawdą.
W każdym razie okazało się, że książki o Mordimerze to jest dokładnie, w każdym calu, w każdym promilu moja bajka, czego niezaprzeczalnym dowodem jest fakt, że machnęłam od razu cztery części cyklu, jedną po drugiej, a w stosunkowo niedalekiej przyszłości planuję przeczytać kolejne (choć tu pojawia się pewien problem, ale o tym później). I nie wyobrażam sobie siły, która byłaby w stanie mnie od tego odwieść.

Mordimer Madderdin to licencjonowany inkwizytor Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu. Jego zadaniem jest tropienie herezji: czarnoksiężników, członków sekt, bluźnierców. Zawsze znajdzie się ktoś, kto głosi, że Jezus umarł na krzyżu (choć przecież wiadomo, że z niego zstąpił, by pokarać grzeszników i wyrżnąć pół Jerozolimy) lub wchodzi w konszachty z demonami, więc roboty nie brakuje. A jeśli przesłuchanie wykaże, że delikwenci są winni zarzucanych im czynów, Mordimer pomaga im znaleźć odkupienie w płomieniach świętego stosu.
Nie myślcie tylko, że inkwizytor to rzeźnik, który podczas tortur wydobywa z delikwenta to, co chce usłyszeć. O nie. Przesłuchanie to sprawa nadzwyczaj delikatna, wymagająca wyczucia i taktu, a przede wszystkim miłości. Mordimer nie szuka winnego, by szybko zamieść sprawę pod dywan, tylko stara się odnaleźć prawdę, jaka by ona nie była.
Oczywiście i on grzeszy i ma swoje słabostki, w końcu jest tylko człowiekiem. Jednak zacny z niego inkwizytor. I choć woli pozostać w cieniu i się nie wychylać, na pewno wyróżnia się z tłumu swoją postawą, tak niepopularną w świecie, w którym przyszło mu żyć.

Rzeczywistość, która otacza Mordimera, nie jest przyjemna. Życie można stracić w każdej chwili (tym łatwiej, im niższy stan). Równie łatwo jest trafić do więzienia za przestępstwo, którego się nie popełniło, i tam sczeznąć. Ludzie się rozbestwili, w swej chciwości oraz pogoni za władzą i majątkiem zapomnieli o tym, co najważniejsze, zaś łapówki i oszustwa są na porządku dziennym. Do tego księża coraz silniej mieszają się w rzeczy, które ich w ogóle nie powinny obchodzić (brzmi dziwnie znajomo). A w środku tego zepsucia i rozkładu społecznego tkwi Mordimer, człowiek z jako takimi zasadami i o prawdziwie głębokiej, niezłomnej wierze. I, w przeciwieństwie do większości, dbający o higienę.
(Przyznam, że mimo pewnej parszywości i ponurości tego świata, znalazłam w nim rzeczy, które mnie urzekły: proste, czarno-białe zasady wiary, prawa rządzące daną religią i organizację Świętego Officjum.)

Przedstawianie wydarzeń z punktu widzenia bohatera jest tutaj zabiegiem nadzwyczaj trafionym. Widzimy świat oczami Mordimera, poznajemy jego cyniczne przemyślenia i komentarze, których z różnych względów nie mógłby powiedzieć na głos. Co ciekawe - nie jest całkowicie wiarygodny w swoich relacjach. Zdarza się, że przedstawia fakty w innym świetle, niż je pamiętamy z jego poprzednich przygód. Co za tym idzie - nie wiemy, czy mu wierzyć w sprawach, o których nie mamy pojęcia i których znać nie możemy. Ale to tylko czyni Mordimera jeszcze bardziej fascynującym i skomplikowanym. Zresztą on cały jest szalenie złożony i niemożliwym jest wsadzenie go do jednej konkretnej szufladki. Uwielbiam go z całego serca, chyba nawet bezkrytycznie, i uważam za jedną z najgenialniej stworzonych postaci w literaturze.

Wszystkie cztery części cyklu, o których tu piszę, są zbiorami ułożonych chronologicznie opowiadań, a każde przedstawia osobną historię. Z reguły są to parakryminalne zagadki, które inkwizytor musi rozwiązać, by wytropić kolejne herezje i odkryć nowe tajemnice. Pierwsze dwa tomy, "Sługa Boży" i "Młot na czarownice", są lekkie, jednak w kolejnych dwóch, "Mieczu aniołów" i "Łowcach dusz", Piekara uderza w poważniejszy ton, wymyśla bardziej skomplikowane sprawy, a opowiadania są coraz dłuższe. Wyraźnie widać, jak Mordimer zmienia się i dojrzewa wraz z każdą kolejną częścią; jak wpływają na niego poszczególne wydarzenia i jak kształtuje go rzeczywistość.
Oczywiście nie jest on jedyną postacią, która łączy ze sobą poszczególne opowiadania - przewija się w nich garść innych bohaterów, mniej lub bardziej istotnych. Do najciekawszych zdecydowanie należą Anioł Stróż, którego inkwizytor lęka się bardziej niż czegokolwiek innego na świecie, Kostuch - budzący grozę wyglądem i zapachem zabijaka, Bliźniacy o lekko nekrofilskich zapędach i ponadprzeciętnych umiejętnościach czy Gersard - humorzasty biskup Hez-hezronu, od którego aktualnego stanu zdrowia i stopnia upojenia alkoholowego zależą losy biednego Madderdina.
I jest jeszcze coś: złowieszcza aura, która stopniowo narasta w tle opowiadań i która zdecydowanie nie wróży nic dobrego.
Dzięki tym wspólnym mianownikom, chronologii i nawiązywaniem do wydarzeń z poprzednich rozdziałów, można momentami zapomnieć, że są to opowiadania a nie spójna, solidna powieść.

Na razie koniec z zachwytami; czas na wady, bo i te można wyłapać podczas lektury. (Chociaż ja w swym uwielbieniu cyklu dopatrzyłam się tylko dwóch, w tym jednej dość niemrawej.)
Pierwsza to tendencje Mordimera do powtarzania się. Gdy np. w opowiadaniach pojawia się Kostuch, inkwizytor za każdym razem opisuje krótko jego najważniejsze cechy. Rozumiem, że jest to przydatna rzecz w momencie gdy opowiadania są kompletnie wyjęte z kontekstu, ale w takich zbiorach zupełnie się nie sprawdza, a wręcz może drażnić.
Druga (ta niemrawa) to łatwość, z jaką Madderdin wpada na rozwiązywanie zagadek i tajemnic. Niemrawa, bo podejrzewam, że niektórym czytelnikom, spragnionym prawdziwie złożonych kryminalnych spraw, może coś takiego działać na nerwy. Mi to jednak nie przeszkadzało, w kryminałach jestem zielona, więc satysfakcjonowały rozwiązania zaproponowane przez Piekarę. Inna sprawa, że Mordimer jest tak fenomenalną postacią, że mógłby przez całe opowiadanie ziemniaki obierać, a ja i tak chciałabym to czytać.
Jednak te rzeczy to są naprawdę drobiazgi, które w ogromie zalet i cudowności cyklu giną niemal zupełnie. Wspomniałam o nich raczej z przyzwoitości niż rzeczywistej potrzeby, żeby nie było, że tylko z zachwytu tutaj pieję.

Mam natomiast silną potrzebę napisania o moim fochu na pisarza. Wielkim fochu, który dzieli się zresztą na dwa podfochy.
Pisałam wcześniej, że w tle opowiadań czai się coś złowrogiego. To coś znalazło częściowe ujście w ostatnim opowiadaniu, "Wodzach ślepych". Ujście szalenie niesatysfakcjonujące, dodam. Piekara uczynił Mordimerowi rzecz straszliwą, nad którą nie mogę przejść do porządku dziennego, której nie mogę przeboleć i przez którą nie mogę sobie znaleźć teraz miejsca. Nie wyobrażam sobie, jak to może się rozwinąć w dalszej części, ale i nie wiem, czy dalsza część ma w ogóle powstać.
Drugi podfoch to chronologiczne rozbabranie prequeli. Panuje tam taki bałagan, że kompletnie nie wiem, po którą książkę teraz sięgnąć. Ale że dużego wyboru nie mam, pozostaje mi czytać to, co się ukazało, i czekać cierpliwie na kolejne tomy.

Na koniec nie mogę sobie odmówić zjechania najnowszych wydań tych czterech książek. No popatrzcie tylko (klik). Jest to jedna z największych okładkowych porażek, jakie w życiu widziałam, zwłaszcza w porównaniu do poprzednich edycji. Ilustracje kompletnie nie pasują do treści i nie oddają atmosfery, jaka panuje w książkach. A pannica na okładce "Młota na czarownice" wyraźnie wskazuje na jakiś wampirzy cykl dla młodzieży; nic, tylko czekać, aż połyskujący Edward wyskoczy ze środka.
Nie wyobrażam sobie, żeby te wydania mogły w jakikolwiek sposób przykuć moją uwagę w księgarni i nie wierzę, żeby ktoś, kto poznał Mordimera i zasmakował tego inkwizytorskiego klimatu, chciał mieć coś takiego na półce. Krótko mówiąc, osoba, która te okładki zaprojektowała, powinna moim zdaniem dostać dożywotni zakaz projektowania czegokolwiek.

Podsumowując tę długaśną notkę (w której i tak starałam się streszczać, więc pominęłam masę rzeczy), gorąco zachęcam do sięgnięcia po pierwszą część cyklu i sprawdzenia, czy to przypadkiem nie jest i Wasza bajka. Moja jest, a każda inna książka wydaje mi się teraz wadliwa, bo nie ma w niej Mordimera (wprawdzie czytam teraz Sedgwicka, ale z pewnym niesmakiem). Polecam, innymi słowy!

czwartek, 07 kwietnia 2011

W ubiegłym roku nie przebrnęłam przez trzy książki. O "Candy" Mian Mian pisałam tutaj. Nie pisałam natomiast o "Sercątku" Herty Müller oraz o "The Teahouse Fire" Ellis Avery, czas więc to nadrobić i skreślić na ich temat choć kilka słów.




Herta Müller - "Sercątko"



Ciężka sprawa z tą Hertą. Co innego porzucić lekturę kiepskiego, nudnego, koślawo napisanego czytadła, a co innego najsłynniejszej chyba powieści noblistki. Cóż, pociesza mnie, że nie ja jedna nie dałam "Sercątku" rady.
Wykończył mnie język, pełen metafor, symboli, niedopowiedzeń, owijania w bawełnę, lekkiego chaosu i innych dziwów. Preferuję prostotę, zresztą uważam, że zrobienie na czytelniku wrażenia przy użyciu jak najmniejszej ilości słów, bez upiększaczy, ozdobników i masy najróżniejszej maści środków stylistycznych jest nie lada sztuką. Tutaj miałam wrażenie, jakby Müller po prostu pisała, co jej serce dyktowało, zupełnie nie dbając o czytelnika. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że wszelkie korzyści płynące z lektury nie są wprost proporcjonalne do wysiłku, który muszę w nią włożyć, i zrobiłam sobie przerwę. Później okazało się, że kompletnie wypadłam z rytmu i nie potrafiłam już wrócić do książki.
Nie mówię, że jest
to zła książka. To po prostu książka nie dla mnie.





Ellis Avery - "The Teahouse Fire"



Bardzo się na tę książkę zgrzałam, więc mojej radości nie było końca, gdy udało mi się ją wreszcie upolować na BookMoochu.
Zawiodłam się srodze.
Historia opowiada o Aurelii, młodziutkiej Francuzce, która przedziwnym zrządzeniem losu trafia do Japonii i zostaje przygarnięta przez rodzinę, która specjalizuje się w ceremonii picia herbaty. No i w zasadzie tyle.
Śmiertelnie się wynudziłam (a wyobraźcie sobie, jak nudna musi być książka o Japonii, żebym zdecydowała się przestać ją czytać). Przez wiele, wiele stron nic się nie działo; czułam, jakbym stała w miejscu, choć coraz więcej kartek dzieliło mnie przecież od strony tytułowej. Autorka skupiła się na długaśnych, nic do niczego nie wnoszących opisach, czym w końcu wyczerpała moją cierpliwość.
Powieść odłożyłam nie bez żalu; w końcu miała spory potencjał. Ale i w tym wypadku pokrzepia mnie fakt, że nie jestem odosobniona w swej opinii.

środa, 30 marca 2011



Winterfold było kiedyś miastem, takim porządnym, z dwunastoma kościołami i tysiącami mieszkańców. Ale z każdym sztormem było go coraz mniej. Klify osuwały się do morza, zabierając ze sobą cmentarze, domy i ulice, aż w końcu został tu tylko jeden kościół i garstka ludzi.

Pewnego lata do Winterfold przyjeżdża ojciec z córką. Rebecca to przeciętna nastolatka; może trochę zbyt naiwna i nieszczególnie inteligentna, ale to wszystko wciąż w granicach normy. Perspektywa spędzenia kilku tygodni na takim wygwizdajewie nie wydaje się zbyt kusząca, zwłaszcza że jej relacje z ojcem są wyraźnie napięte i oboje prawie ze sobą nie rozmawiają. Wakacje zapowiadają się nudno i nieciekawie, dopóki Rebecca nie poznaje Ferelith.
Nowa znajoma jest, krótko mówiąc, dziwna. Odbiega od standardów niemal wszystkim: wyglądem, inteligencją, stylem życia. I od początku zachowuje się, jakby czekała właśnie na Rebeckę*...

Fabuła ukazana jest z trzech perspektyw. Pierwsza z nich to przemyślenia tajemniczej Ferelith, która w swoim zainteresowaniu śmiercią i znajomością najbardziej posępnych zakamarków Winterfold wytwarza wokół siebie złowrogą, niepokojącą atmosferę. Jej stosunek do Rebecki jest niejednoznaczny: nie wiadomo, czy jest w niej zakochana, czy raczej ma nieprzyjazne zamiary i widzi w niej idealną kandydatkę do kontynuowania pewnych badań z XVIII wieku.
Druga to zapiski duchownego z 1798 roku, relacja jego znajomości z pewnym francuskim doktorem, który przyjechał do miasteczka i zamieszkał w okazałej posiadłości, by przeprowadzać tam ponure, związane z życiem pozagrobowym eksperymenty. Którymi, dodam, ponad dwieście lat później zainteresuje się Ferelith.
Ostatnia perspektywa to trzecioosobowa narracja relacjonująca pobyt Rebecki w Winterfold, przebieg i skutki jej znajomości z Ferelith oraz relacje z ojcem.

Wszystko jest tu owiane już nie mgiełką, a solidnym, gęstym mgliszczem tajemnicy. Z każdym rozdziałem pojawia się coraz więcej znaków zapytania i sekretów, które z całego serca chce się poznać: co sprawiło, że ojciec Rebbecki chciał się na jakiś czas schronić w takim zapomnianym przez wszystkich miasteczku, i dlaczego jego relacje z córką wyglądają tak niemrawo? Do czego zmierza Ferelith, przez co przeszła, jakie skrywa tajemnice i jakie ma plany wobec swojej nowej koleżanki? I wreszcie: cóż za eksperymenty przeprowadzał tu kiedyś doktor wraz z miejscowym duchownym?

Sedgwick po mistrzowsku buduje napięcie, nie tylko niewiadomymi, które mogą budzić najbardziej mroczne ze skojarzeń, ale też klimatem, jaki panuje w Winterfold. Już sam fakt, że miasteczka nieustannie ubywa, nie nastraja zbyt optymistycznie, a gdy dołożyć do tego podniszczone, zarośnięte pozostałości po cmentarzach, stare, przerażające domiszcze, które należało niegdyś do francuskiego doktora, oraz miejscowy pub o dziwnej nazwie, to książki nie da się czytać bez uczucia niepokoju. Choć - nauczona doświadczeniem - do okładkowego hasła a modern gothic thriller podeszłam mocno sceptycznie, to szybko okazało się, że nic bardziej trafnego wymyślić się nie da: "White Crow" rzeczywiście budzi grozę. I to w najdoskonalszy ze sposobów, bo samą tylko atmosferą. Aż ciężko mi uwierzyć, że książka jest skierowana do młodzieży.

Sedgwick był mi dotąd obcy; nic o nim nie wiedziałam, gdy sięgałam po "White Crow". Powieść okazała się jednak niesamowicie oryginalna (bo nie sposób przewidzieć, w jaki sposób potoczy się fabuła; autor podążył własnymi ścieżkami, zrywając z wszelkimi znanymi mi schematami) i napisana rewelacyjnym językiem (lakonicznym, oszczędnym, czyli moim ulubionym). Więc jeśli inne książki jego autorstwa zrobią na mnie takie wrażenie jak ta (a nie ulega wątpliwości, że po nie sięgnę; po prostu nie widzę innej opcji), Sedgwick od razu wskoczy do grona moich ulubionych pisarzy.

Polecam, oczywiście. A jako ciekawostkę dodam, że pisarz bardzo luźno zainspirował się pewnymi prawdziwymi wydarzeniami.





* Pojęcia nie mam, jak poprawnie odmienić to imię. Słowniki, z których korzystałam, milczą na ten temat. Jeśli opcja, którą wybrałam, jest niepoprawna, proszę o stosowną informację :)

czwartek, 17 marca 2011
("7 razy dziś")




Cztery nastolatki wracają z popijawy. Alkohol, kiepskie warunki atmosferyczne oraz brawura kierowcy prowadzą do wypadku. Jedna z dziewczyn, Sam Kingston, ginie. A potem... budzi się rankiem tego samego dnia, by jeszcze raz go przeżyć. A później jeszcze raz. I jeszcze.

Wprawdzie dziecka w sobie nie pielęgnuję, ale nastolatkę jak najbardziej. Chętnie oglądam młodzieżowe seriale, czytuję młodzieżowe książki, toteż szybko nabrałam smaka na tak wypromowaną na blogach książkę Lauren Oliver, "7 razy dziś". Byłam pewna, że ze względu na zamiłowanie do młodzieżowych rzeczy szybko się w niej odnajdę. Nic takiego się jednak nie stało. Żadna z czterech bohaterek nie zaskarbiła sobie mojej sympatii, za to wszystkie, jak jeden mąż, działały mi na nerwy.
No bo wyobraźcie sobie grupkę dziewczyn, które są popularne. Zadzierają nosa, nie odzywają się do młodszych uczniów, dokuczają innym i rozpuszczają wredne plotki. A mimo to mają swego rodzaju władzę. Cóż, dla mnie to kompletna abstrakcja. Za moich czasów popularność funkcjonowała jednak na innych zasadach. Poza powyższym nastolatki drażniły mnie drobiazgami: ile razy można wylewać na siebie kawę (głównie w samochodzie podczas gwałtownego hamowania)? I czy naprawdę nie mogły się ubierać adekwatnie do pogody, tylko bez przerwy marzły i mokły? Serio?
Tak więc - nie odnalazłam się w tym świecie. Nie współczułam Sam, nie żałowałam jej, z nikim się nie utożsamiłam. Nie dałam rady się wczuć. Łapałam się nawet na tym, że kompletnie nie myślę o książce w przerwach między czytaniem. Gdy zasiadałam do lektury, musiałam się zmuszać, żeby sobie przypomnieć, co tam ostatnio się działo.

Sama historia jest tak przewidywalna, że aż zaskakująca. Już tłumaczę: Po przeczytaniu pierwszego rozdziału i zorientowaniu się w świecie Kingston, od razu zwizualizowała mi się reszta książki: kierunek, w jaki może zmierzać fabuła, przesłanie powieści, jej najważniejsze elementy. Pewne zagadnienia i rozwiązania same mi się nasunęły - były tak oczywiste, że założyłam, że pewnie nie znajdą się jednak w książce. Że Oliver musiała jednak stworzyć coś oryginalnego, zupełnie nowego, skoro ktoś zdecydował się to wydać. Tak więc zatarłam ręce z uciechy i zasiadłam do dalszej lektury, czekając na ten powiew świeżości, na zaskoczenie.
Doczytałam do końca i się mocno zdziwiłam. Bo w "Before I Fall" znalazło się wszystko to, co wcześniej przyszło mi do głowy. Książka okazała się pozbawionym choćby cienia czegokolwiek odkrywczego zlepkiem banałów. A mimo to ktoś ją wydał, a w dodatku stworzył wokół niej szum medialny. I właśnie to - i tylko to - tak mocno mnie zaskoczyło.

Podsumowując - nie ruszyła mnie ta powieść, nie podbiła mojego serca. Ale jeśli odmieni czyjeś nastoletnie życie, to w sumie fajnie, że powstała.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 40