...fascynacje, frustracje i fantazje



,

statystyka
Blog > Komentarze do wpisu

Marcus Sedgwick: "White Crow"




Winterfold było kiedyś miastem, takim porządnym, z dwunastoma kościołami i tysiącami mieszkańców. Ale z każdym sztormem było go coraz mniej. Klify osuwały się do morza, zabierając ze sobą cmentarze, domy i ulice, aż w końcu został tu tylko jeden kościół i garstka ludzi.

Pewnego lata do Winterfold przyjeżdża ojciec z córką. Rebecca to przeciętna nastolatka; może trochę zbyt naiwna i nieszczególnie inteligentna, ale to wszystko wciąż w granicach normy. Perspektywa spędzenia kilku tygodni na takim wygwizdajewie nie wydaje się zbyt kusząca, zwłaszcza że jej relacje z ojcem są wyraźnie napięte i oboje prawie ze sobą nie rozmawiają. Wakacje zapowiadają się nudno i nieciekawie, dopóki Rebecca nie poznaje Ferelith.
Nowa znajoma jest, krótko mówiąc, dziwna. Odbiega od standardów niemal wszystkim: wyglądem, inteligencją, stylem życia. I od początku zachowuje się, jakby czekała właśnie na Rebeckę*...

Fabuła ukazana jest z trzech perspektyw. Pierwsza z nich to przemyślenia tajemniczej Ferelith, która w swoim zainteresowaniu śmiercią i znajomością najbardziej posępnych zakamarków Winterfold wytwarza wokół siebie złowrogą, niepokojącą atmosferę. Jej stosunek do Rebecki jest niejednoznaczny: nie wiadomo, czy jest w niej zakochana, czy raczej ma nieprzyjazne zamiary i widzi w niej idealną kandydatkę do kontynuowania pewnych badań z XVIII wieku.
Druga to zapiski duchownego z 1798 roku, relacja jego znajomości z pewnym francuskim doktorem, który przyjechał do miasteczka i zamieszkał w okazałej posiadłości, by przeprowadzać tam ponure, związane z życiem pozagrobowym eksperymenty. Którymi, dodam, ponad dwieście lat później zainteresuje się Ferelith.
Ostatnia perspektywa to trzecioosobowa narracja relacjonująca pobyt Rebecki w Winterfold, przebieg i skutki jej znajomości z Ferelith oraz relacje z ojcem.

Wszystko jest tu owiane już nie mgiełką, a solidnym, gęstym mgliszczem tajemnicy. Z każdym rozdziałem pojawia się coraz więcej znaków zapytania i sekretów, które z całego serca chce się poznać: co sprawiło, że ojciec Rebbecki chciał się na jakiś czas schronić w takim zapomnianym przez wszystkich miasteczku, i dlaczego jego relacje z córką wyglądają tak niemrawo? Do czego zmierza Ferelith, przez co przeszła, jakie skrywa tajemnice i jakie ma plany wobec swojej nowej koleżanki? I wreszcie: cóż za eksperymenty przeprowadzał tu kiedyś doktor wraz z miejscowym duchownym?

Sedgwick po mistrzowsku buduje napięcie, nie tylko niewiadomymi, które mogą budzić najbardziej mroczne ze skojarzeń, ale też klimatem, jaki panuje w Winterfold. Już sam fakt, że miasteczka nieustannie ubywa, nie nastraja zbyt optymistycznie, a gdy dołożyć do tego podniszczone, zarośnięte pozostałości po cmentarzach, stare, przerażające domiszcze, które należało niegdyś do francuskiego doktora, oraz miejscowy pub o dziwnej nazwie, to książki nie da się czytać bez uczucia niepokoju. Choć - nauczona doświadczeniem - do okładkowego hasła a modern gothic thriller podeszłam mocno sceptycznie, to szybko okazało się, że nic bardziej trafnego wymyślić się nie da: "White Crow" rzeczywiście budzi grozę. I to w najdoskonalszy ze sposobów, bo samą tylko atmosferą. Aż ciężko mi uwierzyć, że książka jest skierowana do młodzieży.

Sedgwick był mi dotąd obcy; nic o nim nie wiedziałam, gdy sięgałam po "White Crow". Powieść okazała się jednak niesamowicie oryginalna (bo nie sposób przewidzieć, w jaki sposób potoczy się fabuła; autor podążył własnymi ścieżkami, zrywając z wszelkimi znanymi mi schematami) i napisana rewelacyjnym językiem (lakonicznym, oszczędnym, czyli moim ulubionym). Więc jeśli inne książki jego autorstwa zrobią na mnie takie wrażenie jak ta (a nie ulega wątpliwości, że po nie sięgnę; po prostu nie widzę innej opcji), Sedgwick od razu wskoczy do grona moich ulubionych pisarzy.

Polecam, oczywiście. A jako ciekawostkę dodam, że pisarz bardzo luźno zainspirował się pewnymi prawdziwymi wydarzeniami.





* Pojęcia nie mam, jak poprawnie odmienić to imię. Słowniki, z których korzystałam, milczą na ten temat. Jeśli opcja, którą wybrałam, jest niepoprawna, proszę o stosowną informację :)

środa, 30 marca 2011, germini
Tagi: orion

Polecane wpisy

Komentarze
2011/04/02 17:10:28
Czy ja Ci kiedyś już mówiłam, jak bardzo mnie cieszy Twój boczny pasek bloga? :)
I Tom Waits, moja największa miłość życia, na samej górze! Miłość!

Ta książka, "White Crow", chętnie bym przeczytała. Ale po polsku, ostatnio mam takie problemy z polszczyzną (na co dzień używam w domu angielskiego), zapominam słowa, koszmar. Muszę sprawdzić, czy jest jakieś tłumaczenie :)
Horrorów niby nie lubię, ale małe miasteczka i groza, to mnie zawsze wciąga, działa na wyobraźnię.
-
germini
2011/04/07 14:56:17
Liritio, cieszy mnie, że Ciebie cieszy mój Tumblr w bocznej szpalcie ;) Zwłaszcza że się porządnie namęczyłam, żeby go tam wstawić :)
Waitsa wprawdzie nie słucham zbyt namiętnie, ale tę piosenkę uwielbiam. Film, z którego pochodzi, również (widziałaś może?).

"White Crow", o ile mi wiadomo, nie ukazał się po polsku, ale kilka innych, nieznanych mi jeszcze książek Sedgwicka już tak.
A co się tyczy gatunku - są horrory i horrory ;) Te z potworami, flaczkami i krwią jakoś mi nie podchodzą; śmieszne są (nie mylić z "zabawne"). Jedynie azjatyckich duchów się szczerze boję, ale to wyjątek ;) No i są horrory nastawione nie na rzeź tylko na stopniowe budowanie atmosfery grozy, niepokoju i napięcia. Takie utwory sobie cenię i taki jest też "White Crow".
-
2011/04/08 18:39:22
A nie wiedziałam, że ta piosenka Waitsa była w jakimś filmie :) a w jakim?

Co do horrorów, takie psychologiczne thrillery, w deseń Hitchcocka, chętnie czytam/oglądam. Również duchy/wampiry wszelkie potwory mi pasują, podobnie jak Tobie, w wersji nastawionej na atmosferę, a nie krew i flaki. W ogóle ta fala horrorów gore mnie przeraża. I że ludzie to namiętnie oglądają, brrr, ja od samych zwiastunów dostaję zapaści.

A Sedgwickiem w takim razie się zainteresuję. A azjatyckich duchów też się boję bardziej, niż innych. Chociaż wszystko zależy od wykonania, ta mała z "The Ring" była straszna, dopóki nie zobaczyłam jakiegoś śmiesznego obrazka na jej temat, i przepadło, już nie umiem się bać Samary :)
-
germini
2011/04/08 20:01:46
Piosenkę znam z filmu "Tygrys i śnieg" Benigniego - polecam, świetny jest :)

Gore, o właśnie, tego słówka mi zabrakło ostatnio ;) Ja nie przepadam; już mniejsza o flaki, bo te mnie nie ruszają, ale fabularnie ten gatunek zwykle leży, kwiczy i błaga o litość ;)
"The Ring" był moim pierwszym kontaktem z duchem azjatyckim. Byłam w kinie, prawie umarłam ze strachu i jeszcze przez kilka następnych dni chodziłam cała zestresowana ;) Próbowałam kiedyś grać na konsoli w "Project Zero" (też horror azjatycki z duchami szwendającymi się po starej chałupie), ale wysiadłam psychicznie. I nawet zapalone światło i chłop w fotelu obok nie pomagali ;) A żałuję okrutnie, bo bardzo chciałam poznać fabułę. Ale dla odmiany taki "Silent Hill" już mnie kompletnie nie rusza, najwyżej śmieszy trochę (chociaż grze - nie filmowi - klimatu grozy odmówić nie sposób) :D

Sedgwickiem sama zamierzam się bliżej zainteresować :) Naprawdę zafascynował mnie tą powieścią.