...fascynacje, frustracje i fantazje



,

statystyka
Blog > Komentarze do wpisu

Jack Ketchum: "Dziewczyna z sąsiedztwa"




Przerażająca książka. Przerażająca, bo oparta na faktach - i gdyby nie to, potraktowałabym ją jako wyjątkowo niesmaczną wyliczankę tortur i upokorzeń, jakie można zadać drugiemu człowiekowi, stworzoną przez chorą wyobraźnię sfrustrowanego pisarza. Jednak prawdziwa historia, śmierć Sylvii Likens, która posłużyła Ketchumowi za kanwę powieści, drastycznie zmienia odbiór "Dziewczyny z sąsiedztwa". (I sprawia przy okazji, że okładka polskiego wydania, która byłaby w porządku w przypadku każdego fikcyjnego thrillera, tu jest szalenie nie na miejscu.)


USA, lata 50. Spokojna okolica, gdzie każdy każdego zna. Sielanka z maślanką.
Dwunastoletni David, narrator powieści, poznaje starszą od siebie Meg - śliczną dziewczynę, która właśnie straciła rodziców i razem z dziewięcioletnią siostrą, praktycznie unieruchomioną po wypadku, przyjechała zamieszkać z ciotką Ruth i kuzynami.
Ruth jest nieco zdziwaczała, ale David ją lubi, bo daje dzieciakom swobodę, czasem piwo postawi, nie wtrąca się. Jest zdecydowanie bardziej wyluzowana niż jego własna matka.
Tylko że Ruth z jakiegoś powodu nie cierpi swoich dwóch nowych podopiecznych. I z pomocą dzieciaków (i swoich, i znajomych) daje im to odczuć w niewyobrażalnie makabryczny sposób.

"Dziewczyna z sąsiedztwa" przeraża na kilku poziomach: otoczką, opisami tortur (choć autor twierdzi, że z tych najbardziej drastycznych zrezygnował, pod koniec i tak musiałam robić sobie przerwy, żeby nie zwymiotować) oraz portretami ludzkiej psychiki i zła w najczystszej postaci.

Czytałam i byłam bezradna. Nie mogłam tego ogarnąć, nie rozumiałam. Bywały momenty, że chciałam cisnąć książkę w kąt, bo to przecież musi być stek bzdur.  Negowałam, zaprzeczałam, nie przyjmowałam do wiadomości. Chwilami nie wierzyłam w to co czytam. Rzeczy kompletnie abstrakcyjne, które przecież nie mogły mieć miejsca. Myślałam: tym razem przegiął pan, panie Ketchum. Chyba jednak poniosła pana wyobraźnia; nie kupuję tego. Jak na przykład to, że dzieciaki z sąsiedztwa zaczęły się schodzić, żeby torturować Meg. Jedna patologiczna rodzina? - okay. Ale cała ulica? A później doczytałam, że i tego autor nie wymyślił, że coś takiego właśnie miało miejsce w przypadku Sylvii.

Im dłużej czytałam, tym większa bezsilność we mnie narastała. I wściekłość - o dziwo, głównie na Davida. Być może dlatego, że pozostali byli tak wykolejeni, że nie widziałam już dla nich szansy (odizolować takich od społeczeństwa, zamknąć w getcie, żeby się tam wzajemnie powyrzynali, i tyle). A David miotał się i był rozdarty. Miał wątpliwości, które nie miały prawa się pojawić u chłopca z porządnej rodziny; teoretycznie powinien był zareagować w jedynie słuszny sposób. Ketchum sugeruje jednak, że bierną postawę chłopca, mechanizmy rządzące jego psychiką, można racjonalnie wytłumaczyć.
Po pierwsze, David był świadkiem tej historii od samego początku. Zaczęło się od niegroźnych incydentów, które według niego nie wymagały interwencji: "Zastanawiałem się, czy ona w ogóle potrzebowała pomocy. Mimo wszystko dzieci bito w twarz. Dzieci były popychane." Jednak stopniowo na jego oczach działy się rzeczy coraz gorsze, coraz ohydniejsze, przekraczające cienką granicę między codziennością a wynaturzeniem, do których chłopak się niejako przyzwyczajał. A później wynaturzenie stało się dla niego codziennością.
Po drugie, czy mogło być w tym coś złego, skoro wszyscy cały czas byli pod opieką osoby dorosłej? "Nie zastanawiałem się, dlaczego nadal utożsamiałem obecność Ruth z nadzorem. Po prostu to robiłem." Przecież nie znęcali się nad Meg po kryjomu, tylko pod czujnym okiem Ruth, która sama zresztą wydawała im coraz bardziej makabryczne polecenia. Więc czy była to tylko kwestia ufania dorosłym i posłuszeństwa? Czy może raczej jedno przyzwolenie uwolniło w tych dzieciakach bestie, które tkwiły w nich od zawsze?
Lecz choć jego zachowanie dałoby się rzeczowo wyjaśnić, ja tych wyjaśnień nie przyjmuję do wiadomości. Bo to oznaczałoby usprawiedliwianie - a pewnych rzeczy usprawiedliwić się po prostu nie da.

Mocna książka.
Nie mogę powiedzieć, żebym ją polecała w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Po prostu sięgnijcie po nią, jeśli sądzicie, że macie siły.

sobota, 19 lutego 2011, germini
Komentarze
2011/02/19 19:34:46
Ja oglądałam film na podstawie tej historii i po prostu nie mogłam dojść do siebie po nim. Tyle złości chyba żadna historia we mnie nie wzbudziła. Nie potrafię się pogodzić z takimi rzeczami.
-
2011/02/19 19:46:57
Kiedy tylko przeczytałam Twoją recenzję, poczułam silną potrzebę przeczytania tej książki. Zachęciłaś mnie - choć może niekoniecznie chciałaś, ale ja szukam takich utworów. Zresztą sama wiesz, że jestem specyficzna :P
-
2011/02/19 21:35:59
nie zamierzam - póki co - sięgać po tę pozycję. może kiedyś, ale teraz po prostu nie mam ochoty na obrzydliwości. jak znam siebie, byłabym zbyt przejęta, żeby dokończyć czytanie takiej książki. no i po co dodawać sobie zgryzot?
;-)
-
2011/02/21 09:27:33
podzielam Twoją opinię o tej książce!
po przeczytaniu miałam nieodpartą ochotę pobiec do toalety i zwymiotować... opowieść porusza do żywego i nie można - przynajmniej ja - przestać zadawać sobie pytanie jak takie okrucieństwo jest w ogóle możliwe????
a czy chciałabym zobaczyć film nakręcony na podstawie książki? jeśli byłby wiernym odwzorowaniem - nigdy!
-
2011/03/01 11:12:17
Nie wiem czy sięgnę. Być może tak. A komentowac treści książki nie będę, bo nei ma czego:(.
-
2011/03/17 17:08:22
Majullko, ja filmu nie widziałam i na razie jakoś nie mam ochoty po niego sięgać. Może kiedyś, gdy już ochłonę po lekturze.

Boo, w sumie słuszne podejście ;) Na siłę nie ma co. Zresztą ja właśnie weszłam w fazę książek lekkich, łatwych i przyjemnych; innych rzeczy mój mózg aktualnie nie przyjmuje.

Elen, prawda? Poza tym sama historia to jedno, ale sposób, w jaki Ketchum ją opisał, dodatkowo potęguje wrażenia.

Izabella, sięgnij, jeśli tylko będziesz czuła się na siłach. Myślę, że warto ją przeczytać.