...fascynacje, frustracje i fantazje

,

statystyka
Blog > Komentarze do wpisu

Amanda Hocking: "Trylle Trilogy"


   


Amanda Hocking to żywy przykład tego, że można zaistnieć w świecie książek bez udziału tradycyjnych wydawnictw.

Amanda w wolnym (od niezwiązanej z pisarstwem pracy) czasie popełniła jak dotąd siedemnaście powieści (część z nich z tak popularnego ostatnio nurtu young adult paranormal romance), nie mogła jednak znaleźć wydawcy, który zechciałby opublikować choć jedną z nich. Wybawieniem i ostatnią deską ratunku okazał się dla niej Amazon i prężnie rozwijający się w USA rynek ebooków. Tak oto zdeterminowana pisarka postanowiła się self-publish.
Pierwsza papierowa książka ukazała się w marcu ubiegłego roku, dając początek cyklowi o wampirach, "My Blood Approves". W kwietniu wyszedł pierwszy ebook. Od tego czasu Hocking opublikowała pozostałe cztery części cyklu, trylogię "Trylle Trilogy" (o której napiszę za chwilę) oraz post-apokaliptyczne "Hollowland". W zeszłym roku sprzedała 164.000 książek, a w samym styczniu już prawie pół miliona, z czego ponad 99% w formie elektronicznej (na swoim blogu wspomina, że sprzedaż ruszyła z kopyta dopiero po kilku pozytywnych recenzjach na blogach książkowych). Obecnie "Trylle Trilogy" znajduje się w pierwszej dwudziestce najlepiej sprzedających się ebooków na Amazonie - obok Larssona czy Pattersona, a Amanda przymierza się do zakupu swojego pierwszego domu. Za gotówkę.
(Nie zgłębiałam za bardzo tematu self-publishingu, ale wiem, że Hocking nie jest odosobnionym przypadkiem zrobienia kariery w taki niezależny sposób. Tego typu przypadki zdecydowanie dają do myślenia na temat kierunku rozwoju rynku wydawniczego.)

A wracając do tematu notki: główną bohaterką "Trylle Trilogy" jest siedemnastoletnia Wendy, żyjąca pod opieką ciotki i starszego nadopiekuńczego brata. Gdy poznaje zabójczo przystojnego, tajemniczego Finna, jej życie ulega diametralnej zmianie. Okazuje się bowiem, że Wendy nie jest zwykłym człowiekiem, tylko... trollem. I to nie byle jakim, o nie, bo następczynią tronu w jednym z trollowych plemion, Trylle. Dziewczyna wraca z Finnem do królestwa. I nagle musi stawić czoła rzeczom, z których istnienia nie zdawała sobie nawet sprawy. A takie drobiazgi jak to, że jej rodzona matka okazuje się zimna i nieprzystępna, że zakochała się w niewłaściwej osobie i że wrogie plemię z jakiegoś powodu na nią czyha, wcale jej tego nie ułatwiają.

Omijałam dotychczas książki z tego gatunku (nie licząc krótkiej przygody ze Stephenie Meyer), zwłaszcza że takich paranormalnych młodzieżowych wytworów wychodzi teraz masa, a im więcej słyszę o upadłych aniołach i innych wampirach, tym bardziej się im opieram. Te trzy powieści jednak zawróciły mi w głowie ślicznymi okładkami, intrygowały, więc musiałam w końcu sięgnąć po pierwszą z nich, "Switched".
Nie spodziewałam się po niej wiele; pewnie jak wielu z Was podświadomie podejrzewam, że skoro żadne wydawnictwo nie chce danej książki wydać i autor ucieka się do self-publishingu, to musi to być jakaś grafomania, kiepska pisanina. (W obliczu zachodzących na rynku wydawniczym zmian postanowiłam, że muszę to przekonanie jakoś z siebie wykorzenić.) Hocking mnie jednak pozytywnie zaskoczyła - na tyle, że jednym ciągiem przeczytałam też dwa kolejne tomy, "Torn" i "Ascend".

Przede wszystkim miała przesympatyczny pomysł na fabułę i na poprowadzenie akcji, choć dwie pierwsze części wypadają dość blado przy trzeciej, w której siłą rzeczy dzieje się najwięcej. Zaskoczyła mnie niektórymi rozwiązaniami, zwrotami akcji, a nawet wątkiem romansowym, w którym machnęła zdecydowany czworokąt, nie ograniczając się do oklepanego trójkąta (a ostateczny wybór Wendy mnie usatysfakcjonował, co jest godne odnotowania, bo wszelkie -kąty z reguły kończą się nie tak, jak bym sobie tego życzyła).
Oczywiście nie brak tu niedociągnięć. Stworzony przez pisarkę świat aż się prosił o większy, konkretny rozmach, więcej detali, bogatsze zarysowanie kontekstu. Fajny był, a trochę się zmarnował; szkoda. Bohaterowie czasem irytowali naiwnością albo wybieraniem skomplikowanych opcji zamiast tych najprostszych, które od razu rzucały się w oczy. Rozwój głównej bohaterki był interesujący, ale odrobinkę koślawy; Wendy nie dojrzewała i nie zmieniała się stopniowo, tylko "skokami" (no ale cieszę się, że w ogóle dojrzewała, bo pisarze często o takim drobiazgu zapominają).
Całość jednak wypada na plus, zwłaszcza że jej głównym zadaniem jest wciągnięcie czytelnika i dostarczenia jakiejś tam porcji frajdy podczas lektury. Choć nie rzuca na kolana, jako proste, nieskomplikowane czytadło sprawdza się naprawdę nieźle (a i nie ma pretensji do bycia czymś więcej).

Pomimo wszystkich wcześniej wymienionych uprzedzeń spędziłam z trylogią kilka bardzo miłych godzin. Najpewniej sięgnę po inne książki - i autorki, której karierę będę śledziła z zainteresowaniem, i z tego gatunku.

czwartek, 17 lutego 2011, germini

Polecane wpisy