...fascynacje, frustracje i fantazje

,

statystyka
Blog > Komentarze do wpisu

Stephen King: "Miasteczko Salem"




Po lekturze "Ewangelii według Szatana" zachciało mi się grozy. Mój wybór padł na "Miasteczko Salem" - a upolowałam swego czasu wypasione urodzinowe wydanie ze zdjęciami Uelsmanna i dodatkowymi materiałami, które ukazało się w 2005 roku, w trzydziestolecie powstania książki.

To nie był dobry wybór.

Ostrzegam - będę marudzić.

Nim przejdę do sedna, muszę wtrącić, że w napisanym przez autora wstępie wyczytałam, że powieść pierwotnie miała się nazywać "Drugie przyjście". Żona jednak stwierdziła, że trzeba to zmienić, bo za bardzo kojarzy się z religią. W anglojęzycznych źródłach znalazłam jednak informację, że nie tyle z religią, co z... seksem (co jest jak najbardziej zrozumiałe, biorąc pod uwagę oryginalny tytuł, "Second Coming"). W najbardziej podstawowym rozumieniu obu terminów, religię i seks dzieli pewna przepaść. Dwie różne bajki, moim skromnym zdaniem.
Więc czy przesadzę, mówiąc, że taka ingerencja tłumacza w treść jest niedopuszczalna? Czy ewentualne trudności w przekładzie usprawiedliwiają takie przeinaczanie faktów? Jak mam się nie zastanawiać podczas lektury, czy i w fabule tłumacz sobie czegoś nie zmienił, bo tak było wygodniej? (Na szczęście powieść przełożył ktoś inny, ale niesmak pozostał.)

Ale mniejsza.
O samej powieści nie wiedziałam kompletnie nic poza tym, że jest ogólnie znana i lubiana. Moja ignorancja doprowadziła do tego, że King zrobił mi psikusa. No bo z czym może kojarzyć się Salem jak nie z czarownicami? A tu proszę, słowa o czarownicach w książce nie ma. (Zdumiewające: tysiące dostępnych nazw, a pisarz uparł się właśnie na tę jedną...)
Są za to inne dziwy, które ujawniają się, gdy do Jerusalem, znanego powszechnie jako Salem, przyjeżdża po latach nieobecności pisarz Ben Mears. Ben postanawia zmierzyć się z demonami przeszłości, które występują pod postacią posępnego domiszcza, Domu Marstenów. Mniej więcej w tym samym czasie do miasteczka przybywa dwóch tajemniczych jegomości. I nagle zaczynają ginąć mieszkańcy mieściny, jeden po drugim, w przedziwnych okolicznościach. Wkrótce okazuje się, że Salem opanowały wampiry. Któż więc stawi im czoła, jeśli nie nasz dzielny Ben i garstka jego znajomych?

Nigdy nie podzielałam zachwytów nad twórczością Kinga. Określenie "mistrz grozy" wydawało mi się mocno naciągane, choć doceniam jego wkład w popkulturę. Sympatycznie czytało mi się jego książki, ale żadna nie rzuciła mnie na kolana. Jedne lubiłam bardziej (moim faworytem jest pochłonięte kilkanaście lat temu "To"), inne mniej (słaby "Chudszy" np.); nie było dla mnie tajemnicą, że pisał nierówno. Jednak tego, czego doświadczyłam na tych przeszło czterystu stronach, nigdy bym się nie spodziewała - ani po pisarzu o takiej renomie, ani po tak znanym tytule.

"Miasteczko Salem" bowiem okazało się przeraźliwie nudne, a tym samym męczące. Od pewnego momentu brnęłam przez nie od niechcenia i lekko po łebkach, niemrawo popychana do przodu złudzeniami o sprytnym, ciekawym zakończeniu (którego w końcu nie dostałam). Zawiodło mnie chyba na wszystkich polach. Pozwolę sobie wymienić:
Zirytowała mnie ilość bohaterów, z którymi King postanowił mnie zapoznać, nim rozpoczął w ogóle jakąkolwiek akcję. Mnóstwo nazwisk, tak do siebie podobnych, które - mimo wysiłków pisarza - nawet w połowie lektury sprawiały mi jeszcze problemy i nie zawsze dawały się dopasować do odpowiedniej osoby. Sucha wyliczanka dość mdłych postaci, które tak desperacko starałam się zapamiętać, spodziewając się fascynująco zagmatwanej, wielowątkowej fabuły. A później już tylko poczułam się intelektualnie zgwałcona, gdy okazało się, że rola większości z nich w zasadzie sprowadzała się tylko do padania jak muchy.
Znużyły mnie dialogi i opisy. Połowa z nich okazała się śmiertelnie nudna i kompletnie nic nie wniosła do fabuły. Powieść jest zdecydowanie przegadana. Druga połowa, w której rzeczywiście dzieje się coś istotnego, nie wypada w sumie lepiej - bo co mi po akcji, która jest tak banalna i przewidywalna jak to tylko możliwe? Słowo daję, podobnych historii powstało mnóstwo. No dobra, podejrzewam, że w 1975 roku "Miasteczko Salem" było powiewem świeżości, może nawet czymś całkowicie oryginalnym, ale z całą pewnością nie przetrwało próby czasu.
Wampiry w wykonaniu Kinga kompletnie nie przypadły mi do gustu. Okazały się tępymi, ograniczonymi krwiożerczymi bestiami, które nie potrafiły się nawet porządnie wysłowić. Dłuższych konwersacji, inteligentnych zagrywek na próżno tu szukać. A taka charakterystyka pasuje przecież do zombie, nie do wampirów. (Nadmienię, że wynalazków w stylu lśnienia migotliwym blaskiem również nie aprobuję. Idealnymi przedstawicielami tego, hm, gatunku są bohaterowie "Wywiadu z wampirem" - przynajmniej wersji filmowej, bo z książką się nie zapoznałam.) Jedynie ich szef był trochę bardziej rozgarnięty, jednak nie na tyle, by zakończyć historię solidną bitwą umysłów.
I na koniec: groza. Nie odczułam ani odrobiny. Klimatu również. Pisarz wyznał w posłowiu, że lubi w tej powieści "poczucie narastającego zagrożenia". Tylko się uśmiechnęłam, widząc te słowa.

Po przeczytaniu "Miasteczka Salem" czułam się, jakby wytarło mną podłogę, solidnie wyżymało i na koniec przetrzepało na balkonie. Toteż odpuściłam sobie lekturę usuniętych scen oraz dwóch związanych z powieścią opowiadań, które znajdują się w tym wydaniu.

Wątpię, żebym chciała zbliżyć się jeszcze do Kinga w ciągu kilku najbliższych lat. Na razie wystarczy mi wrażeń.



Uwaga - spojlery w komciach!

sobota, 22 stycznia 2011, germini

Polecane wpisy

Komentarze
porzadek_alfabetyczny
2011/01/23 00:13:12
przeczytałam kiedyś 'worek kości' tego pana i obraziłam się na niego. widać było szwy w tej książce, nie wiem jak to inaczej określić... widać było, jak zszywa tę książkę z kolejnych scen które mają mnie wzruszyć/ przerazić/wzruszyć/przerazić ale żadna nie działała.
-
kasandra_85
2011/01/23 13:52:08
A miałam ją w planach... Dobrze, że tu zajrzałam i nie straciłam cennego czasu. Pozdrawiam :)
-
germini
2011/01/23 16:42:14
Porządek, wiem, o co Ci chodzi, choć tej akurat książki nie czytałam. Zaczynam się zastanawiać, czy cały King nie jest kiepski. Ostatnio zaczytywałam się w nim w podstawówce i wczesnym liceum, kupę lat temu, więc miał prawo mi się podobać. A teraz, gdy człowiek jest odrobinę mądrzejszy?... ;)
Choć zarzekałam się w notce, że nie sięgnę po niego przez długi czas, nabrałam perwersyjnej ochoty, by po niego sięgnąć i zobaczyć, jak to w zasadzie jest ;)

Kasandra, jeśli miałaś tę książkę w planach, to nie rezygnuj. Myślę że na temat powieści o takiej popularności i wysokich ocenach dobrze jest samemu wyrobić sobie zdanie :)
-
ekspresyjki
2011/01/23 20:47:36
Czytałam "Miasteczko Salem" i podobało mi się - nawet bardzo. Przyznaję jednak, że grozy w tej książce nie znalazłam, a finałowa scena, kiedy zabito "wampira wampirów" (nie pamiętam dokładnie, jak nazywała się ta postać, na którą polowano) wydała mi się zbyt... łatwa. Za łatwo to wszystko poszło. A "To" obejrzałam sobie właśnie dziś pierwszy raz. I mam ochotę na ksiażkę :)

Pozdrawiam

Skarletka (slowoczytane.blogspot.com)
-
2011/01/24 13:54:11
Ha, jak to się zabawnie układa, obie nie lubimy Kinga, ale i tak z całkowicie przeciwnej strony :) Nie rezygnowałabym jednak z czytania innych jego książek przez nieudane "Miasteczko Salem". Chociaż nie ukrywam, że mnie się podobało (w przeciwieństwie do również wspomnianego "To", które zabiło mnie długością), nie jest to jego wielkie dokonanie. Również grozy nie odczułam - ale i grozy nie szukałam - a pod koniec miałam wrażenie, że już nawet Kingowi się znudziło i leci na łeb na szyję do swojego grand finale.
Natomiast "Zielona mila" i "Skazani na Shawshank" są naprawdę dobre. I jeszcze "Lśnienie". Tak wymieniam, nie wiem w sumie czy czytałaś którąś z tych książek.

King chyba cierpi na łatwość pisania, podobnie jak np. Cohelo czy Jodi Picoult. Mam wrażenie, że pisarze tego pokroju po prostu nie potrafią powstrzymać słowotoku, którym dzielą się ze światem, już nieistotne na jaki temat. I chociaż ich zwykle początkowe dokonania literackie rzeczywiście robią wrażenie, im dalej, tym bardziej wpadają w bełkot, z rzadka ponownie trafiając w środek tarczy z jakąś kolejną książką.
Pozdrawiam :)
-
germini
2011/01/25 01:41:16
Skarletko, budowanie rzekomego napięcia jest tutaj fatalne. 3/4 książki gadania o niczym i potem hop-siup wielka walka z wampirami, tak banalna, tak nużąca. (To właśnie miałam na myśli, gdy pisałam, że spodziewałam się jakiejś solidnej bitwy umysłów na koniec, która mogłaby mi zrekompensować kiepską resztę.) Bohaterowie nie musieli się zbytnio wysilać; ot, osiągnęli cel lekko, łatwo i przyjemnie. Jeszcze nigdy zabicie wampira nie było tak proste :) Serio, już bardziej na łatwiznę nie można było iść - King ma w tym (chociaż w czymś... ;)) mistrzostwo.
"To" zaczęłam kiedyś oglądać, ale film wydał mi się fatalny, więc wyłączyłam. Powieść wydawała mi się nieporównywalnie lepsza. Szczegółów jednak nie pamiętam.

Liritio, nie tyle nie lubię Kinga, co czuję niesmak, gdy pomyślę o jego popularności. Bo poczytać można - gdy się trafi na jedną z jego lepszych książek, można całkiem sympatycznie (choć bez szału oczywiście) spędzić czas. Chociaż bazuję tutaj na moich doświadczeniach z zamierzchłej przeszłości; "Salem" to moja pierwsza jego książka od lat i widać, co z tego wyszło ;) Możliwe, że rzeczywiście go już nie lubię, tylko jeszcze o tym nie wiem ;)
A szukałam w nim grozy, bo sugerował ją i opis (ludzie w miasteczku giną w tajemniczych okolicznościach, więc groza przychodzi na myśl jako pierwsza), i to, jak zwą pisarza, i gatunek, w jakim się specjalizuje :)

Co ciekawe - zapamiętałam tylko te powieści, których ekranizacje miałam okazję obejrzeć. Cała reszta się jakoś rozmyła. "Zielonej mili" nie zapamiętałabym, gdyby nie film. I mam ambiwalentne odczucia - z jednej strony mnie wzruszyła, z drugiej jechała na tanich schematach (dam wam anielsko dobrego człowieka, wy go polubicie, a ja go zabiję). A za takie wzruszenia to ja dziękuję serdecznie. No i też przegadana była ;) "Shawshank" nawet nie pamiętam, czy czytałam. Za to wiele razy widziałam film (a był to jeden z tych, który puszczało się i na wycieczce w autokarze, i na lekcji, gdy wypadały normalne zajęcia) i nie podobał mi się. "Ślinienia" tylko nie czytałam, choć mam, ale boję się trochę, że mi zepsuje radochę z genialnej ekranizacji.

Porównanie do Picoult i Coelho jest trafne - z tym, że Picoult, choć tandetnie melodramatyczna i płytka (bo mnie nie jest w stanie poruszyć i skłonić do myślenia, choćby nie wiem jak kontrowersyjny temat sobie wybrała; czysty fun i tyle), potrafi mnie wciągnąć, King bywa nierówny, a Coelho nie jestem w stanie przełknąć. Ale rzeczywiście mają wiele wspólnych cech. Tacy rzemieślnicy, co to padną, jeśli jednej książki w roku nie wyprodukują ;)

Pozdrawiam!
-
2011/01/27 17:17:58
Hm, "Zielona mila" to faktycznie ckilwe dzieło, ale dobre. Chociaż ja nie mogłam znieść w ekranizacji Toma Hanksa w roli głównej, z tymi jego wiecznie zmrużonymi, załzawionymi oczkami, o nie.
A "Lśnienie" jest (chyba) równie dobre, co film. Ukrócone o Jacka Nicholsona, ale dobre. Ale też boję się tak stwierdzać, bo w sumie mnie się "Skazani na Shawshank" podobało :) ale opowiadanie bardziej, niż film.

Picoult nie lubię w ogóle, ale też przeczytałam niewiele jej książek. Natomiast Cohelo "Alchemik" był dobrą książką, szkoda, że potem tak poleciało... A takich pisarzy jest wielu, a w morzu tytułów giną te dobre.
-
muzykowisko
2011/01/28 23:42:47
Niedawno skończyłem czytać "Bezsenność" Kinga i muszę przyznać, że mam dość podobne spostrzeżenia co do budowania fabuły przez autora. Książka, którą posiadam liczy ponad 650 stron, jak na Kinga średnio (jest to wydanie pocketowe). Po lekturze opisu z tylnej okładki spodziewałem się, że te wydarzenia będą miały miejsce w połowie książki - ku mojemu zdziwieniu akcja rozgrywała się na ostatnich 20 stronach powieści (pomijając epilog)!
Podobnie zbudowane są inne jego książki, które czytałem - "Chudszy", "Gra Geralda", ""Rose Madder", "Komórka", "Serca Atlantydów", "Wielki marsz" czy "Miasteczko Salem" - przez 4/5 budowany jest obszerny wstęp, poznajemy bohaterów, ich przeszłość, co robili i w co się ubierali kiedy byli mali, wszystkie szczegóły, które do fabuły nie wnoszą dosłownie nic, a rozbudowują książki o niekoniecznie potrzebne 200-300 stron. Na koniec otrzymujemy szybki, kilkunasto-, kilkudziesięciostronicowy finał, cały Stephen. Do wyjątków zaliczyłbym "Lśnienie" z powoli i misternie budowaną akcją, z systematycznie wpadającym w szał pisarzem (nazwiska już nie pamiętam), ze świetnie zarysowanymi bohaterami, których poznajemy niezbędne minimum; podobnie zbudowaną "Misery" oraz jak dla mnie bezkonkurencyjnego "Łowcy snów", naprawdę genialną książkę, nad której treścią warto się zastanowić, zadumać się. Poza kategoriami pozostawiam "Mroczną wieżę", siedmiotomową sagę o rewolwerowcu Rolandzie przemieszczającym się w czasie i przestrzeni.
Pozdrawiam
-
germini
2011/01/29 23:26:48
Liritio, tak!!! Hanks to nieporozumienie! Jesteś pierwszą znaną mi osobą, która ma w tym temacie podobny pogląd do mojego :D (Zresztą ja w ogóle Hanksa znieść nie mogę; aż mną trzepie, gdy słyszę jego głos. W tym jednym wypadku popieram filmy z lektorem ;))
"Lśnienie" w końcu przeczytam - nie jesteś pierwszą osobą, której się książka podoba :)
Co się tyczy Picoult, to moim skromnym jeśli jeszcze jej nie polubiłaś, to już nie polubisz. W zasadzie pisze na jedno kopyto, więc jedna-dwie książki powinny wystarczyć, by wyrobić sobie o niej zdanie :)

Muzykowisko, dzięki Ci za ten komentarz! :)
Przeczytałam gdzieś, że w swoim poradniku King radzi początkującym pisarzom, by unikali niepotrzebnych opisów :D No szkoda, że sam się do tego nie stosuje ;))
Domyślam się, co chciał osiągnąć, rozwlekając opisywanie Jerusalem i jego mieszkańców, ale zamiast świetnie zbudowanego klimatu i "zadomowienia się" czytelnika w miasteczku, wyszła mu z tego beznamiętna wyliczanka postaci. Szkoda, bo potencjał był.

Masz o wiele większe doświadczenie z Kingiem niż ja. Z wymienionych przez Ciebie czytałam tylko "Misery" (i znowu z książki niewiele pamiętam, za to film mi się podobał) i "Chudszego", z którego nie pamiętam absolutnie nic (i też mi się jakaś ekranizacja kojarzy, tyle że tym razem kiepska). "Łowcę snów" mam, więc zachęcona Twoją pozytywną opinią, na pewno przeczytam, wierząc silnie, że King Kingowi nierówny :)
A czytałeś może "To"?
-
muzykowisko
2011/01/30 19:43:50
Szczerze mówiąc to i ja niewiele pamiętam z większości przeczytanych przeze mnie książek Kinga, tyle co mniej więcej zarys fabuły, ale już imiona bohaterów - nie. Wydaje mi się, że dla mnie King stał się już tylko pisarzem, do którego uciekam, kiedy nie chcę oglądać tv, słuchać muzyki, ale też gdy nie chcę nadmiernie męczyć szarych komórek starając się zapamiętać kolejne zdarzenia - one po prostu same zostają w głowie, choć na krótko. Dlatego King znakomicie nadaje się do czytania w komunikacji miejskiej - nie ma problemu, żeby przerwać lekturę nawet w środku rozdziału (które zwykle są dość krótkie - kolejny znak rozpoznawczy Kinga?) i bez problemu do niego wrócić, podczas powrotu do domu. Czasem zdarzy mu się napisać coś bardzo dobrego, czasem nie, ale i tak będę do niego wracał, bo Kinga po prostu dobrze się czyta :p
Nie wiem ile ekranizacji kingowych dzieł widziałem, w większości pewnie nie byłem świadom, że film został nakręcony na podstawie jego książki. Jedyne, które mocno zapadły mi w pamięć, to "Lśnienie" ze świetnym Nicholsonem i w reżyserii Kubricka (obu uwielbiam) oraz "Skazani na Shawshank" z kolejnym moim ulubionym - Freemanem (który z kolei zagrał w beznadziejnym "Łowcy snów").
"To" nie czytałem, ale jest to jedna z dwóch książek S.K., które chciałbym jeszcze koniecznie przeczytać. Drugą jest "Bastion" przez wielu bardzo chwalony.
Co do "Łowcy snów"... Mi bardzo przypasował, ale kolega, który bardzo lubi Kinga i postanowił przeczytać wszystkie jego pozycje, odłożył tę książkę po kilkunastu stronach... Mogę tylko napisać, że "King Kingowi nierówny :) ", a każdy może mieć własne zdanie.
Dodaję Twój blog do kontrolowanych :)
-
cedroo
2011/04/03 14:07:21
Hej,
moim zdaniem King jest bardzo mocno przereklamowanym pisarzem. A główną jego wadą jest to, że nie potrafi pisać krótszych o połowę powieści, tylko zawsze produkuje cegły.

Miasteczko Salem z tych, które czytałem było najlepsze, ale bez rewelacji. Niesamowicie rozczarowała mnie powieść TO i ja też juz po Kinga chyba więcej nie sięgnę.