...fascynacje, frustracje i fantazje

,

statystyka
Blog > Komentarze do wpisu

Terry Pratchett: "Księgi nomów"




"Księgi nomów" to niegdyś wydana osobno, a teraz zebrana do kupy (świetny pomysł, nawiasem mówiąc) trylogia, na którą składa się "Księga wyjścia", "Księga kopania" i "Księga odlotu". Opowiada ona o nomach, maleńkich istotkach, które żyją dość krótko, acz intensywnie, i które próbują znaleźć swoje miejsce w ogromnym świecie, który dziwnym zbiegiem okoliczności sprawia wrażenie, jakby zrobiony był na ludzki wymiar.


W pierwszej części poznajemy Masklina i jego przyjaciółkę Grimmę, którzy - jako jedyni w grupie młodzi, sprawni i silni - opiekują się kilkorgiem marudnych staruszków. Warunki bytowe są kiepskie - Masklinowi jest coraz trudniej zdobyć pożywienie, by wykarmić całą gromadę. W dodatku jest mokro i zimno, i zgasł im ogień. To ostatnie przepełnia czarę goryczy i nomy wyruszają w podróż ku lepszemu życiu. W ten sposób trafiają do Sklepu zamieszkałego przez tysiące innych nomów.
Mali mieszkańcy Sklepu nigdy nie byli na Zewnątrz; ba, nie wierzą nawet, że ono istnieje i podchodzą do przybyszy nieufnie. Jednak gdy dowiadują się, że Sklep zostanie zlikwidowany, to właśnie Masklinowi muszą zaufać w kwestii znalezienia innego miejsca zamieszkania - zresztą nie mają większego wyboru. Masklin natomiast musi zaufać Rzeczy - czarnemu niemrawemu sześcianowi, który towarzyszył nomom od pokoleń. O Rzeczy zawsze było wiadomo tylko tyle, że jest ważna, ale dopiero w Sklepie, okazuje się, jak bardzo.
I tak rozpoczyna się przygoda małych nomów w wielkim świecie, która rozciąga się na dwie kolejne części: "Księgę kopania" oraz "Księgę odlotu".

Przyznaję, że z niejaką obawą sięgnęłam po moją pierwszą nieświatowodyskową powieść autora, ale nie minęło wiele stron, gdy zrobiło mi się zwyczajnie łyso. "Księgi nomów" okazały się rewelacyjne. To nadal jest Pratchett, jakiego znam i lubię - z jego ciekawymi spostrzeżeniami na temat świata, pomysłem na fabułę z obowiązkowym drugim dnem, a przede wszystkim z genialnym, ciętym poczuciem humoru.

Co się tyczy wspomnianego drugiego dna, Pratchett porusza tutaj kilka ważnych kwestii, które sprawiają, że "Księgi nomów" można potraktować jako coś więcej niż tylko szalone przygody maleńkich stworków. Przede wszystkim na przykładzie nomów sklepowych pokazuje, że warto poznawać świat, bo ten nie kończy się tam, gdzie sięga nasz wzrok, i znajdują się w nim przeróżne dziwy, których warto doświadczyć. Przypomina też (w dość niestandardowy, trzeba przyznać, sposób), od czego zależy punkt widzenia. Wrażliwsi czytelnicy mogą się podczas lektury zadumać nad rozpanoszeniem się człowieka w świecie i jego zgubnym wpływem na środowisko. Jednak mój ulubiony motyw z "Ksiąg nomów" to konflikt między nauką a wiarą - na niekorzyść (choć może to tylko moje odczucie, bo chciałam tę niekorzyść zobaczyć) tej drugiej.

Pojawiły się jednak dwa zgrzyty. Pierwszy z nich to odwetowe zarżnięcie lisa przez grupkę nomów. Choć była to zaledwie króciutka wzmianka, a nie szczegółowy opis, pogryzło mi się to z sympatycznym, pociesznym klimatem książki. Drugi zgrzyt, już nie z winy pisarza, to ilość nieprzetłumaczalnych żartów, o których informuje nas w licznych przypisach tłumacz. Niby z jednej strony dobrze jest wiedzieć takie rzeczy, ale z drugiej zdecydowanie przeszkadzają one w odbiorze książki i gdyby zostały umieszczone w bardziej dyskretnym miejscu, gdzieś na ostatniej stronie na przykład, nie czułabym podczas lektury takiego niesmaku. A czułam i nawet zezłościłam się na siebie, że tak rzadko sięgam po książki w języku angielskim.

Ogólnie rzecz biorąc, chyba nikt tak jak Pratchett nie potrafi w równie udany sposób połączyć rozrywki z ukrytymi przesłaniami najróżniejszej maści i pożywką dla umysłu. Tak genialnie, tak sprytnie, że nie wiem, czy wymyślone przez niego historie są tylko pretekstem do przekazania pewnych prawd, ukazania ich w innym świetle, wyostrzenia niektórych ich aspektów, czy raczej na odwrót - te ważniejsze rzeczy są raczej przyjemnym skutkiem ubocznym fantazji autora. I nawet jeśli momentami wydają się zbyt oczywiste - nie szkodzi. O nich też trzeba przypominać, żeby nie zgubiły nam się w codzienności.

czwartek, 04 marca 2010, germini

Polecane wpisy

Komentarze
lilybeth
2010/03/04 09:36:25
Uwielbiam "Świat dysku", zdarzało mi się sięgnąć po książki Pratchetta spoza tej serii, ale Nomów nigdy nie czytałam. Chyba po nie sięgnę, ale po Twojej recenzji - spróbuję gdzieś dorwać wersję angielską :)
-
germini
2010/03/07 01:18:58
Lilybeth, mam nadzieję, że uda Ci się dorwać książkę po angielsku :) Niby powszechnie wiadomo, że oryginał jest o niebo lepszy niż przekład, ale w tym przypadku uderzyło mnie to szczególnie mocno.